Fringe: Która Olivia lepsza?

fringe-olivia

Parę dni temu, w jakiś serialowym serwisie internetowym, przeczytałam krótki artykuł na temat Olivii z czwartego sezonu Fringe. Nie trafię z powrotem na ten tekst, bo link do niego już dawno zniknął mi na facebookowej tablicy, ale rzecz sprowadzała się do jednego: autor opisywał nową wersję Olivii – nazywając ją NewLivią – czyli takiej, która nie pamięta Petera i która przez inne sploty wydarzeń stała się luźniejsza, bardziej otwarta na ludzi, wręcz sympatyczniejsza i znacznie cieplejsza. Całkowicie zgadzam się z tą obserwacją, jednak o wiele bardziej interesująca stała się dla mnie pochwała aktorskich umiejętności Anny Torv, a także – i przede wszystkim – pytanie, która z jej bohaterek tak naprawdę podoba mi się najbardziej?

[Oczywiście spoilery] Odkładając na bok NewLivię, do tej pory mieliśmy trzy różne wersje Olivii: podstawową, Fauxlivię (Alt-Olivię lub Bolivię, jak kto woli), i Belllivię. Ta ostatnia właściwie nie była naszą bohaterką, ale Anna Torv odznaczyła się tak niezwykłymi umiejętnościami naśladowania maniery Leonarda Nimoya, że przez całe kilka odcinków nie mogłam zamknąć do końca szczęki. Moje wrażenia potęgowała pewnie znajomość Star Treków, która przyzwyczaiła mnie do mowy i gestów Spocka. Oglądanie żeńskiej wersji tak podobnej postaci zapewniło mi więc mnóstwo radochy. Wtedy po raz pierwszy z pełną jasnością dostrzegłam, jak fantastyczną aktorką jest Anna Torv. Najbardziej jednak chylę czoła przed jej kreacją dwóch praktycznie skrajnie odmiennych od siebie kobiet, z których żadnej nie da się nie lubić.

Gdy pod koniec drugiego sezonu na scenę wkroczyła Fauxlivia, na początku nie wiedziałam, co o niej myśleć. Nie wiedziałam tego jeszcze bardziej na początku sezonu trzeciego, gdy oszustka została podstępnie wprowadzona do świata „tutaj”. Niby jak ją polubić? Podszywającą się pod prawdziwą Olivię, która była w tym czasie poddawana eksperymentom pod drugiej stronie? Złodziejkę, która na naszych oczach kradła miłość Petera i bezwzględnego szpiega, ślepo nastawionego na zniszczenie „przeciwnika”? Nie wierzyłam w jej zapewnienia o swoich uczuciach wobec Petera. Wydawało mi się, że cokolwiek będzie się działo, bohaterka, której towarzyszyłam przez całe dwa sezony, jest jedyna i prawdziwa. Lubiłam „tą” Olivię. Wówczas twórcy postanowili zakręcić karuzelą i nieźle namieszać widzom w głowach. Skończyło się na tym, że polubiłam Fauxlivię, zaczęłam mówić na nią Alt-Olivia (żeby nie brzmiał tak negatywnie), a do tego scementowałam swoje uwielbienie wobec zdolności aktorskich Anny Torv.

Jak wiadomo, przez połowę sezonu to nie „zła” Olivia rozwiązywała śledztwa „tam”, tylko Olivia oryginalna, więc dobrze było wiadomo, komu kibicujemy. W tym czasie Fauxlivia jak gdyby nigdy nic paradowała wokół przyjaciół Olivii, potajemnie wykorzystując ich do osiągnięcia swoich celów. Nie lubiłam jej. Gdy jednak później obie kobiety wróciły na swoje miejsca, zostałam zmuszona do przyjrzenia się sprawie z innej – właściwej – perspektywy. Oto Alt-Olivia znalazła się dokładnie tam, gdzie powinna, wśród ludzi, którzy byli dla niej prawie jak rodzina. Żartująca, uśmiechnięta, rozluźniona, pewna siebie, w harmonii ze swoim środowiskiem. Kumpelskie stosunki, jakie miała z członkami zespołu uwydatniły się i zobaczyłam je takimi, jakimi naprawdę były. Znikła fałszywość, udawanie, sztuczność. Z odcinka na odcinek, zespół „tam” stawał mi się coraz bliższy (oczywiście pomijam, że Lincolna uwielbiałam od samiuteńkiego początku). W momencie narodzin syna Petera, w zasadzie płakałam ze wzruszenia – tak żal byłoby mi żegnać się z Alt-Olivią, a już tym bardziej patrzeć na cierpiącego Lincolna. Wszystko to, całe to odwrócenie sytuacji do góry nogami przypisuję jednak nie tylko twórcom, który tak świetnie poprowadzili scenariusz, ale przede wszystkim Annie Torv – za tchnięcie życia w tę drugą, energiczną, uśmiechniętą i całkiem sympatyczną Olivię. Nie piszę, że lepszą, nie piszę, że ciekawszą, ale na pewno piszę, że inną. I tutaj dochodzę do zasadniczej sprawy: nie zdawałam sobie sprawy, jak naprawdę różne są te dwie postacie i jak rewelacyjna w sprzedawaniu ich jest Anna Torv, dopóki nie zobaczyłam ich obu tuż obok siebie.

Albo inaczej: zdawałam sobie sprawę, ale do czasu „One Night in October” nie dostrzegałam tego w całej możliwej okazałości. Sceny, w których jedna Olivia stoi obok drugiej uwydatniły te różnice czarno na białym. Stateczna, idealnie panująca nad swoimi emocjami „ta” Olivia skontrastowana z ironizującą, niecierpliwią „tamtą” Olivią były wręcz hipnotyzujące. Fabuła odcinka właściwie umknęła mi gdzieś na drugi plan, bo o wiele chętniej wolałam przyglądać się reakcjom jednej i drugiej bohaterki (nawet w tle). Różnice w zachowaniu, a tym samym tak różna gra Anny Torv były zachwycające. Oglądanie Fringe zawsze było przyjemnością, a sam serial z sezonu na sezon wspinał się na wyżyny, ale jego czwarta odsłona odkrywa tych wyżyn jeszcze nowsze poziomy. Aktorsko, fabularnie, koncepcyjnie.

Koniec końców nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule. Nie ma lepszej Olivii, bo każda jest inna i każdą da się lubić. Jest po prostu rewelacyjny, wciągający serial, który ma do zaoferowania więcej niż na pierwszy rzut oka można się spodziewać. Gra i bawi się widzami, ale w sposób niezwykle umiejętny – a do tego zapewnia gamę barwnych postaci, do których nie sposób się nie przywiązać. Odkrywanie kolejnych drobnostek, nawet tak prostych i pozornie nic nie znaczących, jak zawahanie tu czy uśmiech tam, jest bardzo satysfakcjonujące. Nie mówiąc już o aluzjach na temat wiadomego (nie)znajomego, którymi czwarty sezon podsyca napięcie. A pomyśleć, że w pierwszym sezonie miałam Fringe za nieco dziwniejszy, ale klasyczny procedural ;)

  • Zana

    Uwielbiam Fauxlivię, szczególnie jej wygląd.