Gra o tron: Mniej-więcej

gra-o-tron-s2-f

[Sezon 2] Zdecydowana większość recenzji, z jakimi się spotkałam się w necie, stawia finał drugiego sezonu Gry o tron na piedestale serialowej twórczości. W efekcie wyszło na to, że cały sezon jest lepszy od pierwszego, a widoczne gdzieś po drodze potknięcia znikły pod płaszczem zachwytów. Tymczasem dla mnie zarówno sezon, jak i jego zwieńczenie, okazały się niestety rozczarowaniem.

Powiedzmy sobie szczerze, coś poszło nie tak.* Jak wszystkie historie, ta również rozpoczyna się jednak od początku, zacznę więc od premierowego odcinka, który naprawdę bardzo mi się podobał. Po części to oczywiście zasługa prawie rocznego oczekiwania, po części faktu, że od trailerów i medialnej nagonki trzymałam się na minimalną bezpieczną odległość. A po części też dlatego, że był autentycznie wciągający i dobrze zrobiony. Moje wrażenia były aż na tyle pozytywne, że pochwaliłam Lenę Headey stwierdzeniem, że zaczęła wreszcie cokolwiek w tym serialu grać – w przeciwieństwie do strojenia jednej i tej samej miny i mówienia jednym i tym samym tonem przez 90 procent pierwszego sezonu. Pochwalenie przeze mnie Leny Headey to naprawdę coś. Entuzjazm utrzymywał mi się tak do ok. trzeciego bądź czwartego odcinka, po którym zaczęłam dostrzegać, że coś mi nie do końca pasuje, że coś jest nie tak. Niestety nie byłam w stanie zidentyfikować tego czegoś przez kilka następnych tygodni – bo nawet nie chodziło o zmiany w stosunku do sagi. Aż w końcu zaczęło się powoli podsycać napięcie przed inwazją Stannisa na Królewską Przystań, i mnie olśniło. Jakie napięcie?

W drugim sezonie Gry o tron nie odczuwałam prawie żadnego napięcia. Konkretne sceny nie wydawały się wnosić do wydarzeń niczego ciekawego i intrygującego, a często były też po prostu sztuczne. Najbardziej bolesne było to dla mnie przez wzgląd, że fakt ten przewijał mi się przed oczami głównie w scenach z Tyrionem, który powinien błyszczeć bez względu na to, z kim akurat gra i co akurat robi. Tak niestety nie było – nie zawsze, ale zauważalnie. Za wyjątkową nieudaną scenę uważam np. rozmowę pomiędzy nim a Bronnem i Varysem, kiedy planują obronę miasta ślęcząc nad książkami. Gdzie podziały się te błyskotliwe zagrywki, takie jak pomiędzy Varysem i Littlefingerem z pierwszego sezonu? Gdzie podziała się ta płynność w dialogach i żadne nie zmarnowane ujęcie? Im dalej oglądałam drugi sezon, tym większe było moje wrażenie, że spora ilość scen została nie tylko wepchana na siłę, ale wręcz brakowało na nie pomysłu. Skutkiem tego ponad połowa sezonu wydała mi się papierowa i naciągana, jakby część aktorów zwyczajnie przestała wierzyć, że jest w Westeros (wyjątkowo nie przekonała mnie już nie tylko Cersei, ale także Catelyn, Davos – pomimo całej sympatii do Liama Cunnighama – oraz Jon w drugiej połowie). Trudno powiedzieć, z czego to wynikało – może to wpływ zmian w stosunku do oryginału, bo niemała ilość tych scen nie została napisana ręką George’a R. R. Martina. To jednak jest również podejrzane, bo skład scenarzystów jest prawie identyczny jak wcześniej. Reżyseria? Cokolwiek to było, zepsuło mi drugi sezon wyjątkowo zauważalnie.

Wątek Daenerys tylko sprawiał wrażenie bardziej kolorowego.
Wątek Daenerys tylko sprawiał wrażenie bardziej kolorowego.

Kolejna rzecz – brak wspólnego tematycznego mianownika. Prawie każdy odcinek przewijał się przez jedną postać za drugą, dzięki czemu, owszem, większość ulubieńców można było oglądać co tydzień, ale też większość z nich miała po jednej scenie na odcinek. Przez to kończyły się one zanim się w ogóle zaczęły. Oto bowiem siedzę i spokojnie sobie oglądam, nagle w końcu zaczyna robić się ciekawie – bo akcja skupiła się wreszcie na czymś konkretnym – a tu zamiast ciągu dalszego napisy końcowe. Okropnie działało mi to na nerwy, więc frustrowałam się i się nudziłam, bo ponownie – wciskane na siłę wątki były pozbawione ikry. Nie powiem, że nie podobały mi się np. sceny Tywina z Aryą, ale o ile dobrze pamiętam, było tych scen trzy na trzy różne odcinki. Po co tak dużo? Daenerys też należy do jednych z moich ulubionych postaci, ale kazanie jej w kółko powtarzać „znajdź moje smoki” szybko się znudziło. O wiele chętniej obejrzałabym „modlącą” się Sansę czy sławetną zupę Aryi, bo przynajmniej akcja szła by do przodu. Drugi sezon był zwyczajnie pełen niepotrzebnych wątków, które bezproduktywnie zapychały czas ekranowy i szatkowały odcinki na niepowiązane ze sobą fragmenty. Źle mi się to oglądało, naprawdę źle. Brakowało ciągłości, emocji i tego nieszczęsnego napięcia.Cały środek sezonu był zresztą określany przez Internet jako nudny i nieporywający – tyle tylko, że po „Blackwater” szala niezadowolenia przewróciła się znowu na w stronę zachwytu. „Blackwater” był rzeczywiście odcinkiem co najmniej trzy razy lepszym od większości wcześniejszych – i to wcale nie dzięki epickości bitwy, ale skoncentrowaniu się wyłącznie na wątku bitwy – ale ja byłam już chyba o wiele zbyt rozgoryczona, by go w pełni docenić. O wiele bardziej podobał mi się „Valar Morghulis”, bo wreszcie, naprawdę wreszcie dało się odczuć doniosłość tej historii. Wreszcie przekonała mnie Melisandre obiecująca Stannisowi tron, wreszcie nabrał sensu wątek Dany w jej bezlitosnej rozprawie ze zdrajcami, wreszcie ruszyły mnie subtelne tony w rozmowach Tyriona z Varysem, wreszcie dotknęła mnie tragedia w Winterfell, już nie mówiąc o ciarkach, jakie wywołała mi na ciele najbardziej ostatnia z ostatnich scen. Wreszcie poczułam tę zapomnianą od czasu pierwszego sezonu intensywność. Taki powinien cały drugi sezon Gry o tron. Niestety, moje rozczarowanie nie rozpłynęło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bo co z tego, że serial wreszcie nabrał kolorów, kiedy zrobił to sam, samiuteńki koniec? Nie jestem w stanie na bazie jednego świetnego odcinka ocenić pozytywnie wszystkich ośmiu czy siedmiu poprzednich. Choćbym chciała, nie jestem w stanie. Drugi sezon jest dla mnie jedynie mnie-więcej dobry.

Jaqen cieszył mnie z kolei bardzo.
Jaqen cieszył mnie z kolei bardzo.

Gdy jednak zostawić w spokoju brak napięcia, kilka najbardziej kontrowersyjnych elementów, czyli autorskich zmian, moim zdaniem wyszło temu sezonowi lepsze. Przede wszystkim podobała mi się zmiana w kwestii wybranki Robba, bo Talisa jest znacznie ciekawszą postacią niż niewyraźna książkowa Jayne Westerling. Dobrze wyszło też przyspieszenie fabuły względem oryginału, czyli rozpoczęcie podróży Brienne i Jaimiego – nie tylko dlatego, że inaczej Nikolaj Coster-Waldau wiele by sobie nie pograł, a Nikolaja Coster-Waldau nigdy w Grze o tron za wiele – ale dlatego, że w przeciwnym razie miałabym głównie nudne gadanie i spiskowanie. Tutaj wychodzi na jaw moja nieskrywana niechęć wobec Starcia królów, jednej z niewielu powieści, która swoim przynudzaniem i rozwlekaniem fabuły po prostu burzyła mi krew w żyłach (drugą, już w sadze, jest fatalna Uczta dla wron, od której aktualnie robię sobie przerwę, bo inaczej nie ma szans, żebym ją skończyła). Rozbudowanie wątku Daenerys też mi się podobało – problem w tym, że jego potencjał aż do finałowego odcinka nie został zbyt dobrze wykorzystany. Brakowało mi też głębszego wejścia w sytuację Aryi i zwiększenia jej roli – w książce mała była znacznie bardziej aktywna niż w serialu. Ten sam zarzut mam zresztą także do wątku Sansy, która w serialu nie robi właściwie nic, pomimo tego, że w Starciu królów już nakreślała się jej ucieczka. Dopiero jej uśmiech w finale pokazał, że dziewczyna nie ma w głowie tak pusto, jak się wydaje (bronię Sansy i bronic będę, bo nie znosiłam jej w pierwszym tomie, a od drugiego jest moją ulubienicą). Nie podobał mi się też brak rodzeństwa Reed (ale są już zapowiedziani na trzeci sezon) oraz – przede wszystkim – wątek Jona. Jon w książce stanął przed bardzo trudnym wyborem, który nawiedzał go później przez długi, długi czas, a wszystko to wzięło się z faktu, że dostał do wykonania rozkaz. W serialu, zamiast rozkazu, dostał zaś tylko domysły, bardzo więc się boję, jak  to wpłynie na jego dalszą motywację. I to z całej fabuły martwi mnie najbardziej – nie chcę, by jego wewnętrzna walka została zbytnio spłycona.

Sansa - autentycznie moja ulubiona bohaterka.
Sansa – autentycznie moja ulubiona bohaterka.

Nie wykluczam też faktu, że spory wpływ na moje rozczarowanie ma fakt, że tym razem lektura pierwowzoru mi się nie podobała. Grę o tron połknęłam ją w jakieś cztery dni, a dnia następnego wchłonęłam wszystkie 10 odcinków pierwszego sezonu (jedne z moich najlepiej wykorzystanych zwolnień lekarskich w życiu) – wynik tego, że absolutnie odmawiałam sobie obejrzenia serialu przed zapoznaniem się z oryginałem. Serial był oczywiście zachwycający, ale fabularnie wcale nie musiał się o to starać, skoro książka była naprawdę wciągająca. Z kolei w 1/3 Starcia królów zaczęłam już rozpaczliwie odliczać strony do końca, bo z nudów zalewała mnie krew. Drugi sezon usiłował urozmaicić wydarzenia, ale gdzieś po drodze coś poszło nie tak. Swoją drogą, był „drugim sezonem”, więc poprzeczkę miał podniesioną naprawdę wysoko i niestety poniósł porażkę w dorównaniu wrażeniom z sezonu pierwszego. Za rok na szczęście akcja przeniesie się do Nawałnicy mieczy, czyli tomu chyba jeszcze lepszego od początku sagi. Fajnie by było, żeby jego ekranizacja okazała się równie zaskakującą bombą.

Biorąc wszystkie „za” i „przeciw” pod uwagę, bez wątpienia zostaje z serialem do końca, teraz z tylko z odrobiną dystansu i nadzieją, że owe „przeciw” zostaną skruszone w zarodku. Nie bawiłam się bowiem jakoś strasznie źle – po prostu nie bawiłam się tak dobrze, jak zdążyłam się przyzwyczaić. Pozostaje mi tylko  tylko liczyć na to, że twórcy nie spoczną na laurach pozytywnej – moim zdaniem nie do końca zasłużonej – krytyki i za rok znów przygotują porywający i intrygujący serial. Bardzo bym chciała właśnie taką Grę o tron oglądać. 

* Cytat z mojego ukochanego Lilo & Stitch, który w polskiej wersji językowej jest o dziwo trzy razy lepszy niż w oryginalnej. 

  • Hmmm… szczerze mówiąc, nie jestem zaznajomiona z tym serialem, choć w pracy wciąż namawiają mnie do zapoznania się z nim. Po finale 2 sezonu chłopaki wkurzały się na ten finał. Często jest tak, że zazwyczaj finał decyduje o tym jak odbieramy cały sezon i kiedy był on dość mdły, to piorunujące zakończenie może całkowicie odmienić nasze zdanie. To samo doświadczyłam przy „Borgiach”, kiedy cały sezon drugi był raczej przeciętny, a finał po prostu zmiażdżył.

    Pozdrawiam :*

    • Myślę, że zaznajomić się warto, bo jeśli chodzi o pierwszy sezon, jest to naprawdę kawał świetnie zrealizowanego fantasy – i przede wszystkim nie ugrzecznionego, a brutalnego. Cały sezon drugi oceniałam w kontekście pierwszego, który był na bardzo wysokim poziomie. Tekst więc mógł zabrzmieć nieco posępnie i zniechęcająco, jeśli brak perspektywy na zeszłoroczne odcinki, ale mam nadzieję, że zniechęcił Cię do końca ;)

    • O wow, właśnie zorientowałam się, że zjadłam „nie” w ostatnim zdaniu. Miało być „że nie zniechęcił Cię do końca” ^^ Przepraszam!

  • Chyba jestem w mniejszości ale ja się zawiodłam… W całej Pieśni zakochałam się jakieś dwa lata temu, jakież wielka była moja radość gdy usłyszałam, że jest nagrywany serial. Czekałam i czekałam i doczekać się nie mogłam w końcu jest. I co? Jedno wielkie rozczarowanie. Gdybym nie czytała książki wcale bym go nie oglądała. Akcja nie porywa, postacie są jakieś takie… sama nie wiem jakie. Nie tak to sobie wyobrażałam..nie tak.

  • Widzę, że generalnie mamy podobne odczucia względem drugiego sezonu „Gry o tron”, z tym, że mnie bardziej podobał się 9 odcinek, niż finał. Podzielam w pełni Twoje obawy dotyczące wątku Jona – w powieściach to jedna z moich ulubionych postaci, w serialu natomiast jest raczej irytujący; zrobiono z niego bezradnego chłopca, po którym trudno spodziewać się wielkich czynów, jakich kiedyś dokona (nie wiem, gdzie jesteś z czytaniem, więc staram się uniknąć spoilerowania).

    • Jestem w połowie „Uczty dla wron”, której po prostu nie mogę skończyć, bo jest tak nudna i wkurzająca, że mam ochotę włosy sobie powyrywać…

      „Nawałnica mieczy” to za to było coś ;) Parę razy ryczałam z czystego radosnego wzruszenia :)

  • W tym sezonie była chyba tylko jedna scena bitwy, a prócz tego część rzeczy sprawia wrażenie mocno okrojonych (ja jestem na 1 tomie książki bo zachęcił mnie serial;)). Z drugiej strony niektóre wątki były dodane niepotrzebnie i nic nie wnosiły. Ja po tym sezonie przestałam sympatyzować Daenerys (to jej zawołanie ze smokami stało się już obiektem żartów w internecie;P). Sansa moim zdaniem jest w tej chwili jedną z ciekawszych postaci, a Snow ma niestety minę kota załatwiającego się na pustyni, co trochę spłyca jego postać;p

  • mnie środek sezonu też zanudzał, w pewnym momencie byłam tak zniechęcona, że czekałam z obejrzeniem nawet kilka dni od premiery

    obudzenie przyszło wraz z wielką bitwą i tak jak piszesz, sukces tego odcinka polegał właśnie na skondensowaniu a nie posiatkowaniu akcji;

    solidaryzuję się również w irytacji na wątek srebrno- smoczy, o ile w pierwszym sezonie wyczekiwałam na sceny z Danny. o tyle tu modliłam się by znikła z ekranu

    w tym sezonie śledziłam z ciekawością tylko wątki czwórki najmłodszych Starków [pokochałam Sansę i zgadzam się Tywinem że „przeżyje ich wszystkich”] oraz przecudownego karła ;)

    do kolejnego sezonu zasiądę już znając książkę i trochę obawiam się, że znajomość fabuły przy podobnie kiepskim poziomie i braku napięcia sprawi że serial porzucę ;)

  • Bardzo podoba mi się Twoja wypowiedź na temat serialu. Nie czytałam jeszcze książek, ale mam już zamówioną pierwszą część. Oglądnęłam dwa sezony serialu i bardzo mnie zafascynował i zdecydowałam się sięgnąć po książki :) Dzięki Tobie i twojej recenzji coraz bardziej nie mogę się doczekać aby je dorwać.
    W serialu lubię Jona, choć z każdym kolejnym odcinkiem jego gra aktorska jest taka sama, cały czas ta sama mina. :P
    Uwielbiam fantasty i science – fiction więc mam nadzieję, że znajdę u Ciebie wiele książek które mogłabym przeczytać. Pozdrawiam !