Film, czyli kot w worku

film

Parokrotnie zdarzyło mi się we wpisach wspomnieć, że przy okazji premiery jakiegoś filmu czy serialu celowo trzymałam się na dystans od zapowiedzi, spoilerów, klipów, wycieków i innych skrawków informacji, które mają sprzedać produkt zanim się w ogóle pojawi. W pewnym sensie można te wzmianki potraktować jako preludium do niniejszego tekstu, bo temat ten chodzi za mną od pewnego czasu i w sumie codziennie mi o sobie przypomina. Wbrew pozorom nie chodzi jednak o to, że owo podejście nie raz uratowało mnie przed rozczarowaniem, ale przede wszystkim o to, że bez dziesiątków przecieków i tworzonej wokół nich góry oczekiwań, film czy serial oglądało mi się przyjemniej – bo zwyczajnie miałam z niego niespodziankę. A mało co potrafi przy oglądaniu sprawić taką radość, jak niespodzianka.

Do przybliżenia tego tematu zasiadam głównie z jednego powodu – bo filmem i serialem moja pisanina jest usiana, a z praktykowanego przeze mnie nastawienia wynika później wiele wrażeń. Dla jasności dodam też, że skupiam się tu prawie wyłącznie na kinowych czy telewizyjnych nowościach – przy produkcjach, które są już dawno po premierze, praktyka ta raczej nie ma prawa bytu. W treści występuje też skrót myślowy, który zakłada, że pod słowem „film” kryje się również „serial”.

Przechodząc zatem do rzeczy sprawa wygląda tak, że ze wszystkich materiałów promocyjnych dotyczącej nadchodzących ekranowych produkcji, do szczęścia wystarczą mi trailery. Wychodzę z założenia, że trailer ma mi przede wszystkim powiedzieć, o czym będzie dany film – a więc odpowiedzieć mi na pytanie, czy zainteresuje mnie fabuła. Dokładnie tak jak z tekstami na tyłach książkowych okładek (z wyjątkiem tych, które nawijają o autorze i sukcesie aktualnie trzymanego tomu, zamiast powiedzieć prosto i wyraźnie, czego to właściwie dotyczy). Jednak chcąc nie chcąc, taki trailer jest jednocześnie reklamą filmu. Nie bez powodu wybierane są do niego najsmaczniejsze fragmenty – mają przyciągnąć uwagę, zachęcić, zachwycić. To oczywiście pułapka, ale wydaje mi się, że nauczyłam się jej unikać – głównie dlatego, że wyrobiłam sobie nawyk „uwierzenia, jak zobaczę”. Mogę się zachwycać trailerem, mogą mnie uwieść przedstawiane fragmenty, mogę nakręcić się na film i bulgotać z konieczności długiego oczekiwania – ale bulgotać będę dlatego, że film kryjący się za trailerem trafia albo ma szansę trafić dokładnie w moje gusta (fabularne bądź nie). Z tak wzbudzonym oczekiwaniem nie potrzebuję nakręcać się jeszcze bardziej – zamiast tego wolę cierpliwie poczekać i cieszyć się efektem końcowym takim, jaki został stworzony, a nie takim, jakim go reklamowano.

Brzmi prosto (właściwie to się nawet powtarzam). Ale trailer nie jest, rzecz jasna, jedynym materiałem promocyjnym. Na długo przed premierą wysypuje się zazwyczaj całe mnóstwo informacji – najpierw, że reżyser taki-a-taki szykuje film o-tym-i-o-tym, że rozpoczęły się zdjęcia, że do obsady dołączył nowy aktor,  potem, że są plakaty, później zdjęcia aktorów w kostiumach, w międzyczasie pojawi się jaki wywiad, etc. etc. etc. Nie można też zapominać o teaserach, czy – jak w przypadku Prometeusza – materiałach video kręcących się wokół filmu. Ostatnio, czyli parę lat temu, do praktyki weszła zasada publikowania w necie kilkuminutowych kawałków już z gotowego filmu. Z kolei przy serialach – zwłaszcza – można spotkać się z informacjami, że w nadchodzących odcinkach pojawi się aktor A, znany z serialu B, który zagra postać C. Wszystko to pięknie i fajnie, ładnie pokazuje, że światek filmowo-serialowy żyje w każdej sekundzie swojego istnienia, ale ja na to wszystko miałabym jedną odpowiedź – te rzeczy nie są mi wcale do szczęścia potrzebne. Nie potrzebuję ich wiedzieć. Nie wprowadzają do mojego nakręcenia niczego nowego, a najczęściej zamazują mi prawdziwy obraz gotowej produkcji. 

To tak jak z czytaniem książki. Kiedy biorę do ręki książkę, wiem, kto ją napisał, o czym jest, i ewentualnie znam opinie znajomych czy innych czytelników. Nie wiem z kolei, jakie postacie pojawią się na drodze głównych bohaterów, co swoją osobą do historii wniosą, czy też jak będą wyglądać i czym się parać (fragmentów publikowanych na zachętę też, oczywiście, nie czytam). Dowiem się tego wszystkiego dopiero w trakcie czytania. Coś mnie zaskoczy, czegoś nie przewidzę, coś sprawi mi zwykłą radochę, bo o tym nie wiedziałam. Cała treść rozwinie się przede mną po raz pierwszy, na świeżo. Nazywam to czasem „tabula rasa” – przed obejrzeniem/przeczytaniem mam przed sobą czystą tablicę, którą dopiero zapełnię wrażeniami. Z tego bierze się co najmniej połowa frajdy. 

Ponieważ jestem jednak tylko człowiekiem, nie zawsze jestem na formy promocji odporna. Nawyk „uwierzenia jak zobaczę” nie wyklucza „mania nadziei” na coś naprawdę wyjątkowego, a utrzymanie sceptycznego nastawienia wobec produkcji, na które naprawdę-naprawdę czekam jest momentami wyjątkowo trudne. Tutaj wchodzi jednak inna kwestia – odpowiedniego nastawienia. Zazwyczaj znam swoje gusta na tyle dobrze, by wiedzieć, jakie rodzaje filmów dają mi najwięcej radochy i po jakich czego mogę się spodziewać. W takim świetle nawet w przypadku natrafienia na produkcję nieco słabszą niż zakładałam, jestem w stanie znaleźć w niej coś, co mi się podobało. Ponownie chodzi głównie o treść i tematykę filmu – czy fabularnie będzie tym, co lubię. Jednak gdy film tych nadziei nie spełni (bo np. scenariusz okaże się płytki, gra aktorska fatalna, a o efektach specjalnych lepiej nie wspominać) nie będzie to wcale wina trailera, który mi nakłamał – tylko filmu. Ewentualnie mnie, że jednak dałam się nabrać.

Odporność to również – tutaj niespodziewany zwrot akcji – bycie z materiałami promocyjnymi na bieżąco. W pewnym sensie. Nie izoluję się od nich bowiem z bezmyślnym uporem. Dzięki Facebookowi i Google+ codziennie mam kontakt z serwisami tematycznymi, a publikowanych w ilościach hurtowych nagłówków, zdjęć i wpisów po prostu nie sposób uniknąć. Zazwyczaj udaje im się unikać bezpośrednich spoilerów, ale często ciekawostki walą też prosto z mostu. W takich sytuacjach włączam sobie tryb przesiewania. Jeżeli trafia się coś, co mogę wiedzieć, bo nie zrobi mi to różnicy (np. przy serialach, które darzę mniejszą sympatią), spokojnie sobie to czytam. Gdy jednak daną produkcję uwielbiam i nie chcę, by jakieś promo, zapowiedź czy nawet pozytywna (i często podpowiadająca) wypowiedź aktora zepsuły mi oglądanie, odrywam się od nich nawet w połowie czytania. Nie są to do końca spoilery, w każdym razie nie „oficjalnie”,  ale już zapowiadają pewien obraz, już tworzą jakieś oczekiwania, już robią aluzję, że film będzie taki, taki i taki. Wcale tego nie chcę. 

Całkiem podobnie nastawienie mam też w stosunku do promocji negatywnej, czyli np. wieści, że w danej produkcji wystąpi aktor generalnie niezbyt szanowany przez docelową publikę. Pamiętam oburzenie, jakie przewijało się przez net na informację, że w kinowej ekranizacji Akiry główną rolę miał otrzymać Garrett Hedlund, nieszczególnie lubiany po Tron: Dziedzictwo. Produkcja została ostatecznie uśmiercona, ale narzekaniom i obawom nie było chyba końca. Ja natomiast nie miałam z tym absolutnie żadnego problemu – nie dlatego, że Garretta Hedlunda akurat lubię, ale dlatego, że dopiero po obejrzeniu przekonałabym się, czy rzeczywiście na taki brak zaufania zasłużył. Hejtowanie wcześniej niczemu mi nie służy. Podobnie było z niedawną Królewną Śnieżką i łowcą – nie zakładałam z góry, że Kristen sobie nie poradzi, bo może by mnie zaskoczyła. Przekonała mnie o tym dopiero po filmie. Wolę więc nie przejmować się, kto w jakim filmie zagra, a zwyczajnie ocenić występ na bazie gotowego produktu.

Na koniec, żeby nieco rozjaśnić – ja tutaj niczego nie krytykuję. Poruszam tylko temat właściwego dla mnie doboru informacji. Z oczekiwaniami mogę sobie spokojnie poradzić – bo na podstawie reklamy zwykle ich nie rozdmuchuję, nawet, gdy trailer zachwyci mnie w kosmos – ale zdradzanie pewnych faktów, choćby w najbardziej mglistej formie, już może mi zmniejszyć niespodziankę. To jak z kupowaniem kota w worku – wolę kupić go w worku. Ta niewiadoma, to napięcie, to zaskoczenie! Od tego, żeby kupić faktycznego kota, mam filmy, które już widziałam – wtedy dokładnie wiem, że nie muszę się niczym przejmować, tylko oglądać i się radować. 

Wszystko powyższe nie jest jednak stałą i niezmienną regułą – bo czasami daję się nabierać i czasami daję się nastawiać – ale ogólnie dążę do tego, żeby tego nie robić, i w większości przypadków mi się to udaje. Dzięki temu jestem w stanie jak najlepiej wyciągać z filmów to, co najlepsze. Poza tym to miał być krótki tekst, a wyszedł mi jak zwykle, więc that’s all, folks!