Fringe: Tak walczy się o przyszłość

fringe-s5-f

[5×01] Fringe powróciło – i to jak! Piąty, ostatni sezon złamie nam serca odejściem z ramówki, ale nie bez ponownego udowodnienia, że to jedna z najlepszych i najambitniejszych produkcji science-fiction ostatnich lat. „Transilience Thought Unifier Model-11” to fantastyczne otwarcie początku końca – bolesne, poruszające, pełne nadziei.

[Spoilery] Nie będę ukrywać, że finał czwartego sezonu wzbudził we mnie mieszane uczucia. Happy ending i ckliwa scena pomiędzy Peterem a Olivią została uratowana jedynie przez niespodziewaną wizytę złożoną Walterowi przez Septembera, który wyraźnie zapowiedział nadejście widzianej już wcześniej posępnej przyszłości. W tym momencie Fringe wkroczyło na zupełnie nowy, nieodkryty jeszcze poziom, po raz kolejny uderzając we mnie faktem, jak ogromną transformację przeszedł ten serial od czasów tajemniczych spraw badanych przez grupę agentów FBI. Choć będzie mi niezmiernie brakować alternatywnej rzeczywistości i zamieszkujących ją postaci (pożegnanie z nimi w czwartym sezonie zabolało mnie tylko bardziej od pożegnania z moim ulubionym bohaterem, kapitanem Lee), to okupowany przez Obserwatorów rok 2036 będzie godnym następcą i bardziej niż emocjonującym tłem zwieńczającym tę historię.

Odcinek otwiera się mocnym uderzeniem – szczęśliwą rodzinną sceną z Peterem, Olivią i małą Ettą, która błyskawicznie zmienia się w koszmar w momencie nagłego pojawienia się Obserwatorów. Krótkie cięcie przenosi nas do 2036 roku, bezpośrednio po wydarzeniach z odcinka „Letters of Transit”, gdzie Peter właśnie budzi się z koszmaru. Razem z przebudzonymi z bursztynu Walterem i Astrid na każdym kroku odkrywają jeszcze bardziej ponure prawdy o odebranym im świecie, od paskudnego sztucznego jedzenia po zabetonowany Central Park i zbliżającą się wizję permanentnych zmian w atmosferze. Jedyną nadzieją jest Walter Bishop, który lata wcześniej opracował plan pokonania Obserwatorów. Dla bezpieczeństwa, zapisał go w swojej głowie w asynchronicznych kawałkach, jednak by ułożyć je w kolejności potrzebne jest specjalne urządzenie – thought unifier. Ostatnią osobą, jaka miała go w swoim posiadaniu jest zaginiona Olivia. Jednak odnalezienie Olivii aktywuje ciąg wydarzeń, które zmuszą bohaterów do podjęcia jeszcze bardziej ryzykownych kroków. Walka o przyszłość rozpoczyna się porażką, ale z całą pewnością nie bez nadziei.

Świat bez wolności.
Świat bez wolności.

Przede wszystkim – emocje. Trudno opisać jak okropnie żal było mi torturowanego Waltera, kiedy John Noble tak fenomenalnie oddawał cierpienie swojego bohatera, zarówno to zewnętrze, jak i to w środku. Czuć tę postać i nie sposób jej nie współczuć, zwłaszcza że przecież tak bardzo chce naprawić wszystkie swoje błędy, a coś zawsze staje mu na drodze. Na dodatek jego miłość do wnuczki – ciepła i płynąca z samego serca – czyni go o kolejne poziomy bardziej ludzkim i wrażliwym. Z kolei odnalezienie Olivii i ponowne zjednoczenie bohaterów było tak wzruszające, jak subtelne. Nie spodziewałam się łzawych uścisków i melancholijnych wyzwań, i Fringe całkowicie mnie nie zawiódł. Choć historia miłosna i relacje pomiędzy bohaterami to centralny punkt serialu, który we wcześniejszych sezonach niestety balansował na granicy słodkiej historyjki, w „Transilience Thought Unifier Model-11” są one wyraźne, ale delikatnie trzymane na wodzy. W tym sezonie, bardziej niż zwykle, to sytuacja wpłynie na bohaterów niż oni na sytuację.

Po drugie – naprawdę paskudna, szara, dogłębnie brzydka i beznadziejna rzeczywistość, jaką zgotowali ludziom Obserwatorzy. Zaniedbane ulice, dziesiątki obrzydliwych graffiti, opuszczone samochody, wszechobecna pustka i nicość, bo nikt nie wychodzi na zewnątrz, a na domiar złego wszędzie wiszące propagandowe plakaty jako bezustanne przypomnienie, kto tu teraz rządzi. Wszystko jest pod stałą inwigilacją, i nawet, jeśli bohaterom udają się ucieczki, raczej prędzej niż później skazani są na wykrycie. Widać, jak szybko może w nich uderzyć tragedia, widać, jak absolutną władzę sprawują okupanci. Widać też, że nie są niepokonani, ale odwrócenie losu na korzyść bohaterów będzie wymagało jakiegoś potężnego łutu szczęścia. Właśnie ta dawka niepewności, przeciwności i narastającego napięcia to najbardziej smakowity kawałek, jakiego oczekuję po piątym sezonie Fringe.

Relacja Waltera z Ettą to kolejny mocny punkt na korzyść Waltera.
Relacja Waltera z Ettą to kolejny mocny punkt na korzyść Waltera.

Po trzecie – niespodzianki. Nie spodziewałam się, że Peter i Olivia się rozstali. Świetnie poprowadzony scenariusz kazał nam wierzyć, że wszystko pomiędzy nimi jest po staremu, ale jednocześnie zasiał pewne wątpliwości. Dopiero szczera rozmowa na tle odebranego im miasta – a tym samym życia, przyszłości, szczęścia – pozwoliła wyjawić prawdę. I jak dla mnie decyzja o ich rozdzieleniu była bardzo dobrym zagraniem. Odświeżającym po poprzednich czterech sezonach, dodającym postaci nowego wymiaru, stanowiącym idealny podkład pod próbę walki najeźdźcami – bo w końcu w tym sezonie tematem przewodnim będzie ostateczne naprawienie wszystkich błędów (najbardziej dosadnie zaznaczone przez wyznanie, że „jednak nie uratowaliśmy świata”). Choć nie wiem, czy podoba mi się taka wersja Petera – słabszego, nie posiadającego tak silnej woli jak Olivia – jego szczery żal i przyznanie się do błędu dają podstawy do naprawdę mocnych zmian. Nie mogę się doczekać.

Po czwarte – szczegóły. Astrid na spokojnie irytująca się na grę, Walter w dalszym ciągu nie mogący zapamiętać jej imienia, Peter i Olivia zachwycający się Ettą, którą pamiętają tylko jako trzyletnią dziewczynkę; wszystko jest w tym odcinku na swoim miejscu. Pojawia się nawet wzmianka o agencie Fosterze, który w „Letters of Transit” dał się zamrozić w bursztynie – może to przedsmak jego powrotu? Akurat ogromnie by mi się to podobało. Jest tu wszystko, co we Fringe najlepsze – akcja, napięcie, chwile zadumy, świetne aktorstwo i nawet odrobina humoru. Zostałam nie tylko wciągnięta od początku do końca, ale na nowo przypomniałam sobie, jak bardzo ten serial cenię.

Blisko, jednak daleko.
Blisko, jednak daleko.

Po piąte – końcówka. Nic nie poruszyło mnie w tym odcinku bardziej, niż gdy zdruzgotany po fatalnych wieściach Walter, nie przejmujący się już niemal niczym, wychodzi na opustoszałą ulicę i znajduje pocieszenie w pierwszym lepszym kawałku muzyki – kawałku tandetnego popu, tak drastycznie odmiennego od jego ukochanej muzyki klasycznej jak to tylko możliwe, a jednak jeszcze bliższego jego sercu, teraz, w tym świecie, gdzie muzyka i radość jest zabroniona. Nie potrzeba było słów, by zobaczyć w tej przytłaczającej sytuacji promyk nadziei, i chwała twórcom za to subtelne, wzruszające podejście do sprawy.

Co więcej powiedzieć, jak że to najlepsze możliwe otwarcie sezonu? Pomimo batalii z wynikami i stałym widmem kasacji, Fringe nigdy się nie poddawało – i tak samo nie poddają się jego bohaterowie. 13 odcinków piątego sezonu zapewni nam wrażenia jakich na pewno nie zapomnimy. 9/10.

  • Fka

    Rewelacja! Bardzo emocjonujące otwarcie sezonu. Z jednej strony trochę mi smutno, że przede mną ostatnie miesiące z ulubionym serialem z obszaru fantastyki, a z drugiej się cieszę, że ten serial dostanie pełnoprawne zakończenie, finał na jaki zasługuje, a nie zostanie przerwany z powodu jakiejś niskiej oglądalności jak wiele innych.

  • do dzisiejszego poranka narzekałam, że seriale już nie te i nie potrafię się emocjonalnie zaangażować w ich treść

    wtedy przypomniałam sobie o fringe i znane i lubiane przeze mnie dygotanie wróciło

    o samym odcinku nic nie dodam bo zgadzam się z każdym słowem ;))

  • A ja będę smęcił i narzekał. Jak to ja.

    Pierwsza scena odcinka (sen Petera) – łopatologiczna, przesadzona, kiczowata do granic możliwości. Jakby rozpisana przez czterolatka albo pensjonarkę. Albo czteroletnią pensjonarkę.

    Nie umiem uwierzyć w przedstawiony obraz dystopicznej przyszłości. Może to kwestia tego, że wychowałem się w kraju, który jeszcze trzydzieści lat temu był dystopiczną rzeczywistością i wiem, jak takowa powinna wyglądać. We Fringe wygląda to zdecydowanie zbyt kolorowo i plastikowo, no bo kto marnowałby pieniądze na farbę w spray’u, skoro na chleb nie wystarcza? Nie wiem, czy to ja zaczynam dziadzieć na stare lata, ale strasznie mi to utrudniło zawieszenie niewiary. Nie umiem uwierzyć w tę przyszłość. Twórcy Fringe nie odrobili pracy domowej tak, jak zrobiło to chociażby Valve w Half-Life 2 ze swoim przepięknie wystylizowanym City 17.

    Rozbawiła mnie też scena w której Peter i Etta odbijają Waltera z rąk Obserwatorów. Chodzi mi o to ujęcie, w którym Peter przekrada się przez korytarze budynku niczym Rambo w dżungli. Było to tak przeszarżowane i groteskowe, że w pewnym momencie parsknęło mi się śmiechem.

    ale, żeby nie było – otwarcie sezonu świetne i na pewno będę oglądał dalej, bo Fringe wciąż okupuje wysoką pozycję w moim rankingu seriali.

  • @ Misiael – nas strasznie rozśmieszyło, że oni przekradają się w tych workach na trupy, a potem tak po prostu otwierają drzwi Olivii, bo przecież tylnego wyjścia to kto by pilnował.
    Za to na plus zaliczyliśmy zachwyty nas Ettą ze strony Petera i Olivii – to było bardzo życiowe, że rodzice tak się zachwycają swoim potomstwem ;)

    Ogólnie podoba mi się, że po raz kolejny znaleźliśmy się w nowej rzeczywistości, w której wszystko może się zdarzyć. Niedociągnięcia typu zbyt kolorowy świat to raczej kwestia pieniędzy, których stacja nie chce chyba pakować zbyt wielu w produkcję totalnie na wylocie. Ja bym ten odcinek oceniła 7/10 – paru rzeczy zabrakło, tu i ówdzie pewne sprawy uproszczono, ale Fringe to jednak Fringe i mi się podoba :)

    PS. Też czekam na powrót Fostera, czemu jego nie odbiją z tajnej bazy Obserwatorów? Wolności dla Fostera!

    • Jeśli o mnie chodzi, łatwość akcji uwolnienia Waltera była całkowicie świadomym zabiegiem twórców – w końcu nie o to chodzi, żeby skupiać się detalach, ale pokazać dopiero początek napięć i dramatów. Problemy dopiero się zaczną, więc moim zdaniem nie było potrzeby komplikowania sprawy. Tutaj zostały one tylko zarysowane. Ale to oczywiście tylko interpretacja ;)

    • Też myślę, że chodziło głównie o to, żeby Walter zapomniał ten plan, a nie o to, żeby go spektakularnie odbijać.

      No nic, bardzo ciekawa jestem dalszego ciągu. Na szczęście to już niedługo :)

  • Hmm… pewnie ta ostatnia scena z otwarcia fajna, ale jak dla mnie to sezon jest póki co marny. Nie fascynuje mnie tak jak kiedyś, niestety. Szkoda. W ogóle ta cała akcja w przyszłości mnie wkurza. Nie tego się spodziewałam. Byłam zaskoczona, że w takim kierunku poszli twórcy. Będę uradowana jak w końcu się skończy ten serial.