Falling Skies zaczyna stąpać po cienkim lodzie

Carlost.net

[3×01-02 „On Thin Ice” & „Collateral Damage”] Nie mam co ukrywać, że 3. sezonu Falling Skies wyczekiwałam z rosnącą niecierpliwością. Duże kroki, jakie w dobrym kierunku serial poczynił w zeszłym sezonie wyraźnie podsyciły mój apetyt, a perspektywa zmian i nowości zdecydowanie pobudziła wyobraźnię. Problem w tym, że mimowolnie nakręciłam sobie również oczekiwania, które tym razem dość boleśnie zderzyły się z rzeczywistością.

Nigdy nie miałam przesadnych złudzeń, że Falling Skies jest serialem w jakiś sposób wybitnym. To raczej uniwersalna papka rozpoznawalnych sci-fi-owych klisz, podana w przystępnej, łatwej do przyswojenia formie, która raczej nie wychodzi poza ramy czystej rozrywki (a jeśli wychodzi, to albo próbuje, albo się przymierza, albo polega). To powiedziawszy muszę zaznaczyć, że ta uniwersalność i łatwa do przyswojenia forma zrobiły swoje, bo znalazłam w Falling Skies bohaterów do kibicowania i sprawę do popierania – a zżycie się z istotą fabuły jest w końcu bardzo ważne. I zaznaczam to teraz tylko dlatego, że gdyby nie ta wcześniej wyrobiona sympatia, bez skrupułów porównałabym dwa premierowe odcinki 3. sezonu do nieszczęsnego Defiance, co, jak możecie się domyślić, nie jest porównaniem w żaden sposób pochlebnym. Wszystko przez to, że cała logika zdała się jakby wyparować w powietrzu, a scenariusz przypominał pisane na kolanie dialogi do fanowskiego tłumaczenia gry nie wydanej nigdy poza Krajem Kwitnącej Wiśni.

Dla porządku przypomnę jeszcze, jak bardzo cieszyłam się na nowy sezon, rozmawiając z Pepcokiem w Raporcie Obieżyświata. Teoretycznie, nawet sporo się zgadza, ale i tak zostałam zaskoczona. Chciałabym tylko, żeby pozytywnie.

Przede wszystkim mamy przeskok o siedem miesięcy (i żebyśmy nie zapomnieli, że to dokładnie siedem miesięcy, bohaterowie powiedzą nam to kilka razy). Znika więc cały suspens przygotowany na koniec poprzedniego sezonu, zamiast tego w przeciągu minut dowiadujemy się, że nowi przybysze te siedem miesięcy temu zawarli z ludźmi przymierze. Jednak wbrew pozorom taki manewr okazuje się bardzo ciekawym rozwiązaniem – i chyba największym plusem całej premiery sezonu – bo jest tylko punktem wyjścia do pokazania dziesiątek zmian, jakie przez ten okres czasu zdarzyły się w Charleston. Po kolei okazuje się zatem, że Weaver awansował na pułkownika, z kolei Tom pełni obecnie funkcję prezydenta.  Obcy – zwani Vohm – nie tylko obdarowali ludzi technologią pozwalającą na bezinwazyjne usuwanie uprzęży, ale tak naprawdę dzięki ich wiedzy, środkom i wsparciu, ruch oporu przeszedł z defensywy w ofensywę. I tak, będąc na najlepszej drodze ku rzeczywistemu zwycięstwu, rebelianci zaczęli powolną odbudowę społeczeństwa, zmieniając zniszczoną powierzchnię Charleston w przestrzeń na powrót przystosowaną do zaludnienia (i trzeba powiedzieć, że tak prowizorycznie odbudowane miasto prezentuje się rewelacyjnie).

fs-s3-04

Z drugiej strony, żeby nie było za różowo, bohaterowie szybko rozgryzają, że mają w swoim gronie szpiega. Ponieważ wiemy, że w finale poprzedniego sezonu Hal został zainfekowany robaczkiem, odpowiednio zmontowane kadry od razu podrzucają bardzo ładne podpowiedzi, tyle tylko, że Hal jest teraz sparaliżowany od pasa w dół i porusza się na wózku inwalidzkim. Ale do Hala jeszcze wrócę. Tak czy inaczej, Tom podejmuje szybką decyzję namierzenia szpiega, wyznaczając do tego zadania Arthura Manchestera. Ten bierze sobie do pomocy Anthony’ego – w ogóle jakby się nie przejmując, że wykrywanie szpiega wymaga jednak odrobiny subtelności – i pięć minut czasu ekranowego później ma już gotową listę dwunastu podejrzanych. Niestety, nie uznaje swojego zadania za jakieś super-priorytetowe, bo gdy Tomowi nagle zaczyna rodzić się dziecko, bez problemu uznaję, że może mu tę listę pokazać później. Do niczego takiego oczywiście nie dochodzi, bo w czasie, gdy Anne i Masonowie oczekują porodu, Manchester zostaje zamordowany (wypowiadając niezbędne „o, a więc to ty”). Chwilę później na świat przychodzi najmłodsza mieszkanka Charleston, śliczna dziewczyna o imieniu Alexis. Cała ta sytuacja ogólnie dyskwalifikuje też Hala w roli szpiega, bo inaczej musiałby umieć się rozdwajać, ale to wcale nie oznacza, że pierworodny Masona zostaje uwolniony od zarzutów. Nie przy tych tajemniczych koszmarach sennych, w których potajemnie – i o własnych nogach – spotyka się z Karen w lesie.

To wszystko mniej-więcej w pierwszych trzydziestu minutach dwugodzinnego odcinka. Tak naprawdę cała pierwsza część, czyli „On Thin Ice”, sprawiała wrażenie powolnej rozgrzewki, bo poza wprowadzeniem do nowej sytuacji nie działo się w niej wiele więcej. Nowości nadchodzą prawie z każdej strony – rzeczy takie jak nowa koleżanka Bena, która wyrobiła mu urocze przezwisko „Benji”, wspomniane rozbudowane Charleston ze swoją fajową, obszarpaną knajpką czy też ciągle napięcie o charakterze rasowym, bo ludzie jakoś nie lubią ani rebelianckich Skittersów, ani pomocnych Vohm. Same w sobie budują one interesujący, żywy obraz tej nowej rzeczywistości, ale schody zaczynają się w chwili, w której napływ kiepskich dialogów, marnego (naprawdę) aktorstwa i przeskakiwania po wątkach bez ładu i składu zaczyna się wyraźnie nawarstwiać. Nie wiem, czy to mnie stało się coś przez ostatni rok czasu – może np. obejrzałam tyle dobrych seriali, że najdrobniejszy przejaw głupoty uderza we mnie z siłą Terminatora (wątpię) – ale jak słowo daję, chłonęłam każdą klimatyczną scenę prawie że przez skórę, bo wśród morza ledwo klejących się wątków każda była na wagę złota.

Gwoździem do trumny był jednak drugi odcinek, „Collateral Damage”. Otóż Ben odkrywa fabrykę produkcyjną nowego rodzaju mechów – mega-mechów – i bohaterowie zgodnie postanawiają pozbyć się jej raz na zawsze. Problem w tym, że tuż obok znajduje się reaktor atomowy, więc o wysadzeniu bazy w powietrze nie ma mowy. Jedyne wyjście: znaleźć kogoś, kto będzie wiedział, w jaki sposób bezpiecznie ten reaktor wyłączyć. Nie szkodzi, że przez siedem miesięcy ani Tom, ani nikt inny nie doszukał się takiej osoby w Charleston – to wszystko dlatego, że przez te siedem miesięcy dr Kadar czuwał nad elektrycznością miasta z podziemi, bo ma agorafobię i nigdy nie wychodzi na powierzchnię. Kadar (grany przez Roberta Seana Leonarda, czy może inaczej, doktora Wilsona) bezwzględnie oczywiście odmawia, ale gdy przychodzi do do czego, wyjście do ludzi, wyprawa na akcję, starcie z wrogiem, utrata okularów i heroiczne poinstruowanie Toma (bo wyłączyć reaktora nie może nikt jak prezydent) nie stanowi dla niego żadnego problemu. Ot, dzień jak co dzień.

Falling Skies Season 3, Ep 302 Collateral Damage

Jednocześnie ze zniszczeniem bazy wiąże się pytanie, co zrobić, by o planowanej akcji nie dowiedział się wciąż aktywny szpieg. Na szczęście sprawa ta zostaje rozwiązana w sprytny i ciekawy sposób – tytułowymi ofiarami ubocznymi – a wątek rozdarcia pomiędzy tym, co konieczne, a tym, co właściwie zostaje tu wyraźnie zaadresowany. Łączy się również z końcowym podsumowaniem, czyli podjęciem przez premierę w końcu głębokiego, poważnego tematu – problemu zaufania Vohm, opartego na dość cienkich zapewnieniach samych zainteresowanych, że przybyli w pokoju i że broń, którą budują, jest faktycznie bronią, i to faktycznie na Espheni (bo tak nazywają się obcy najeźdźcy). Szkoda tylko, że temat ten pojawił się już po tak gigantycznej warstwie dziur i nie trzymających się kupy wątków (a wymieniłam tylko garstkę), bo pojawił się o wiele za późno, i szczerze mówiąc, niezbyt przekonująco. Jakoś wierzyć mi się nie chce, że Tom, jako jedyna osoba dopuszczona do pewnych tajemnic obcych sprzymierzeńców, potrafił tak skutecznie przez siedem miesięcy utrzymać w ryzach całą społeczność. Zresztą temat zróżnicowania społecznego wśród mieszkańców Charleston (mieszkańców, nie Berserkerów), nie został podjęty prawie w ogóle, więc pozostaje mieć nadzieję, że kolejne osiem odcinków coś z tym zrobi.

Bo nie ma co ukrywać, do zrobienia w tym sezonie będzie dużo – nawet jeśli jego premiera nie spełniła pokładanych w niej nadziei, to i tak zrobiła sobie bardzo dobry wstęp. Zostajemy bowiem z Halem przeżywającym koszmar na jawie, z Anne, która albo zaczyna popadać w paranoję, albo z Alexis jest coś rzeczywiście nie tak, z Popem, który jak zwykle poszukuje sposobu na podważenie autorytetu Toma, i oczywiście z Vohm, którzy mogą przecież skrywać jeszcze niejedną tajemnicę. Szkoda tylko, naprawdę szkoda, że zamiast kontynuować dobrą passę z poprzedniego sezonu, otwarcie nowego zasypało mnie tak przytłaczającą ilością klisz i banałów. Falling Skies, spodziewałam się po tobie więcej. Masz więc szczęście, że cię lubię – i obym mogła powiedzieć to samo pod koniec sezonu, polecając cię kolejnym wiernym widzom.

  • Kost

    Ja nadrabiam teraz, jestem w drugim sezonie, ale słyszałam, że mogę się rozczarować. Bardzo chciałabym nadrobić do 4go falling skies bo leci teraz na SciFi..no ciekawe jak mi się spodoba ;)