Jak wiecie, pod koniec marca odbywa się europejska premiera zremasterowanych wersji Final Fantasy X i X-2 – na które to wersje czekam straszliwie. Jednak im bliżej do tej daty, tym częściej natykam się na żale, że dziś już nie ma się czasu poświęcić tym tytułom tyle samo uwagi, co kiedyś. Nie zgadzam się, czas się ma. Tylko że przy okazji ma się jeszcze milion innych gier do ogrania.

Pewnego razu, przeglądając internet w jednej z wielu przerw w pracy, trafiłam na entuzjastycznie brzmiącą wypowiedź kolesia, który swego czasu zagrywał się w Final Fantasy X bez opamiętania. Był młody, grą oczarowany, stuknęło mu ponad 100 godzin i naturalnie czuł się z tego powodu bardzo dumny. Tekst powstał w kontekście zbliżającej się premiery wersji HD, więc pomyślałam sobie: oho, z tym człowiekiem będę mieć coś wspólnego. Od razu się też ucieszyłam, podświadomie przekonana, że swym entuzjastycznym nastawieniem ukoi moje własne obawy i natchnie do remasterów bez cienia wątpliwości – bo do niedawna sama nie byłam przekonana, czy chcę ponownie zatapiać się (get it? get it? zatapiać!) w świat Spiry. W miarę czytania okazało się jednak, że moja chęć zagrania w Final Fantasy X rosła wprost proporcjonalnie do jego malejącego przekonania, czy ma to sens.

Okazało się bowiem, że koleś, akapit po akapicie, dochodził do wniosku, iż na tę grę nie będzie miał już czasu – bo ma pracę, wychowuje dziecko, musi wynosić śmieci, chodzić na zakupy, wyprowadzać psa, robić dziesięć tysięcy drobnych rzeczy, jakie codziennie robi każdy dorosły i odpowiedzialny człowiek. Pomyślałam sobie wtedy, że strasznie, ale to strasznie kręci – bo jeśli o mnie chodzi, to nie jest tak, że ma się za mało czasu na granie, tylko że ma się za dużo gier do wyboru.

Cofnijmy się teraz, na moment, do przeszłości. Gdy po raz pierwszy grałam w Final Fantasy X, byłam młodym człowiekiem najpierw uczęszczającym do szkoły, a potem siadającym przed telewizorem i grającym do ciemnej nocy (chyba, nie pamiętam, dawno to było). Dzień po dniu, potrafiłam nie widzieć poza tą gra świata, oczarowana jej wspaniałym settingiem, klimatem, mechaniką, funem. Pamiętam, że ok. 20 godzin poświęciłam samemu blitzballowi, kopiąc podwodną piłkę długo dłużej niż było to konieczne zdobycia ostatecznej broni dla Wakki. Łaziłam po tych wszystkich lokacjach, łapałam te wszystkie potwory, zbierałam, rozwijałam, trenowałam, kombinowałam… aż w końcu tak się tego wszystkiego nagrałam, że przestało mi się chcieć. Final Fantasy X odłożyłam mniej-więcej w momencie, w którym zorientowałam się, że musiałabym poświęcić mniej-więcej drugie tyle czasu i wysiłku do pokonania Dark Aeonów. Bolała mnie głowa na samą myśl o kolejnych 160-ciu godzinach – no i, co ważniejsze, chciałam już pograć w coś innego.

Zostając jeszcze chwilę w tej przeszłości, koniec lat 90-tych i wczesne lata 00 pamiętam jako – swój, w każdym razie – powolny rozkwit branży. Powolny na tyle, że jakieś 2-3 lata później, po Final Fantasy XII, w zasadzie przestałam mieć w co grać. Wszystkie tytuły władające w tamtym okresie moją wyobraźnią już przeszłam i nie miałam innych – w podobnym rodzaju – w które chciałabym zagrać. Był to zresztą jeden z powodów, dla których na długie lata gry video odstawiłam. Pamiętam jednak wyraźnie, że choć interesowałam się tematem, czytałam grową prasę, a nawet oglądałam włoskie programy telewizyjne grom poświęcone, nigdy nie czułam, że mam w czym wybierać. Miałam jeden komputer, jedną konsolę i kilka gier, których ilość mogłam policzyć na palcach jednej ręki. Gdy już jakaś nowa wpadła mi w oko, co dalej po jej ograniu? Musiałam czekać na pojawienie się nowej.

I tutaj wracamy do przyszłości. Mamy rok 2014, właśnie pojawiła się nowa generacja konsol, dając nam w tym momencie ok. osiem różnych platform, na których możemy praktykować swoje hobby. Co miesiąc odbywa się kilka premier, sporo z nich to głośno omawianie tytuły z najwyższej półki. Co chwila pojawia się też nowa gra indie, nowy projekt na Kickstarterze, nowa produkcja na smartfony. Mamy remake’i, rebooty, remastery, bez problemu możemy kupić i zagrać w gry starszych generacji. Tysiące promocji z tej czy innej okazji puszczają graczy z torbami, bo okazja do kupienia kilku dobrych gier prawie za bezcen piechotą nie chodzi. Osobiście jestem posiadaczką trzech konsol (lada moment będzie czwarta – get it? get it? czwarta!), laptopa oraz smartfona, na których bez problemu mogę odpalić niemal dowolnie interesujący mnie tytuł. Miesiącami mogę nie kupować żadnych nowości, bo gry wpadają mi na konto za jednym przyciskiem na padzie i to w dodatku prawie za darmo, albo mogę radośnie nadrabiać same „starocie” i być z tego powodu równie szczęśliwa. Czasy się zmieniły: nie ma czegoś takiego, jak czekanie. W zasięgu zawsze jest jakaś inna gra, a najlepiej ze trzy.

Ale żeby tego było mało, mam też pracę, obowiązki (umówmy się, że wywiązuję się z nich regularnie) i chodzę na te nieszczęsne zakupy. Co prawda nie mam ani psa, ani dziecka, ale mam za to inne, poza-growe hobby – powiedzmy sobie szczerze, seriale same się nie obejrzą – a także pewien tryb życia, który reguluje moją codzienność. Nigdy nie jest tak, że nie wiem, co ze sobą zrobić, zawsze jest coś, co albo muszę, albo chcę. Wracając do gier, mimo wszystko trudno mi się do kolesia porównywać w stu procentach, bo nie wiem, z dokładnością do jednego miejsca po przecinku, jak naprawdę wygląda jego życie. Ale wiem za to, że jeśli ma się jakieś hobby, zawsze znajdzie się – albo przynajmniej powinno – dla niego czas. Nieważne, że miałoby się go wydzierać siłą, zamykać się w toalecie, albo wyjeżdżać do drewnianego domku (ze stałym dostępem do sieci) w lesie. Problem tylko w tym, na którą grę ten wydarty siłą czas poświęcić. Kiedyś było to znacznie łatwiejsze – dzisiaj można się nabawić bólu głowy.

Pewnego razu w pewnym filmie usłyszałam zdanie, że „pisanie jest sztuką wyboru”. Zostało ze mną na dłużej i towarzyszy mi do dzisiaj (gdybym na przykład potrzebowała skrócić jakieś zdanie – rzadki przypadek), ale jakże adekwatne jest do całej (pop)kultury. Zwierz na przykład wielokrotnie podkreślał, że choćby się chciało, nie przeczyta się wszystkich książek, nie obejrzy się wszystkich filmów, nie zapozna się z wszystkimi serialami. Żyjemy w czasach sztuki – kultury i wyboru. Nasze hobby nie jest pytaniem o to, czy wyprowadzić psa, nakarmić dziecko czy zrobić zakupy, ale czemu poświęcić swój wolny, ten naprawdę wolny czas. Jakiemu filmowi, serialowi, komiksowi, książce? Jakiej grze?

I tak coraz częściej odnoszę wrażenie, że to nie my „wyrastamy” z gier, przyjmując na siebie brzemię odpowiedzialnego człowieka, tylko to branża w końcu dorosła, doganiając rozmiar i zasięg innych mediów. Tysiące gier, tysiące możliwości, tysiące wyborów, które zależą tylko od nas. Dwanaście odprężających godzin z dobrą grą akcji, czterdzieści z dobrym jRPG-em, osiemdziesiąt przy dobrej strategii? Co kto lubi – ale nie na co kto ma czas. Czas powinien znaleźć się zawsze.

Zatem ja w odświeżone Final Fantasy X zagram z wielką ochotą i mniejszym strachem. Nie wiem, czy będę odkrywać każdy sekret, wystukiwać te 200 uników przed błyskawicami czy pokonywać te nieszczęsne Dark Aeony. Może za pierwszym razem nie będzie mi się chciało, może wrócę do tego po jakimś czasie. Zobaczymy, na co akurat będę mieć ochotę. Ale tak czy inaczej będę wiedzieć, że nie wisi nade mną presja przymusu, bo nie będzie to jedyna gra, jaką w danym momencie będę mieć do dyspozycji. I choć faktycznie czasem zdzieram sobie z głowy włosy, że tyle gier do zagrania naraz, niech żyje wolność wyboru. We wszystko i tak nie zagramy, ale oddawać walkę walkowerem to jak rezygnować ze swojego wewnętrznego „ja”.

  • Nie zgodzę się, że na hobby zawsze znajdzie się czas. Bo doba, zwyczajnie, nie jest z gumy. I dla osoby, która miała kilka hobby, która w młodości potrafiła oglądać kreskówki, grać w gry i biegać z piłką po podwórku, w dorosłym życiu zwyczajnie może zabraknąć minut na to, żeby wszystkiemu poświęcić czas. Podobnie było ze mną. Kiedyś mogłam powiedzieć, że miałam naprawdę wiele hobby, teraz te „najlepsiejsze” zupełnie naturalnie wyparły te które lubiłam mniej. Na przykład gry w moim rozkładzie dnia niemal zupełnie zabiły seriale (o czym zresztą napisałam niedawno notkę, ot taka prywata skoro temat podobny :p). Może u faceta gry zabił jogging? Albo modelarstwo? Może podobnie jak ja, zepchnął to hobby na totalny margines i zwyczajnie szkoda mu czasu poświęcanego na średnie i słabe produkcje?
    Po drugie, my też dorośliśmy. Chcemy wszystkiego i chcemy tego na raz. Nasz ciężar uwagi zupełnie naturalnie przesunął się w okolice produkcji krótszych i bardziej zwartych. Nie dziwię się facetowi, że zamiast użerać się z koszmarnym tasiemcem woli krótko i niezobowiązująco pograć np. w tetrisa. Bo uważam, że ogólnie życie dorosłych ludzi znacznie się przyśpieszyło. Już nie siedzimy z koleżanką całymi dniami na trzepaku, a raczej spotykamy się z nią w kawiarni raz na trzy miesiące. Intensyfikujemy doznania. Bo lepiej już było.

    • No dobra, rezygnuje z jednego hobby, ale nie porzuca innego. Jak dla mnie to kwestia tego, jaki wewnętrzny fan siedzi w nas najgłębiej – miłośnik sklejania samolotów, górskich wycieczek, oglądania seriali? To nie jest tak, że w dorosłym życiu porzuca się wszystko, bo dorosłe życie – nawet jak się wybiera jedno nad drugim, to na to drugie też znajduje się czas, bo to coś, co nas wciąż i wciąż kręci, bez względu na okoliczności.

      No i ok, miało się w młodości więcej czasu, swobody, wolności, podczas gdy w dorosłości trzeba to wszystko układać – ale uważam, że jak się coś chce, to nie należy sobie tego odmawiać.

      • Nie czytałam wypowiedzi tego faceta, więc w temacie poruszam się absolutnie po omacku. Zwyczajnie nie wiem na ile on sobie gier „odmawia”, a na ile „nie ma czasu”, bo to dwie różne rzeczy. „Odmawiam” sobie to znaczy, że mnie to nie interesuje, nie jara, nie mój typ. „Nie mam czasu” to fakt.
        No właśnie, możliwe, że w tym przypadku wewnętrzny fan np. majsterkowania siedział głębiej niż fan gier. I w tym momencie naprawdę możliwe, że facet z dzieckiem autentycznie nie jest w stanie ciągnąć obu hobby, pracować i jeszcze wychowywać swojego potomka. Zostaje mu więc jedno, jedyne ukochane hobby, na które też pewnie może poświęcić mniej czasu niż by chciał. Do gier zagląda bardzo okazjonalnie i tylko wtedy gdy coś go autentycznie zainteresuje.
        Byłabym więc bardzo ostrożna w szafowaniu cudzym czasem i stwierdzaniu, że na hobby zawsze znajdzie się czas. Bo nie, nie zawsze.

        • „Zawsze” to może za bardzo ogólnie powiedziane – bo nie chodziło mi o „zawsze, kiedy tylko mam na to ochotę”, ale „zawsze, kiedy tylko znajdę na to czas”. I to znajdowanie czasu, szukanie wolnej chwili, żeby oddać się grze, jest dla mnie kluczowe. Jeśli kocham swoje hobby, to za każdym razem wpadnę na to, jak znaleźć dla niego czas.

          No i jest jeszcze inne „odmawiam – „odmawiam, bo uważam, że w dalej chwili powinnam zrobić coś innego”. To już kwestia wagi i charakteru danej osoby, ale niekoniecznie stwierdzenie, że coś kogoś nie interesuje.

          Poza tym chodziło mi też o zobrazowanie przykładu – za pomocą kolesia – że różnica między dawniej a dziś jest trochę bardziej skomplikowana niż mam/nie mam czasu. Ja też np. w ciągu tygodnia też „nie mam czasu” na granie, pomimo tego, że niemal codziennie wpada mi do głowy nowy pomysł na grę. Ale „zawsze” tego czasu szukam, bo skoro gry mnie jarają, nie chcę z nich dobrowolnie rezygnować. Dawniej aż tak dobrowolnie rezygnować nie mogłam – sytuacja rezygnowała za mnie – dziś to tylko mój wybór.

  • pikselPOP

    Tak, tak i jeszcze raz — tak!

    Sam również nie mam specjalnie wiele czasu na granie, ale absolutnie nie przeszkadza mi to, by pomimo zalegającej kupki wstydu na niemal wszystkie posiadane przeze mnie platformy, ustalać samodzielnie hierarchię tego, w co zagram. I może to głupie, ale moje ukochane tytuły zawsze mają wyższy priorytet od nowości. Dlatego też PlayStation 4 musi zaczekać na swoją kolej. Kupię, kiedy nadejdzie pora. Tej wiosny InFamous: 2nd Son nie ma szans w starciu z FFX HD. Tym bardziej, że dla tej gry kupiłem konsolę w dniu premiery (NAPRAWDĘ :D).

    I tez będę biegał po Spirze. Łapał motyle, unikał błyskawiczek i nienawidził Wakki jeszcze bardziej niż dotychczas ;-).

    • Jak to nienawidził Wakki? Wakka był super, uwielbiałam go all the way ^^

      I też się przyznam, że PS2 kupiłam dla FFX – co prawda nie w dniu premiery, trochę wcześniej, ale gdyby nie dziesiątka, moje growe życie wyglądałoby pewnie zupełnie inaczej ;)

  • Virus

    Rynek się zmienił. Zmienili się odbiorcy [i jako rodzaj targetu ale i sami w sobie]. Widać to po rodzajach produkcji jakie wychodzą a także po tym w jaki sposób zmieniają się stare już marki. Kiedyś potrafiło się przesiedzieć nockę czy dwie pod rząd, bez żalu [o czas] i nawet nie myślało się o tym. Teraz każda kolejna godzina po 22 zwiększa ryzyko, że rano w robocie będziesz czół się i wyglądał jak wyrzygany jeż. Dzisiaj coraz więcej gier jest typowo casuelowych. Znacznie łatwiej się bowiem zniechęcamy bo ten czas jest nasza walutą. Jedni mają go więcej inni mniej a gry są pasją na którą chcę się go poświęcać. Niestety to tak jak z kasą – chciałbym PC z 2x TITAN ale mnie na to nie stać więc muszę obejść się smakiem i zadowolić się tym co jest w moim zasięgu. Uwielbiam RPG, jRPG, cRPG… wtfRPG…Jara mnie eksploracja każdej cholernej jaskini, zakamarku, szukania i rozwiązywania puzzli, sekretów, budowania postaci i sprawdzanie wszystkich możliwych nici fabularnych ale kurde…ten czas… Wyciąganie 100% z gry jest funn’em samym w sobie. To kwintesencja bycia „graczem”. Kiedy z jakiś powodów nie mogę tego zrobić to…to jakby kupić rower po to żeby stał w garażu. Stać mnie na to by odpalić coś mniej czasochłonnego i zrelaksować się mając poczucie, że w pełni korzystam z tej gry. Wolę to niż po 3h stwierdzić „kurde przecież jeszcze nic w sumie nie zrobiłem…” Zawsze kochałem takie HC produkcje jakimi był kiedyś WoW. Kiedy faktycznie czas poświęcony na grę przekładał się na wynik dosyć mocno i można było czuć swego rodzaju dumę. Dzisiaj zwyczajnie większość z nas odczuła by frustrację bo są chęci ale już nie ma takich możliwości [czasowych].
    Pamiętam jak dzisiaj mój zachwyt nad seria Baldur’s Gate. Cienie Amn przemierzałem 12 razy łącznie z Tronem. Do dzisiaj chyba nawet pamiętam statystyki i miejsca gdzie znajduje się większość magicznych przedmiotów. Kiedy pojawiły się info o reedycji to dostałem wypieków na twarzy…Jednak gry nie kupiłem. Mimo tego że to klasyk nad klasykami, mój gamingowy „kamień węgielny”, graktóra rozkochała mnie w RPG… Nie miałbym czasu się nią nacieszyć.

    Pozazdrościć tym którzy dalej potrafią znaleźć czas na zatapianie się w czasochłonne tytuły nie zaniedbując przy tym niczego innego. Może to kwestia samodyscypliny, zarządzania czasem. Niestety większość z nas musi iść albo na ustępstwa/kompromisy albo z czegoś rezygnować.
    Tak Agnieszko – to jest jakiś rodzaj wyboru. Jednak warunki tego wyboru dyktuje rzeczywistość a nie my sami.

    Rzeczywiście gier jest całą masa. Dla każdego, jakikolwiek gatunek by nie wybrać- jest tego multum. Toteż rezygnacja z ukończenia danej gry nie jest rezygnacja z grania jako takiego bo zaraz sięgasz po coś nowego- sorry, taki mamy klimat. Kiedyś nie było takiej konkurencji a teraz jak coś Ci nie pasuje to bez żalu zostawiasz bo wiesz ze gdzieś tam jest to, co bardziej będzie Ci odpowiadać. Wystarczy poszukać. To sprawia, że stajemy się wybredni czasem nie do końca wiedząc czego chcemy.

    • „Dzisiaj zwyczajnie większość z nas odczuła by frustrację bo są chęci ale już nie ma takich możliwości [czasowych].”

      Tak, sama odczuwam taką frustrację i wcale nie ukrywam, że np. grając w Assassiny chce mi się otwierać każdą skrzynkę i kraść każde pióro – ale nawet, jak mi się nie chce, to nie rezygnuję z gry „bo jest za długa”, tylko po prostu ogrywam to, co mnie interesuje. Główna fabuła, questy poboczne, co łatwiejsze wyzwania. Zależy, co mi się chce. Czasy się faktycznie zmieniły, a wraz z nimi nie tylko gry, ale i nasze gusta – mnie chodzi tylko o to, że granie pozostaje pasją, a dla pasji czas wydrze się (powinno się) zawsze :)

      No i ten sam dylemat, który miałeś z BG2, ja mam dokładnie teraz z FFX ;)

      • Virus

        Wiedzmo,a nie masz przy tym tez takiej lekkiej..hmm, obawy? Że dzisiaj FFX już nie będzie Cię tak jarał, nie tak jak powinien, nie tak jak niegdyś bo w końcu trochę się też pozmieniało na pewno w Tobie na przestrzeni tych lat…gusta jak mówisz. Przyznam, że trochę mnie ta obawa stopuje przed próbą sięgnięcia po BG…bo to taka świętość której boję się zbrukać.
        Kiedyś głównym kryterium była grywalność/fabuła. Wiadomo- graficznie nie było za bogato z i tempo zmian nie było tak ogromne. Dzisiaj kiedy jesteśmy na progu fotorealizmu w grach video z lekkim wstydem przyznaje, że też jest to dla mnie dosyć istotne i potrafi przekreslić tytuł już na starcie… Wiem – paskudne, małostkowe…ehh ;/ To właśnie te zmiany przez które starsze tytuły nawet po renowacjach chociaż zyskują sporo to jednak odstaja – zwyczajnie starsza technologia. Mówi się że to dla młodych, żeby zobaczyli jak kiedyś robiło się gry, że zasługują one by o nich pamiętać – bez dwóch zdań się z tym zgadzam. Obawiam się tego, że nowe pokolenie [jako całe „zjawisko”] wychowane na silnikach unreal/frostbite/crytek nie dostrzeże tego co siedzi w kodzie.
        Dla nas – sentymentalnych dinozaurów – zawsze jest to ryzyko pewnego niedosytu, wewnętrznego buntu, gorzkiej prawdy o tym że dany tytuł zasługuje na coś więcej niż tylko reedycja/renowacja.
        Ale to już chyba temat na osobna dyskusję :)

        • Mam obawę, mam – but then again, dopiero co skończyłam (po raz drugi) Final Fantasy IX i nie mogłam wyjść z podziwu, jak pomimo lat ta gra jest wciąż wielka. Cudowna grafika, świetne dialogi, interesujący bohaterowie, zwroty akcji, aż nie mogłam uwierzyć, ile ten FF ma lat.

          Wiem, że przy X będę mieć większe zgrzyty, bo jednak ostatnie lata przyzwyczaiły mnie do lepszej jakości voice actingu, motion capture czy nawet „szybkości” scenariusza – ale z drugiej strony jestem tak samo silnie przekonana, że pokocham dziesiątkę na nowo, zupełnie przymykając oko na jej dzisiejsze wady. Owszem, jest sentyment – ale jest też cholernie dobra gra ;)

          • Michał Listowski

            W naszej pamięci gry zawsze będą wyglądałby lepiej, fabuła będzie ciekawsza, a muzyka bardziej wpadająca w ucho. W dużej mierze koloryzujemy doświadczenia które zebraliśmy kiedy byliśmy o x lat młodsi. Głównym powodem jest to iż byliśmy młodsi, mieliśmy mniejsze problemy (w wielu wypadkach tylko i wyłącznie patrząc z dzisiejszej perspektywy).

            Z doświadczenia wiem iż wracanie do starych gier nie jest łatwe, ale warto od czasu do czasu ponieść ryzyko, bo okazuje się iż bagaż doświadczeń które zdobyliśmy przez te x lat, zmienia nie tylko perspektywę, ale sposób odbierania gry, muzyki, obrazu, serialu, co pozwala nam odkrywać rzeczy które w momencie pierwszego kontaktu były dla nas niedostępne.