Falling Skies: Post-apokalipsa dla każdego

wrogie-niebo-sezon-1-f

17 czerwca, czyli dzień premiery drugiego sezonu Falling Skies, zbliża się wielkimi krokami. Z tej okazji postanowiłam zrobić sobie powtórkę z sezonu pierwszego, i przy okazji wykorzystać ją do przepuszczenia serialu przez pryzmat wielokrotnie kierowanej w jego stronę krytyki. Wyszło mi jednak dokładnie to samo – bez względu ma swoje wady, Falling Skies dalej mi się podoba.

Problem pojawił się za to w momencie, kiedy miałam odpowiedzieć sobie na pytanie „dlaczego”. Okazuje się, że nie tak łatwo wskazać jeden konkretny element, którym serial mnie kupił, bo przy bliższym spojrzeniu Falling Skies tak naprawdę wiele nie wyróżnia. Ostatecznie doszłam do wniosku, że na moją sympatię składa się kilka pomniejszych elementów, z których żaden nie jest wyjątkowo mocny, ale razem tworzą całkiem spójną i wciągającą historię – momentami nawet oryginalną. Niniejszym postaram się rozłożyć te elementy na części pierwsze [bez spoilerów].

Zacznę od tego, że to science-fiction w wersji post-apokaliptycznej – czyli innymi słowy już na starcie ma u mnie fory. Falling Skies zaczyna się pół roku po inwazji tajemniczych przybyszów z kosmosu, którzy praktycznie w mgnieniu oka podbijają świat. Garstka pozostałej przy życiu ludzkości – wg serialu jakieś 10% populacji – zostaje zdana na pastwę losu bez wojska, prądu i sieci komputerowych, i zmuszona do codziennego walczenia o jedzenie, schronienie i przetrwanie. Stany Zjednoczone, gdzie oczywiście dzieje się akcja, nie mają jednak zamiaru się poddawać. Kilka grup ruchu oporu pod wodzą emerytowanego pułkownika postanawia udowodnić najeźdźcom, że ludzie nie dadzą się tak łatwo podbić. Bohaterami serialu są członkowie 2. pułku Massachusetts (2nd Massachusetts), a wśród nich zastępca głównodowodzącego – Tom Mason, były profesor historii na uniwersytecie w Bostonie. Jego akademicka wiedza o wielkich bitwach świata niejednokrotnie wspomoże morale partyzantów.

Fabuła nie jest przesadnie skomplikowana, nie jest też przesadnie zaskakująca – jak łatwo można się domyślić, skupia się na różnych aspektach nowego trybu życia i jego codziennych trudach, takich jak poszukiwanie żywności, zdobywanie informacji, zapewnienie bezpieczeństwa, tęsknota za przeszłością, próby odzyskania normalności, etc. Na tym tle po kolei odkrywane są kolejne fakty dotyczące najeźdźców, których początkowo jest bardzo niewiele. Wiadome są trzy rzeczy: że wyglądają jak skrzyżowanie jaszczurki z pająkiem (mają bardzo dużo nóg, którymi pełzają po wszystkich powierzchniach), dysponują dwunożnymi maszynami kroczącymi – „mechami’ – na które lepiej nie porywać się w pojedynkę, oraz porywają dzieci, by założyć im na plecy dziwne „uprzęże” i zrobić z nich bezmyślnych niewolników. Zdjęcie uprzęży powoduje śmierć dziecka. Kim jednak są, skąd się wzięli, czego chcą, tudzież jak z nim walczyć i czy to w ogóle możliwe – tego tak łatwo się nie dowiadujemy. Serial wrzuca prosto w otwarte wydarzenia i wcale nie spieszy się z dawkowaniem informacji, co podkreśla wrażenie chaosu i wzmaga ciekawość. Inna sprawa, że ma tylko 10 odcinków, więc musi opowiedzieć swoją historię zwięźle i przez to nie przeciąga mniej ciekawych elementów w nieskończoność. Praktycznie żaden odcinek nie jest pozbawiony jakiegoś nowego fragmentu układanki, który kawałek po kawałku układa się w jakąś zrozumiałą całość. Takie prowadzenie fabuły bardzo mi odpowiada, a Falling Skies przez cały czas udawało się utrzymać moją ciekawość – i to tak w kwestii obcych, jak i historii poszczególnych postaci. Nie próbuję przy tym twierdzić, że sposób prowadzenia scenariusza jest tu jakimś przykładem do naśladowania – bo w końcu oglądałam seriale znacznie bardziej wciągające – ale na moje oko i dla moich upodobań utrzymuje pewien przyjęty poziom. Inaczej bym się przecież zanudziła.

Co więcej – będąc przy postaciach – z mniejszych lub większych sukcesem serialowi udało się uniknąć faworyzowania bohaterów. Choć wiadomo, że pierwsze skrzypce gra Tom i najbliżsi ludzie z jego otoczenia, nie odniosłam wrażenia, że jakaś postać z głównej obsady została do niej wciśnięta na siłę – każda ma w tej historii jakąś rolę do odegrania i coś do powiedzenia (tak, nawet Lourdes, która za pierwszym oglądaniem niemiłosiernie działała mi na nerwy, ale za drugim przekonałam się do kilku jej zalet). Jednak największym pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie sama osoba głównego bohatera, z którego decyzjami i działaniami jestem w stanie całkowicie się zgodzić. Podoba mi się, że Tom Mason jest trzeźwo myślącym człowiekiem, który zna różnicę pomiędzy tym co, należy zrobić, a tym, co podpowiada mu serce, że umie spojrzeć na problem z szerszej perspektywy i że przede wszystkim kieruje się rozsądkiem. W porywczość, impulsywność i słuchanie głosu serca idzie z kolei jego szesnastoletni syn, co akurat jemu można bez problemu wybaczyć. Pisząc o Tomie nasuwa mi się porównanie do innego bohatera „apokaliptycznego” serialu, Ricka z The Walking Dead – gdzie Rick czasami za dużo myśli i za bardzo się zastanawia, podczas gdy Tom zazwyczaj wie, co należy zrobić i się w tym nie waha. Nie jest przy tym bohaterem w tradycyjnym tego słowa znaczeniu – czyli heroicznym bohaterem, śmiało rzucającym się na przekór niebezpieczeństwom – ale raczej liderem, za którym ludzie skłonni są pójść (znacznie bardziej za nim niż za dowódcą grupy). Zazwyczaj rzadko się zdarza, żeby główny bohater w serialach odpowiadał mi w całości, ale choć Tom nie jest w Falling Skies moją ulubioną postacią, to nawet choćbym chciała nie mogę mu niczego zarzucić. Bez niego już w ogóle sobie tego serialu nie wyobrażam.

Heroicznych bohaterów w Falling Skies nie ma w zasadzie w ogóle, bo tutaj każdy takim jest – o co też właściwie chodzi. Każdy ma w sobie jakąś odwagę – już na starcie odwagę, by się nie poddawać – ale zazwyczaj dojrzewają, by ją w sobie odkryć (np. poprzez przyznanie się do słabości albo przyjęcie na swoje barki odpowiedzialności). Wiarygodny rozwój postaci jest dla mnie bardzo istotny we wszelkiego rodzaju historiach, a Falling Skies podjął ten temat nie najgorzej. Często wyszło to jednak nierówno, bo jedni sportretowani zostali lepiej niż drudzy, ale przy 10-ciu odcinkach trzeba było wybierać. Jestem przekonana, że drugi sezon je rozwinie.

Przy bohaterach jest jeszcze jedna rzecz. W serialu kilkakrotnie znajdują się odniesienia do tego, że bohaterami są zwykli ludzie zmuszeni do życia w ekstremalnie nowych warunkach. Ja bym to „zwykli” użyła zaś w zbiorowym określeniu głównych postaci, ale z małą zmianą na „uniwersalni”. Bohaterowie Falling Skies są w gruncie rzeczy oparci na prostych, mało skomplikowanych wzorcach, z którymi każdy widz powinien się łatwo identyfikować. Buntowniczy nastolatek, naiwny dzieciak, dobrotliwa lekarka czy nieustępliwy dowódca to w końcu wielokrotnie sprawdzone schematy, które ułatwiają oglądanie i przemawiają do widza. Przypuszczam, że właśnie ta prostota i uniwersalność wpłynęły na dobrą oglądalność pierwszego sezonu, zapewniając mu drugi – i dodatkowo potwierdzając stwierdzenie, że dzisiejsze seriale sci-fi obniżają poprzeczkę z ukłonem w stronę masowego widza. Ale mimo tego nie uważam tego za wadę. Falling Skies broni się w moich oczach wciągającą historią, dobrym prowadzeniem wątków i całkiem ciekawym rozwojem właśnie tych uniwersalnych, mało oryginalnych postaci. Jest to wtórne, ale ogląda się dobrze – a żeby coś wtórnego dobrze się oglądało, musi zostać dobrze przerobione. Poza tym Falling Skies ma Pope’a, którego potoku złośliwych komentarzy nigdy nie mogę się wystarczająco nasłuchać, oraz Maggie, która w intrygujący sposób łączy twardą babę z jajami z wrażliwą dziewczyną o dobrym sercu. Dwie postacie, a jak ubarwiają rozrywkę.

Kolejną niespodzianką w Falling Skies było dla mnie potraktowanie tematu samej inwazji – ale nie jako partyzanckiej walki z najeźdźcą, tylko przyziemnych spraw, które na pierwszy rzut oka mogą się w ogóle z tym tematem nie kojarzyć. Na pierwszy plan wysuwa się problem wojsko vs cywile. 2. Pułk Massachusetts składa się ze stu wojowników i dwustu cywilów; zadaniem wojowników jest ochrona cywilów, ale czy to oznacza, że skoro codziennie narażają się na niebezpieczeństwa, mogą być traktowani ulgowo? Czy cywile są gorsi tylko dlatego, że nie walczą? Lubię takie problemy i bardzo mnie cieszy, że serial je podejmuje. Narastają napięcia, wychodzi na jaw przykra ludzka natura, i nie jest wcale różowo. Inna rzecz – co jest najcenniejsze? Broń? Jedzenie? Leki? Paliwo? Bezpieczeństwo? Informacja? Inwazja – nawet, jeśli o niej samej mało wiemy – nie została potraktowana po macoszemu i bardzo mnie to ucieszyło. Dopełnia całości obrazu, pozwalając traktować Falling Skies jeszcze odrobinę poważniej.

Zaznaczyłam już sporo zalet, które w moich oczach stawiają serial w pozytywnym świetle (przy okazji wymieniając kilka słabości). Pora zatem skonfrontować go z największą wadą, jaka jest mu wszem i wobec zarzucana – typowym amerykańskim spielbergowym rodzinnym patosem. Tutaj niestety nie mam argumentów – poza jednym. Nie jest tego patosu aż tak dużo, a tam, gdzie występuje, jest tak naprawdę usprawiedliwiony. Jeśli mam się przyznać, z całego serialu tylko jedna scena kazała mi wywrócić do góry oczami, i choć jej występowanie mogę również z wielką łatwością wytłumaczyć, tak nadmierny symbolizm i religijne przywiązanie było jak na moje gusta zdecydowanie zbyt wyraziste. Co do reszty – albo kompletnie mi nie przeszkadzała, albo nie przeszkadza mi prawie w ogóle. Nie jest dla mnie ani trochę drażniące, że ośmiolatek marudzi, że pomimo warunków marzy mu się przyjęcie urodzinowe, a potem cała grupa mu takie wystawia – i tylko trochę drażniące, że zbliża się pierwszy poród od czasu inwazji i kobiety się cieszą. To są ludzkie oblicza postaci, które w tych niesprzyjającym okolicznościach znajdują sobie namiastki normalności. Dla mnie to tylko dodaje im wiarygodności – jak chociażby fakt, że Tom na pierwszym miejscu stawia dobro synów, co bardzo mocno kształtuje jego charakter. Ale czy to nie ludzkie? Jedna czy dwie takie sceny mogłyby trwać nieco krócej, ale patrząc na serial jako całość zupełny ich brak odarłby Falling Skies z bardzo ważnej warstwy – tej, która mówi, że to jednak jest serial o ludziach, ich decyzjach, ich radościach. Osobiście bardzo lubię, jak science-fiction opowiada o ludziach.

Nieco inną kwestią jest natomiast, że niektóre z wątków – tych powyższych i nie tylko – jest czasami stosunkowo spłycona (na czym szczególnie cierpią owe „spielbergowskie” elementy). Nie obywa się też bez szczęśliwych zakończeń, miałkich momentów i uproszczeń (błyskawicznych ozdrowień, idealnie wymierzonych czasowo olśnień, etc.) Nie zawsze, ale wystarczająco często, by zauważyć. Oglądając jednak Falling Skies mam świadomość, że to serial amerykańskiej produkcji skierowany do masowej widowni, który dodatkowo musi się sprzedać, żeby przeżyć – a ja nauczyłam się podchodzić do takich produkcji, zwłaszcza s-f, ostrożnie. Pewnie dlatego te wady nie przeszkadzają mi w pozytywnym odbiorze całości, choć oczywiście mogłabym życzyć sobie lepszych pomysłów. Mimo wszystko serial nadal zapewnił mi rozrywkę na przyzwoitym poziomie, wciągnął w swoją opowieść i związał z bohaterami, nie dając mi jednocześnie powodów do wznoszenia protestu. Może i jest prosty i oklepany – bo nie zaprzeczam – ale ma bardzo dobrą konstrukcję, i to w serialu widać. Scenariusz, rozłożenie fabuły i równowaga pomiędzy wątkami to jego silne fundamenty.

Podsumowując – żeby nie pisać za dużo – jestem z tego serialu szczerze zadowolona. Nie jest to zadowolenie ślepe, bo zdaję sobie sprawę z jego słabości, ale nie przyćmiewają one jego całokształtu. Tempo, akcja (bo jest i to niemało), tajemnica obcych, nawet ta uniwersalność w potraktowaniu nie tylko bohaterów, ale i całej otoczki fabularnej (stąd też taki a nie inny tytuł tego wpisu) sprawia, że serial przemawia do mnie przekonującym głosem. Jeśli miałabym opisać Falling Skies jednym słowem, wzięłabym właśnie to – uniwersalny. Składa się po prostu z dobrze wykorzystanych sprawdzonych elementów, które poukładał w odpowiednią całość. Dobrze się go ogląda i myślę, że warto po niego sięgnąć – bo jeśli nie jest dobry, to przynajmniej jest fajny. 7/10 i z niecierpliwością czekam na drugi na sezon :)

  • Tyr

    Bohaterowie są dziwni w tym serialu. Historyk jest lepszym żołnierzem od profesjonalnych trepów np. :). Oglądam ten serial bardziej ze względu na całkiem (przynajmniej na razie) fajny koncept Obcych. Ich wykorzystanie ziemskiej technologii (naboje) czy zasobów, żeby wojna odbyła się jak najmniejszym kosztem(tak zakładam), wykorzystywanie rodzimej populacji jako mięso armatnie i robotników itd. Niby nic nowego, ale takie motywy częściej widzimy w książkach czy filmach niż serialach. Scena kiedy pierwszy raz 2nd Mass spotyka się ze slenderami jest bezcenna moim zdaniem :).

    Powiem tyle, ostatni przyzwoicie przemyślani Obcy jakich widziałem w telewizji/kinie to chłopaki z Battle: Los Angeles (ich zachowanie, wyciaganie rannych, sygnały rękami w sytuacjach taktycznych, organizowanie zasadzek itd.) Poza tym już daaaaaaaawno nie widzieliśmy czegoś co nie przypominałoby Zergów :).

    • Oj tak, zgadzam się, obcy są tu bardzo fajnie wykreowani. Mnie przede wszystkim interesują ich motywy i struktura organizacyjna – i fakt, że nic w ich przypadku nie wydaje się pewne. Generalnie Falling Skies zaskoczyło mnie całkiem zgrabną sensownością tła fabularnego i mam nadzieję, że drugi sezon pójdzie trochę dalej, np. jeszcze bardziej podkreślając problemy społeczne, rozłamy, ludzką naturę, etc. Uwielbiam takie motywy :)