Falling Skies: Lepiej, dobrze, średnio

falling-skies-sezon-1-f

Drugi sezon Falling Skies spełnił praktycznie wszystkie swoje zapowiedzi – był znacznie bardziej brudny, mroczny i dynamiczny, uchylił rąbka tajemnicy i końcowym cliffhangerem otworzył jeszcze ciekawsze wrota. Problem jednak w tym, że zrobił to wszystko w sposób dość nierówny, przez co trudno mi ukryć lekki niedosyt.

W porównaniu do sezonu pierwszego, premierowy odcinek ustawił poprzeczkę stosunkowo wysoko (wrażenia dla zainteresowanych tutaj). Zarysowane wątki miały znacznie poważniejszy, momentami zaskakujący wydźwięk, skupienie przeniosło się na trudy i znoje życia pod ciągłym znakiem zapytania, a relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami nabierały napięcia właściwie przez cały czas. To wszystko prawda – ale niemal w takim samym stopniu fałsz. Choć wydarzenia były ciekawe i wzbudzały napięcie – nie zawsze tak mocne, jak w początkowym „Worlds Apart” – drugi sezon miał ogromny problem z utrzymaniem właściwej równowagi. W efekcie w pojedynczych odcinkach przewijały się wątki tak samo dobre, jak złe. W tym samym odcinku mogłam niecierpliwie śledzić postęp wydarzeń i bać się o życie bohaterów, żeby minutę później kręcić nosem z niezadowolenia na sposób, w jaki zdecydowano rozwiązać się daną sytuację. Ten problem przewijał się aż do końca, a sam finał zostawił mnie ostatecznie z mieszanymi uczuciami. Same spoilery.

Zacznę od plusa, bo Falling Skies to w dalszym ciągu jeden z moich ulubionych seriali, któremu kilka minusów tej sympatii tak zwyczajnie nie odbierze. Na uwagę zasługuje tu przede wszystkim udzielenie odpowiedzi na kilka pytań z pierwszego sezonu oraz wprowadzenie wątku, który wywraca całą tę wojnę do góry nogami. Na początek dowiadujemy się, że istotami odpowiedzialnymi za inwazję są tzw. Overlordzi, którzy używają uprzęży, by niewolić inne rasy. Obawa, że dziecko z uprzężą przekształci się w Skittera zostaje zatem odrzucona, ale na jej miejsce wchodzi zupełnie nowa niespodzianka – niektórzy Skittersi potrafią oprzeć się kontroli, a ponieważ nienawidzą Overlordów tak samo, jak ludzie, założyli własny ruch oporu. Problem w tym, że są zbyt słabi, by zdziałać coś na własną rękę, ale gdyby połączyli siły z ludźmi, sprawy mogłyby przybrać inny obrót. Niestety, ludzka nienawiść wobec Skittersów – jedynych oprawców, z jakimi mieli do czynienia – wykroczyła już daleko poza zdrowy rozsądek, dlatego zbudowanie zaufania na zwykłe słowo okazuje prawie niemożliwe. Na szczęście bohaterowie serialu mieli łącze – Bena – który ostatecznie przekonuje 2nd Mass do obrania nowej perspektywy. I to bardzo mi się podobało. Nie tylko samo wprowadzenie na scenę tak niespodziewanego sojusznika, ale sam wątek Bena, który był jedną z najbardziej sensownie i konsekwentnie napisanych kwestii. Jego konflikt z Halem, poczucie odrębności w grupie, wewnętrzna walka ze swoją tożsamością i poszukiwanie własnego miejsca idealnie spoiło się z rebelią Skittersów, pozwalając nie tylko połączyć ze sobą dwóch sojuszników, ale i przekonać widzów do nowego punktu widzenia. W chwili, w której Ben rozpaczliwie usiłuje przekonać 2nd Mass do rozmowy z Red-Eye’em autentycznie bałam się o życie tego drugiego – bo tak uwierzyłam w słowa Bena. Jak dla mnie to jeden z najlepszych zabiegów, jakie się w tym serialu udały, a na pewno jeden z najbardziej wiarygodnych.

Zmiana od pierwszego sezonu - drastyczna.
Zmiana od pierwszego sezonu – drastyczna.

Kolejnym mocnym wątkiem było dla mnie Charleston – począwszy od ukazania trudności koczowniczego trybu życia pod ciągłym zagrożeniem, przez nadzieję na odzyskanie chociaż kawałka normalności, po finalnie obrócenie tych nadziei w pył. Przyznam, że od momentu usłyszenia o Charleston nie do końca wierzyłam, że miejsce to okaże się prawdziwe. Prawdziwe się okazało – w bardzo amerykańskim stylu – ale szczęśliwie nie wszystko było piękne i różowe. Motyw odbudowania się po tragedii to jedno, pragnął tego każdy z bohaterów, ale Charleston posunęło się kawałek za daleko. Dawało fałszywe poczucie bezpieczeństwa w momencie, w którym wojna wcale się jeszcze nie skończyła, i jednocześnie udowodniało zwykłą ludzką słabość – wystarczy, że strudzony człowiek choć na chwilę odzyska odrobinę fizycznego i psychicznego komfortu, a już da sobą manipulować, bo zrobi wszystko, by ten komfort zatrzymać. Charleston było pułapką – nie taką zastawioną przez wroga, ale sprawioną przez ludzi samym sobie. Jak dla mnie strzał w dziesiątkę, bo wprowadził zupełnie inne spojrzenie na zagrożenie ze strony obcych, a przy tym zupełnie rzeczywiste i bliskie prawdy. A sam gościnny występ Terry’ego O’Quinna to przecież taki radosny ukłon w kierunku fanów gatunku, że aż mi się gęba śmiała.

Gęba śmiała mi się też z innego powodu, choć w porównaniu do wysokich wydźwięków powyższych zalet te będą nieco bardziej przyziemne. Otóż bez zaskoczenia powiem, że uwielbiam kierunek, jaki obrała relacja pomiędzy Halem a Maggie. Cierpliwie czekałam na niego od pierwszego sezonu, który to bardzo subtelnie przygotował grunt pod późniejsze flirty i wreszcie wyznania. Żartobliwe rozmowy tej dwójki, zwłaszcza w „Love and Other Acts of Courage”, były całkowicie proste i naturalne, tak proste i naturalne, że bez wysiłku wpadłam pod ich urok. Nie potrzeba było żadnych wielkich dramatów i posyłania sobie słodkich oczek, żeby pokazać, jak silna jest ich więź, a to, w jaki sposób sytuacja się posypała i w jaki sposób została załatana zaliczam scenarzystom do jednych z większych plusów. Wyjaśnienia Hala – że nie obchodzi go tamta wcześniejsza Maggie, bo jej zupełnie nie zna – było pięknym odbiciem sytuacji widzów, które z miejsca mnie zjednało. Dodatkowy plus za samo ujawnienie przeszłości Maggie. Cieszy mnie też, że ten związek nie wyszedł dalej poza pocałunki, że opierał się na szczerych rozmowach i nie narzucającej się bliskości – jako partnerów rozumiejących się bez słów – bo ckliwe momenty pasowałyby tu jak pięść do nosa.

Jeden z najbardziej urokliwych momentów.
Jeden z najbardziej urokliwych momentów.

W całym sezonie było również kilka naprawdę mocnych momentów i imponujących niespodzianek. Jest kilka scen, które zasługują w tym kontekście na szczególną uwagę: poznanie tożsamości Red-Eye’a, który trzymał się 2nd Mass w bardzo niepokojący sposób, było świetnie udanym obróceniem kota ogonem („Love and Other Acts of Courage”); Matt odgrywający rolę przynęty, przez którego dowiadujemy się później, jak wygląda proces zakładania uprzęży – obie były świetnie zrealizowane, ale napięcie w tej drugiej było genialne („Young Bloods”); powrót Karen i jej zagranie na nosie wszystkim po kolei („Homecoming”); wpakowanie Overlordowi kulki w łeb przez Toma – tego się po nim zupełnie nie spodziewałam, ale dobrze wiedzieć, że mimo całego swojego rozsądku potrafi dać się kontrolować przez emocje; porywająca ucieczka przed pająko-podobnymi stworkami, ponownie bardzo dobrze nakręcona („Molon Labe”); i na koniec oczywiście finał („A More Perfect Union”), ale nie do końca w tym najbardziej oczywistym względzie (o czym za chwilę). Tego rodzaju momenty robiły na mnie szczególnie dobre wrażenie, dobre na tyle, że w kontraście z różnego rodzaju wpadkami wyprowadzają drugi sezon Falling Skies na pewien plus.

Jednak jak wspomniałam, te same odcinki potrafią zawierać momenty naprawdę dobre, by chwilę później przekształcić się w te złe. Koronnym przykładem niech tutaj będzie śmierć Jimmy’ego („Compass”). Poniekąd z winy Bena ginie naprawdę sympatyczna postać, co dla tego serialu było pierwszym tak odważnym krokiem (drugim, ale z Mike’em aż tak się chyba nie związaliśmy). Choć uważam, że zabieg ten był rzeczywiście potrzebny, to pod pewnymi względami został niestety spartaczony. Z jednej strony wyraźnie przyczynił się do pogłębienia przepaści pomiędzy Benem a resztą grupy, za co ma duży plus, ale z drugiej, jeśli miał wstrząsnąć widzem i  pokazać mroczniejszą stronę partyzantki, zrobił to nieco za późno i niezbyt umiejętnie. Pierwszy sezon trochę za bardzo przyzwyczaił nas do tego, że bohaterom nie dzieje się żadna poważniejsza krzywda, to raz, a dwa – emocje ukazywane na ekranie wydawały się niestety zbyt płaskie i zbyt patetyczne. Żal Weavera nie przemówił do mnie w odpowiednio wzruszający sposób, a strata tak bliskiego członka rodziny nie odbiła się później na nikim innym.

No i oczywiście Berserkerzy!
No i oczywiście Berserkerzy!

Innym słabym punktem była np. relacja z Weavera (o, znowu Weaver) z jego córką – sama w sobie nie zła, ale niestety niezbyt przekonująco odegrana. Kolejnym – zaniedbanie niektórych postaci, i to nie tylko drugoplanowych. Pope został zdegradowany niemal wyłącznie do roli etatowego rozrabiaki, bo prawie cały czas trzymano go na uboczu i nie poświęcano uwagi, by go dostatecznie umotywować – już nie mówiąc o tym, że na dwa odcinki został wyłączony z akcji kompletnie. Tymczasem to jedna z najbardziej barwnych i skomplikowanych postaci, którą miałam nadzieję poznać w nieco bliższym świetle. Irytował mnie też fakt, że dwóch bohaterów drugoplanowych – Anthony i Dai – dostało w tym sezonie role w głównej obsadzie. Irytował mnie nie dlatego, że ich nie lubię, wręcz przeciwnie, ale dlatego, że ich postacie były praktycznie niewidoczne, a na pewno mniej niż w pierwszym. Najbardziej jednak dotknęło mnie zaniedbanie Lourdes, która – nie robię sobie jaj – w jakiś dziwny sposób stała się jedną z moich ulubionych postaci. Owszem, było parę scen wskazujących na jej własne miejsce w tym całym bałaganie, ale wątek utraty Jamila, i przez to pogrążeniu się w depresji został potraktowany bardzo po macoszemu. Relacja pomiędzy nią a Anne, tak pięknie zbudowana w pierwszym sezonie, prawie zupełnie straciła na znaczeniu – dopiero pod koniec dało się ponownie zauważyć tę wyjątkową nić porozumienia. Myślałam, że Anne poświęci Lourdes znacznie więcej uwagi, ale scenarzyści o wiele bardziej woleli skupić się na jej związku z Tomem.

Jednak największym problemem, który zauważyłam w momencie, gdy ucieczka z fabryki „uprzęży” („Young Bloods”) odbyła się praktycznie ze ujęcia na ujęcie, było nadanie sezonowi zbyt pośpiesznego, wręcz urywkowego tonu. Wiele rzeczy zaczęło dziać się poza ekranem, bo scenarzyści chcieli ich opowiedzieć tak dużo, że nie mieściły się w obrębie jednego odcinka. Stąd mam na przykład stosunkowo średnie wrażenia z samego finału sezonu, który wepchnął w swoje ramy najpierw bunt, potem rebelię Skittersów, potem zdradziecki atak na rebeliantów Skittersów, potem planowanie wielkiej akcji, potem samą wielką akcję, w międzyczasie jedną rewelację o ciąży i troskę o bezpieczeństwo córki, dodatkowo śmierć jednego z bohaterów, i na koniec jeszcze dramatyczną konkluzję. Rozumiem założenie twórców, że miało się dziać, że miał być chaos, że miały być emocje, ale trochę z tym wszystkim przesadzili. Zamiast opłakiwać Daia, opłakiwałam Red Eye’a, bo to jemu całościowo poświęcono więcej uwagi, a zamiast odczuwać napięcie i strach o bohaterów zastanawiałam się tylko, jak to się teraz może skończyć. W efekcie wyszło na to, że nawet końcowa scena z nowym przybyszem niespecjalnie mnie poruszyła. Zakładam oczywiście, że to sojusznik, ale tak czy inaczej znacznie bardziej interesująca jest dla mnie sytuacja, w jakiej zostawiony został Hal. Tak naprawdę ten cliffhanger to dla mnie jedyna niespodzianka ratująca cały ten finał. Mam nadzieję, że w trzecim sezonie czekają nas z tego tytułu wyboiste drogi, które sprowadzą Falling Skies na jeszcze trudniejsze tory – i przede wszystkim znacznie bardziej poukładane.

Podobało mi się też, że mały dostał całkiem sensowne rzeczy do roboty.
Podobało mi się też, że mały dostał całkiem sensowne rzeczy do roboty.

Taka jest właśnie historia z drugim sezonem. Choć polepszył się tam, gdzie zawodził pierwszy, popełnił kilka nowych błędów, z których powinien teraz wyciągnąć stosowną lekcję. Błędy stają się jednak bardziej zrozumiałe, jeśli popatrzy się na nie ze świadomością, że to pierwszy sezon prowadzony przez nowego showrunnera (z lekką pomocą poprzedniego). Zmiana tonu bardzo się Falling Skies przysłużyła, ale 10 odcinków okazało się zdecydowanie za małą ilością na przedstawienie tak skomplikowanej opowieści. Wiele wątków zostało spłaszczonych i skróconych, kilka pominiętych lub sprowadzonych do minimum, choć zdecydowanie zyskało na tym popchnięcie akcji do przodu. Mimo wszystko ogromnie będę czekać na kontynuację za rok, bo Falling Skies przekonało mnie do siebie już dawno, i bardzo trudno będzie mu to zaufanie zatrzeć. 8/10.

  • Częśc moich opinii o serialu poznałaś wczoraj wieczorem, więc tutaj odniosę się tylko do paru kwestii recenzji ;)
    1. Córka Weavera: jak dla mnie problemem z tą postacią jest raczej słaba gra aktorska tej dziewczyny. O ile w „Young Bloods” było jeszcze spoko, o tyle w Charleston była strasznie drętwa jakaś. Grałą zupełnie nieprzekonująco.
    2. Brak Pope’a: w sumie fakt, ale tego nie zauważyłem w czasie oglądania. Chyba dlatego, że inne wątki był w końcu dobrze zrobione i nie musiał on ciągnąc serialu jak to robił w pierwszym sezonie.
    3. Karen: niby wszystko spoko, zagrała nimi jak chciała itp. ale ciągle nie rozumiem jednego. Czemu jej wygląd się nie zmienił bardziej? Ta mała dziewczynka, którą spotkali miała już pazury i zmieniała kolor etc. a Karen nie za bardzo.
    4. Nowy obcy: pewnie sojusznik, ale zastanawiam się czy nie zrobią z tego 3 siły, która zacznie tłuc i ludzi i obcych. Chociaż cały ten motyw jest jakiś taki… średni moim zdaniem.
    5. Jeszcze jak dla mnie przemiana Tectora wyszła sztucznie. W obie strony.

  • Ostatni odcinek byl najslabszy w tej serii. Liczylem na cos wielkiego, a tymczasem bylo powolnie i nudnawo. Co do ostatniej sceny – ladna, ale bardziej ratuje niemrawy final, niz cos naprawde wnosi (albo wrog, albo przyjaciel, albo strona trzecia – nic specjalnego, ale moze mnie zaskocza). Choc i tak ten odcinek byl lepszy, niz caly pierwszy sezon.