„Evolve or Die” – takim hasłem reklamuje się 4. sezon Falling Skies. Hasło idealnie pasujące, bo jeśli pamiętacie wczesne zapowiedzi, miało się u Masonów & co. dużo zmienić. Niestety wygląda na to, że serial zbyt bardzo wziął sobie te słowa do serca, bo ewolucja, jaką przeszedł, jest tak zaawansowana, że już go praktycznie nie rozpoznaję. A to był mój ulubiony letni serial sf…

Do pomysłów wprowadzonych przez Davida Eicka – byłego współ-producenta wykonawczego niczego innego jak Battlestar Galactiki – od początku byłam nastawiona sceptycznie, ale siła nazwiska trzymała mnie w wierze, że na pewno nie będzie źle. Cyloni mieli plan, stwierdziłam więc, że ma go również David Eick. Jednak po tym, co zobaczyłam w otwarciu nowego sezonu, złapałam się za głowę. Wiedziałam, że bohaterowie mają zostać rozdzieleni, ok. Wiedziałam też, że pomiędzy niektórymi mają się dziać dziwne rzeczy, spoko, starałam się na nie przygotować. Na co z kolei nie byłam przygotowana, to na najbardziej poszatkowane wprowadzenie na świecie, poskładane z nie trzymających się kupy kawałków, a na domiar złego grubą kreską odcinające się od niemal całego fabularnego dorobku serialu. Tego, co działo się w „Ghost in the Machine” aż nie da się opisać – to był jeden wielki wtf. 3 odcinki później i już wątpię, czy do końca sezonu Falling Skies wygrzebie się z dołka, jaki sobie wykopał.

Ale o co kaman?

Po trzech latach oglądania przywykłam już do tego, że Falling Skies lubi sobie co sezon zmienić kierunek. W pierwszym mieliśmy poskładaną z niczego armię, w drugim wątły sojusz z obcymi rebeliantami, w trzecim trzeciego gracza na scenie. Pomimo czasowych przeskoków, nowych pomysłów, dziurach w logice i zmian na stołku showrunnera, można powiedzieć, że miało to jeszcze jakieś ręce i nogi. W 4. sezonie nie ma. Nie dość, że bohaterowie zostają natychmiast rozdzieleni w cztery strony świata, a każdy ich wątek jest gorszy od poprzedniego, to na domiar złego nastapiło całkowite pomieszanie z poplątaniem jeśli chodzi o motywacje obcych. Nie mam już bladego pojęcia, o co tym Overlordom chodzi. Okazuje się, że napadli na Ziemię, bo sami walczą z jakimś większym przeciwnikiem i potrzebują do tego przekabaconych żołnierzy? Więc dają sobie spokój z uprzężami dla młodych i zamiast tego chcą „ewoluować” dorosłych w skittero-podobnych żołnierzy? Mówią jedno Tomowi, a za plecami organizują tajne spotkania, bo knują spisek, którego centralnym punktem jest jego pół-obca córka? Przy okazji tworzą obozy dla dzieci, piorąc im mózgi, żeby mogły „uratować” swoich bliskich od niebezpieczeństw, które sami stworzyli? Mam zawroty głowy próbując sobie to poukładać, ale przede wszystkim probując w ogóle załapać, gdzie się podział ten fajny, przyjemny serial o inwazji złych, brzydkich obcych? Teraz obcy już nie są tacy źli…? Ale jak? Dlaczego…?

Cztery strony świata

Tylko, że to wcale nie fabuła jest w tym sezonie najgorsza. Mogę zrozumieć, że nowy szef, nowe zasady – serio, kolejnemu eksperymentowi z kierunkiem ochoczo przytakiwałam, bo przecież zawsze mogło się trafić coś fajnego – ale nie łapię i nie akceptuję tego, co David Eick postanowił zrobić z bohaterami. Na samym starcie sezonu bohaterowie są razem może przez pierwsze pięć minut, byśmy zaraz spotkali ich cztery miesiące później w zupełnie odrębnych od siebie wątkach. Tom, Hal, Pope i Tector wylądowali w getcie dla jeńców, Anne i Anthony (i Deni!) błąkają się po lasach w poszukiwaniu Lexi, Matt udaje, że pranie mózgu w obozie dla młodzieży działa, a Ben odnajduje Maggie, Lexi i Lourdes w enklawie pokoju nietkniętej przez Espheni. Nie mam nic przeciwko rozdzieleniu – jeśli jest zrobione sensownie – mam za to dużo przeciwko mieszaniu widzom w głowach, gdzie zamiast ruszać fabułę do przodu, dostajemy przerywnik odwracający uwagę od tego, co faktycznie chcielibyśmy oglądać. Bo zakładam, że są inni, którzy tak jak ja lubili Falling Skies za walkę z obcymi – której tutaj praktycznie nie ma.

Co mamy w zamian? Na przykład Anne – Rambo-Anne, jak ochrzciły ją internety – która kompletnie porzuciła swoją dawną osobowość opanowanej, trzeźwo myślącej lekarki. Fajnie, że umie sama o siebie zadbać, ale widok obciążąnej karabinami komandoski zupełnie nie zgadza mi się z osobą nieustępliwej lekarki, która nieśmiało prosiła Maggie o lekcje strzelania z pistoletu. Do pewnego stopnia mogę zrozumieć jej matczyny instynkt ciągnący ją do córki bez względu na wszystko, ale kurcze, napisanie „cztery miesiące później” to zdecydowanie za mało na taką zmianę. To zresztą i tak nie jest kierunek, który bym sobie dla tej postaci życzyła, bo od strzelania, pyskowania i rzucania się w wir walki są już inne od dawna ugruntowane bohaterki.

Gdzie indziej mamy Pope’a, który tradycyjnie robi wszystko na opak Tomowi i spółce, ale jak przyjdzie co do czego, to nagle sam, z dobroci własnego serca, zaoferuje się do ryzykownej misji. Czy ktoś tu zapomniał, że Pope to wstrętny oportunista, który nie robi niczego, jeśli nie przyniesie mu to korzyści? 4-ty odcinek na szczęście poprawia jego stary dobry wizerunek – a na deser dodaje mu dorównującą mu repertuarem Mirę Sorvino – ale niesmak pozostał. Jeśli nagle ma się stać dokładnie taki jak wszyscy, to może od razu strzelić mu kulkę w łeb?

Najbardziej boli mnie jednak pozycja Lourdes, której świetny i obiecujący wątek z poprzedniego sezonu został niemal zmieciony pod dywan. Zamiast odbić na niej konsekwencje jej czynów i zrobić jakiś krok w przód w rozwijaniu jej jako postaci, Lourdes dostała wątek religijnej fanatyczki, a na dodatek kompletnie strąconej na jakiś trzeci, na oko, plan. Ja wiem, że to nie jest najważniejsza bohaterka tego serialu – i fakt, że jest moją ulubioną nie ma nic do rzeczy – ale na litość boską, cztery odcinki, a jako postać z głównej obsady pojawiła się łącznie może na pięć minut. Nadrobisz to jescze, Falling Skies?

Oko cyklonu

Obok zmieniania jednych postaci w drugie oraz wciskania czterech odrębnych wątków w jeden odcinek – ze skutkiem tak marnym, że aż nie mam sił o tym pisać – serial wpycha nam jeszcze okropnie wkurzający wątek Lexi, postaci, której kompletnie nie znamy, a mimo tego mamy przejmować się jej związkiem z Masonami, obcymi i całym goddam otoczeniem. Lexi zajmuje centralną scenę niemal w połowach każdego odcinka i mam już powyżej uszu jej białej peruki i ocząt niewinnego dziewczątka. Nie wiem, kim jest, nie wiem, jaki ma cel, wszystko jest tu pokazane w nieszczególnie powiązanych ze sobą kawałkach, które nieszczególnie chce mi się ze sobą łączyć. Jesli ma wzbudzać poczucie zagrożenia, to nie wzbudza. Jeśli ma wzbudzać litość, to nie wzbudza. Jeśli ma wzbudzać rodzinne odczucia, to nie wzbudza, bo, jak wspomniałam, kompletnie brakuje jej widocznego powiązania z Masonami. Za każdym razem, gdy ją widzę aż muszę sobie przypominać, że jest siostrą Bena. To naprawdę ma być ta ważna wokół-której-kręci-się-cały-sezon postać? Ponownie, jak ja tęsknię za pierwszymi dwoma sezonami. Wszystko było tam takie proste i nieskomplikowane…!

Z zapowiedzi wynika, że około piątego odcinka cała obsada ma się ponownie złączyć w jedno – i to będzie jedyne, co jeszcze może uratować ten sezon. Skakanie po opracowaych na szybko wątkach (osoba od montażu powinna zostać zwolniona), próba pokazania dziesięciu rzeczy naraz zamiast stopniowego budowania napięcia, idiotyczne zmiany w charakterach postaci – a na dodatek jeszcze standardowy brak logiki, który przekracza już pewne granice – zrobiły z 4. sezonu  jakąś kompletną, niezrozumiałą pomyłkę, której po prostu nie ogarniam. To nie jest mój serial, wcale a wcale, i i już sama nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. Oglądam dalej, bo nie mam serca porzucić, ale błagam, niech mi ktoś powie, że tak nie będzie do samego końca…