Minęło już kilka dni od śmierci Leonarda Nimoya, a ja dopiero teraz jestem w stanie myśleć o tym bez napływających do oczu łez. Naprawdę, wiadomość o odejściu jednej z ikon mojej codzienności uderzyła mnie niespodziewanie mocno. Ale tak naprawdę Leonard Nimoy nie odszedł – bo jest na zawsze uwieczniony w naszym geekowym wycinku świata.

Nie jestem jedną z tych osób, które znają Leonarda Nimoya z ról innych niż Spocka w wielu odsłonach Star Treka. Widziałam go przelotnie w Inwazji łówców ciał z 1978 roku (przelotnie, bo filmu zupełnie już nie pamiętam), kojarzę go również jako Williama Bella z nieodżałowanego Fringe – gdzie z jego obecności cieszyłam się, swoją drogą, ogromnie, słyszałam go tu i tam w produkcjach animowanych. Jednak przede wszystkim, Leonard Nimoy pozostaje dla mnie Spockiem. I może, patrząc wstecz, to mało, może warto było śledzić jego karierę z większą uwagą – ale to nie szkodzi. Bo sam jeden Spock jest w mojej świadomości na tyle duży, że wypełnia mi niemal całe uwielbienie i szacunek do zmarłego aktora.

Piszę „niemal”, bo Spock tak naprawdę nie jest tylko fikcyjną postacią z filmów i seriali. Postacią wyjątkową, niezwykle przełomową, budzącą w człowieku pytania o samą istotę człowieczeństwa i inspirującą do bycia najlepszą wersją samego siebie, a do tego poszerzającą granice tolerancji i pojmowania świata – ale także postacią daleko wykraczającą poza wartości wyniesione z ekranu. To bohater niezliczonej ilości odniesień, żartów i memów, internetowa twarz argumentów, postać z koszulek, jeden z bohaterów swojej własnej gry, to nawet duch pozdrowienia, jakim w życiu codziennym posługują się nie tylko trekkerzy (które, nawiasem mówiąc, nigdy by nie zaistniało, gdyby nie Leonard Nimoy). I gdy myślę o Spocku, przyznam szczerze, w pierwszej chwili wcale nie przychodzą mi do głowy jego przygody na pokładzie Enterprise, ale jego obecność w moim codziennym geekowo-nerdowym życiu.

Bo komu w sytuacjach wymagających trafnego podsumowania nie nasuwa się na usta „Fascinating„? Komu gra w papier, kamień, nożyce nie kojarzy się odruchowo z Rock, Paper, Scissors, Lizard, Spock? Kto na słowo „logiczne” nie strzyże uszami, przewijając sobie w głowie mentalny obraz kiwającego z aprobatą Wulkanina? I jeszcze w trakcie weekendu bałam się, że długo nie będę mogła wykonać wulkańskiego pozdrowienia bez zakrztuszenia się łzami (niektórzy mają rację mówiąc, że jestem nad wyraz emocjonalna), ale od teraz będę w zasadzie szczęśliwa mogąc przesyłać ten jedyny w swoim rodzaju przekaz, by czymkolwiek, jako geek, nerd, fangirl, się zajmując i cokolwiek, jako geek, nerd, fangirl, kochając, łączyć się w przyjaźni, zacierać granice i żyć długo i pomyślnie.

Taką właśnie postać stworzył Leonard Nimoy, taką właśnie wiadomość przekazał pokoleniom i takiego właśnie będę go na zawsze pamiętać. Jako ciekawego wszechświata Spocka, człowieka, który dał nam balladę o Bilbo Bagginsie i spuściznę, która z uśmiechem na twarzy ogląda się nawet w reklamach samochodów.

LLAP.

  • Konrad Włodarczyk

    _V/ LLAP. Pisałem o tym u Myszy i na swoim blogu, ale i tu też napomknę. Wstyd mi. Wstyd, że ktoś musiał mi przypominać o tym, czym dla fandomu, nerdów i geeków jest Star Trek i Leonard Nimoy. Wstyd, że o tym zapomniałem. Ale jednocześnie wiem, że nie pozwolę sobie nigdy tego więcej zapomnieć.

    Jednocześnie jest mi smutno z powodu tych wszystkich ludzi, którzy żyją w nieświadomości Jego śmierci i tego, co zawdzięcza Jemu i serialowi świat. Jak choćby pierwszą, czarnoskórą NIE służebną rolę. I cały wydźwięk czołówki z „Space. The Final Frontier” i „To boldly go..”. U mnie w domu i w pracy NIKT. NIKT nie wspomniał o tym. Rany, nawet nie wiedzą kim jest Spock, a znaja Hankę Mostowiak…

    • U mnie to samo. Rozumiem, że moje koleżanki z pracy nie siedzą w żadnym geekowym temacie, ale zawsze mi się wydawało, że postać Spocka, czy w ogóle „Star Trek”, są tak ikoniczne, że znajome z automatu… A tu nic, kompletne zero. To naprawdę, naprawdę przykre :(


  • Minęło już kilka dni od śmierci Leonarda Nimoya, a ja dopiero teraz jestem w stanie myśleć o tym bez napływających do oczu łez. ” – jakoś w to nie wierzę ;)

    • Masz rację. Popłakałam się wczoraj przy tekście Dorkly o tym, jak internet oddaje hołd Nimoyowi, i potem podczas pisania tego tekstu :(

      • no to pięknie, zawsze to dla mnie była taka zbędna figura retoryczna, a tu proszę, press x to jason ;)

  • spirit

    wg mnie Nimoy jakoś zawsze stał gdzieś z boku tego całego zgiełku wokół Spocka i dopiero silny rozwój netu przywrócił go niejako do ogólnej świadomości… fandom zawsze miał go za wzór, ale w szerszej świadomości chyba jednak nie istniał… natomiast to, co z nim zrobiono w ostatnich latach uznać można za ogromny sukces i Nimoy’a i jego fanów… absolutnie nie chcę przecenić oddziaływania, ale jednak TBBT i ogromna popularność tego show niektórym przypomniała, a reszcie uświadomiła kim jest Spock i jak uniwersalne cechy nadał mu Nimoy… co by nie mówić raz na dekadę (albo i rzadziej) zdarza się odejście, które całą popkulturę wprawia w osłupienie, bo jednak pewni bohaterowie stają się dzięki aktorom nieśmiertelni, nawet jeśli ci ostatni śmiertelni są jak każdy z nas.