Kiedy zabierałam się za Assassin’s Creed II, w głowie dźwięczały mi same pochwały o niesamowitym skoku jakościowym względem pierwszej części serii. Skłamałabym mówiąc, że wprowadzone usprawnienia nie zrobiły na mnie bardzo dobrego wrażenia – bo na początku aż nie mogłam ogarnąć ich imponującego spektrum. Ale skłamałabym też twierdząc, że to pierwsze spotkanie z Ezio przypieczętowało moją słabość do Asasynów.

Tak, mam słabość do Asasynów – do tego, co robią, co sobą reprezentują, w jaki sposób działają, jak się poruszają, jaki mają styl. Jednocześnie, przed końcem Assassin’s Creed: Brotherhood odczuwałam już pewne zmęczenie materiału. Nic poważnego, wystarczyło zrobić sobie kilka dni przerwy, spróbować czegoś innego, ale mimo wszystko pojawiła się ta nuta wątpliwości. Czy naprawdę chcę mi się znowu biegać, skakać i wykonywać te wszystkie misje? Decyzję, żeby jednak szybko wrócić do renesansowego świata intryg pomogły mi podjąć dwie rzeczy: chęć poznania skutków zaskakującego zakończenia oraz rosnąca, nie dająca spokoju ciekawość, co nowego i co jeszcze świeższego – o ile to w ogóle możliwe – odnajdę w kolejnej części. I naprawdę nie przypuszczałam, że w Assassin’s Creed: Revelations będzie mi się z wszystkich Asasynów grać najlepiej na świecie.

Powodów, dla których Revelations okazało się dla mnie asasyńskim objawieniem jest całkiem sporo, ale w najkrótszy sposób można ująć je stwierdzeniem, że miał z poprzedniczkami coraz mniej wspólnego. Odkrywałam to stopniowo i w coraz większych ilościach, tak, że mniej więcej w jednej-trzeciej gry już wiedziałam, na czym powinnam się skupić i z czego wynika największa przyjemność rozrywki. Co więc było nie tak z dwiema poprzednimi częściami? Otóż było to tak:

Assassin’s Creed II to doskonały przykład na to, jak naprawić błędy jedynki i stworzyć grę o niebo lepszą od oryginału” – takie i inne opinie latały mi nad głową jeszcze zanim sięgnęłam po przygody Altaïra. Zasiadając więc do pierwszej części trylogii Ezio byłam pewna, że czeka mnie praktycznie jakieś growe olśnienie. Generalnie, staram się nie poddawać hype’om i do nie znanych mi wcześniej produkcji podchodzić na świeżo (i chyba już nawet o tym pisałam), trudno jednak uciec od tylu pochwał, zachęt i poleceń. Pierwsze kilkanaście minut spędzonych z grą jasno i wyraźnie powiedziało mi, że wszystko, co o niej mówiono, to prawda. Intrygująca, skomplikowana fabuła, interesujący, świetnie zagrany bohater, filmowe wstawki przerywnikowe, rozmiar poszerzonego gameplayu i otwarty świat pełen możliwości w pierwszych chwilach wydawały mi się aż nie do ogarnięcia. Pamiętam, że przez moment miałam nawet obawy, czy zdołam się w tym wszystkim w ogóle połapać – zbieranie i wydawanie kasy, dobór ekwipunku, kontrola nowych umiejętności, przestrzenne lokacje, powiększone menu, dodatkowe znajdźki, rozbudowywanie bazy, wow. Szczęka z wrażenia opadła mi naprawdę nisko, na szczęście wystarczyło tylko odrobinę poćwiczyć i już miałam wszystko w jednym palcu. Frajda z pokonywania przeszkód i przestrzeni szybko wzięła nade mną górę – i szybko też okazało się, że tak naprawdę nie robiłam niczego, czego już bym nie robiła w Assassin’s Creed. Gdzie ta obiecywana rewolucja?

ac-et-01

Zorientowanie się, że to „taka gra” przyszło oczywiście bardzo szybko, ale przyczyn pojawienia się jakichkolwiek wątpliwości doszukałam się gdzie indziej. Otóż coś mi chyba nie do końca siadło w fabule. Historia zemsty na spiskowcach, którzy zamordowali członków rodziny bohatera i pragną przejąć kontrolę nad Włochami oraz przewrotny sposób, w jaki Ezio staje się Asasynem to jedna z najciekawszych i najlepiej poprowadzonych opowieści, jakie w grach widziałam – z całym tym oparciem w postaciach i wydarzeniach historycznych – ale jednocześnie z samym młodym mścicielem zidentyfikowałam się tak naprawdę pod koniec, i to nawet nie grze właściwej, ale w DLC. Nie zrozumcie mnie źle, Ezio spodobał mi się od samego początku – ten głos, ten akcent, ta butna natura – przez większą część gry ciągle jednak nie mogłam się zdecydować, czy jego zachowanie bardziej mi się podoba, czy mi przeszkadza. W jednej chwili potrafił być zdecydowanym człowiekiem akcji, który nic nie robi sobie z przewagi przeciwnika, w drugiej dać ponosić się emocjom i przegrywać. Doskonale rozumiałam, że była to historia człowieka, który z młodzieńca staje się mężczyzną, popełniając błędy i się z nich ucząc, i jako taką śledziłam ją z ciekawością, jednak często brakowało mi w niej spójności – i nie pomagał w tym wcale fakt, że gra bez przerwy przeskakiwała po kilka lat do przodu. Nagle charakter, który zdołałam zrozumieć i polubić, odrywał się od tego, co znałam, i lądował w zupełnie nowej sytuacji – i cały proces musiałam zaczynać od nowa. Później Ezio zaczął mnie też wkurzać swoim flirciarskim usposobieniem, kiedy za obiekt uczuć wybrał sobie akurat tą panią, której nie lubiłam (zazdrość). Cały czas jednak brakowało mi przeświadczenia, że ta historia zemsty do czegoś zmierza. Na szczęście było to pytanie, które w późniejszym etapie gry Ezio zadał samemu sobie.

Tym, co ostatecznie uratowało sytuację był fakt, że grałam w edycję „Game of the Year”. W trakcie gry zupełnie o tym zapomniałam i dopiero później mnie olśniło, że Bonfire of the Vanities to przecież dodatek. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy Ezio przemówił do tłumu we Florencji opowiadając o konieczności podążania własną ścieżką – po tym, jak swą własną w końcu zakończył – ujrzałam go w zupełnie nowym, imponującym świetle. Brakujący kawałek układanki wskoczył na swoje miejsce. Właśnie w tym momencie dostałam dokładnie tego Ezio, jakiego poszukiwałam w bohaterze przez całe Assasssin’s Creed II – dojrzałego, świadomego, spójnego, widzącego cały obraz sytuacji, a nie tylko jego odbierany osobiście wycinek. W tym momencie zrodził się bohater, którego polubiłam na dobre i na złe, bo wiedziałam, że czegokolwiek nie zrobi, zrobi to z właściwych powodów. I chyba takiego Asasyna brakowało mi od początku serii – tak samo jak brakowało mi pełnego zrozumienia, o czym ubisoftowskie historie o zabójcach tak naprawdę opowiadają.

I tak przygodę z Assassin’s Creed: Brotherhood rozpoczęłam już pozbawiona wszelkich wątpliwości, że chcę tę historię kontynuować. Odkrywszy w Ezio cechy, które tak zaczęłam cenić, towarzyszenie mu w misji wyzwalania Rzymu było czystą przyjemnością. Dobroczynne zamiary w połączeniu zawadiacką naturą dawały świetną kombinację w postaci bohatera, który nie boi się grać wrogom na nosie, bo jest doskonale świadom swoich możliwości. Ta niezłomna pewność siebie idealnie pasowała mi do wizji cichego, atakującego z ukrycia zabójcy, i nagle zaczęła cieszyć mnie niemal każda misja – nawet ta najmniejsza, poboczna, w których Ezio z dobroci serca i wewnętrznego poczucia sprawiedliwości pomaga uciśnionym, chociaż wcale nie musi. Ale Brotherhoodowi udało się nie tylko ukazać mi swojego bohatera w nowym, pozytywnym świetle, ale sprawić, że ten udeptany, wymęczony gameplay odrodził się w moich oczach jak feniks z popiołów.

ac-et-03

Dokładnie nie wiem, cóż takiego aż tak mnie zachwyciło. Rozbudowane krypty kultystów Romulusa? Zdobywanie wież Borgiów i pokonywanie dowódców? Odbudowywanie Rzymu z własnej kieszeni? Pozyskiwanie Asasynów, wysyłanie ich na misje i przywoływanie do pomocy w zabójstwach? Ogromna przestrzeń miasta i okolic? Wyzwania synchronizacyjne? Jeżdżenie na koniu? (jeżdżenia na koniu w takich ilościach brakowało mi od czasu jedynki). Prawdopodobnie zebrałoby się to wszystko i jeszcze więcej. Krótko mówiąc, Brotherhood zaoferował mi tak zróżnicowaną i bogatą rozgrywkę, że nawet, jeśli myślałam, że będzie mi się nudzić, to mi się nie nudziło. Uwielbiałam zwłaszcza wykorzystywanie Asasynów do pomocy, bo ilość możliwych kombinacji nie tylko się zwiększyła, ale dawała znacznie więcej frajdy. Ezio, przyczajony za rogiem i patrzący, jak dwójka uczniów bezbłędnie eliminuje wartowników to widok, który powtarzałam przy każdej nadarzającej się okazji i nigdy nie miałam go dość. Zazwyczaj nie daję się też poddawać presji i robić wszystko po swojemu, ale zwiększony zakres możliwości aż mi grał na ambicjach, więc nawet chciałam uzyskiwać te 100% synchronizacji – ot tak, żeby się dobrze poczuć. Co więcej, nie męczyło mnie już przesadnie nawet wykonywanie misji z gołębników, które w Assassin’s Creed II szybko stały się przykrym obowiązkiem („nie, nie przejdę do następnego rozdziału dopóki nie skończę wszystkich subquestów, nawet, jeśli i tak mogę wrócić do tej lokacji później” – cytat z mojego perfekcjonizmu). Przy Brotherhoodzie byłam też już mądrzejsza, więc na szczęście dałam sobie święty spokój z otwieraniem wszystkich skrzynek we wszystkich dzielnicach, bo chyba bym kompletnie zwariowała. Ale jednak, przy tych wszystkich ochach, achach i zaletach, czegoś mi w tej części brakowało. Zorientowałam się, czego, dopiero przy Assassin’s Creed: Revelations.

Na tym etapie byłam już jednak faktycznie troszeczkę zmęczona. Obiecywana rewolucja przy okazji Assassin’s Creed II nie nadeszła dla mnie w formie, w jakiej się jej spodziewałam, Brotherhood wciągnął mnie bardziej stopniem urozmaicenia gameplayu niż fabułą per se (bo fabuła i bohater to dwie różne rzeczy), nagle więc stanęłam przed pytaniem, czy mi się naprawdę chce. Na początku mi się nie chciało – stwierdziłam, że warto spróbować czegoś nowego, a potem bieganie po dachach na pewno znów nabierze soczystych kolorów. Spróbowałam wtedy – może pamiętacie – Resident Evil 4, ale szybko rzuciłam padem, bo mnie zabijali i w ogóle nie potrafiłam w to grać. Wróciłam więc do starego, znajomego Asasyna i po kilku chwilach wymagających oswojenia się ze zmienionym designem postaci odkryłam, że ostatnia część trylogii ma wszystko, czego bym sobie w tych grach życzyła – jeszcze lepszy i jeszcze ciekawszy gameplay, jeszcze lepszą i jeszcze ciekawszą fabułę, jeszcze lepszego i jeszcze ciekawszego bohatera. 50-letni Ezio Auditore stał się dla mnie żywszy i żwawszy niż kiedykolwiek przedtem.

Ale na początku i tak kręciłam nosem. Poza nowym wyglądem bohaterów (bo Desmond też mnie przeraził), nie podobało mi się zmienione sterowanie, a pomysły z wykorzystaniem haka do walk i całe to rzucanie i tworzenie bomb wydawały mi się wrzucone na siłę. Haka do walki nie użyłam później praktycznie wcale, ale do bomb musiałam się ostatecznie przekonać, bo okazały się zbyt przydatne. Zmartwił mnie też brak opcjonalnych krypt i pożegnanie z końmi (bo jak już wspomniałam, uwielbiam w Asasynach jeździć konno), i nawet pomimo zmiany lokacji na piękny, egzotyczny Konstantynopol bałam się, że niczego naprawdę odświeżającego już w tej grze nie znajdę. Apotem na horyzoncie pojawiła się Sofia Sartor i od razu zrozumiałam, że we wszystkich poprzednich wcieleniach Asasynów brakowało mi prawdziwego wejścia w emocje bohatera.

ac-et-06

Jak głupio zabrzmi, że obserwowanie romantycznej relacji pomiędzy Ezio a Sofią było dla mnie kluczem do uwielbienia Revelations? Pewnie dosyć głupio, dlatego dodam, że ogromnie ucieszył mnie w tej części sposób skupienia fabuły na bohaterze. Oczywiście, Ezio ma do wykonania kolejne zadanie, jednak jego charakter jest tym razem inny, bo tym razem wykonuje je dla siebie. Poszukiwanie kluczy do biblioteki Altaïra i tym samym odpowiedzi, które nadadzą znaczenie jego życiu jako Asasyna to już nie to samo, co walka o prawdę i sprawiedliwość w świecie, w którym rządzą chciwość i władza. Wydarzenia, których stał się częścią w Revelations ponownie ukazały go jako człowieka, który stoi po dobrej stronie, ale tym razem zgłębiły jego motywacje. Patrząc na jego przyjaźń z młodym idealistycznym Sulejmanem nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że widzi w młodzieńcu odbicie samego siebie i swoistego spadkobiercę swoich idei. Pełna zrozumienia relacja z Yusufem to dla mnie fantastyczny przykład męskiego, niewymuszonego żadnymi współczesnymi podtekstami braterstwa, które dogłębnie mnie poruszyło. A rozwijające się uczucie do Sofii, którą z jednej strony chce uchronić przed prawdą, a z drugiej nie potrafi zignorować głosu serca – w wątku, który został poprowadzony tak subtelnie, bez wymuszeń, słodkości i aluzji do seksu – było nie tylko objawieniem na skalę całej dotychczasowej serii, ale i sporej ilości dzisiejszych tytułów w ogóle. Z ogromną przyjemnością odkrywałam kolejne kawałki fabuły, ale tym razem wcale nie przechodziłam gry mechanicznie – tym razem każdym jej kawałkiem rozkoszowałam się bez żadnego niepotrzebnego pośpiechu.

Zresztą, sama postać Sofii okazała się dla mnie niesamowitym strzałem w dziesiątkę. Zaprojektowana jako sidekick i love interest, bardzo łatwo mogła zgubić się w stereotypach, ale Revelations postanowiło sportretować ją jako kobietę intelektualnie równą, a czasem i równiejszą, męskiemu głównemu bohaterowi. Wykształcona, bystra, dowcipna, nie daje się kontrolować emocjom jak pierwsza lepsza gąska, ale kieruje się rozumem, który ujawnia jej najmocniejsze strony. Jej relacja z Ezio z żadnej strony nie jest jednostronna – to zawsze oboje kierują rozmowami, a żadne nie obawia się towarzystwa drugiego. Gdy późniejsze wydarzenia poszły starym, nieszczególnie chcianym, ale przewidywalnym tropem damsel in distress, ani Sofia nie traci głowy, ani scenariusz nie wciska jej w rolę bezradnej kobietki. Fakt, że do końca gry pozostała u boku Ezio jako jego doradczyni i towarzyszka dodaje mi wręcz otuchy, że postacie kobiecie w grach coraz mocniej wyłamują się z określonych ról, a fakt, że to właśnie taka kobieta zdobyła serce bohatera jest dla mnie niemal dodatkowym świadectwem, że branża rozrywki elektronicznej dorasta.

Ale wiecie, co jeszcze mniej w tej grze urzekło? Pewnie wiecie, bo już napisałam – gameplay. Assassin’s Creed: Revelations to pierwszy Asasyn, w którym rozgrywkę pochłaniałam z czystą, niczym nie skrępowaną przyjemnością. Niby robi się dokładnie to samo – skacze po dachach, ukrywa po ulicach, zabija z ukrycia, etc. etc. i niby jest to tak samo fajne jak kiedykolwiek, ale kilka małych drobnostek, i już wszystko mnoży się do potęgi n-tej. Dodanie haka i bomb to niby niewielka zmiana, ale jak wzbogacająca rozgrywkę! Ciasne, kręte i zawiłe uliczki Konstantynopola rozbudowały pole manewru samym stopniem utrudnienia podejścia do ofiary, a fabularne (!) subquesty Asasynów momentami były znacznie ciekawsze niż misje głównej linii narracyjnej. Nie pamiętam, bym w poprzednich częściach musiała kombinować tak dużo, tak długo i tak zawzięcie (do jednego kapitana wieży wracałam chyba z dziesięć razy). Żeby tego było mało, Revelations udało się też idealnie wyważyć jeden z aspektów, który drażnił mnie od początków serii: zadania poboczne przestały wysypywać się wszystkie naraz, a zamiast tego odblokowywały się wraz z rozwojem fabuły. Mój umęczony perfekcjonizm wreszcie zaznał odrobiny spokoju, nie zmuszając mnie do mozolnego czyszczenia mapy i odwlekania głównego wątku, tylko spokojnym, spacerkowym tempem pozwalał mi cieszyć się pełnią treści w zrównoważonych ilościach i sensownych odstępach. Nie mogło być dla mnie lepszego rozwiązania.

ac-et-05

A samo miejsce akcji? Wszystko, co wschodnie – czy blisko-, czy daleko- – należy do moich ulubionych rzeczy na świecie, więc barwny, tętniący życiem Konstantynopol był niesamowitym powiewem świeżości po tych wszystkich renesansowych dachach z czerwonej cegły. Ucieszył mnie nawet tak drobny fakt, że zamiast prostytutek, frakcją „towarzyską” zostały Cyganki. Do tego zakrzywione sztylety, mini-gry, które wreszcie sprawiały mi autentyczną radochę („latanie” na spadochronie przyczepionym do pędzącego wozu jest o niebo lepsze od lotni Leonarda – przy całej najszczerszej sympatii do Leonarda), i przesiąkający przez pada klimat – gdyby nie brak kilku rozwiązań z Brotherhooda, byłaby to gra w swoim rodzaju idealna. Z całą pewnością jest jednak najlepszym Asasynem, w jakiego grałam.

Można więc powiedzieć, że do trzech razy sztuka. Po dwóch świetnych tytułach, z którymi w jakimś punkcie miałam problem, doczekałam się pozycji, która wyciągnęła mnie ze stanu lekkiego zwątpienia szybciej niż zdążyłabym powiedzieć „lubię Desmonda Milesa” i uciec od lawiny domagających się odpowiedzi pytań „ale dlaczego”. Wiem już bez cienia wątpliwości, że lubię tę serię bez względu na powtarzalność, bo nawet drobna zmiana potrafi zrobić w moim oku różnicę. I chyba nigdy nie byłam na Asasynów zajawiona bardziej niż po Assassin’s Creed: Revelations, czwartej części wieloczęściowego cyklu, w której nareszcie poczułam więź z bohaterem – i, co równie ważne, z jego towarzyszami. Czy będę narzekać na Assassin’s Creed III? Pewnie będę, już teraz mogę to przewidzieć. Ale jak słowo daję, białego kaptura nie dam sobie ściągnąć z głowy.

  • Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać jak różnie ludzie mogą odebrać jedną grę (czy jedną serię). Naprawdę to coś pięknego, coś za co kocham gry.

    Osobiście ja z AC przeszłam dość klasyczną drogę od pełnego zachwytu do totalnego zmęczenia materiału. Od kogoś kto renesansowym powietrzem oddycha, do kogoś kto gra dalej z przyzwyczajenia. W „Assassin’s Creed 2” podobało mi się wszystko oprócz przekombinowanego zakończenia, które bez dwóch zdań było dokładnie tym momentem, w którym stwierdziłam, że fabuła serii przestała mnie kompletnie interesować. Było tego za dużo, to było zbyt pokręcone i dodatkowo zawierało jeden z popkulturalnych wątków, które autentycznie mnie mierżą swoją głupotą. Ale grałam dalej. Dla Ezio.
    „Brotherhood” nie był zły. Męczący, wtórny i niewiele wnoszący, ale nie zły. Dał mi multiplayera, który na nowo przywrócił mi wiarę w tę serię. A potem znowu odebrało mi ją „Revelations”.
    Nie znoszę tej gry. Za to co zrobiła z jednym z moich ulubionych bohaterów, jedynym dla którego wciąż ciągnęłam mój związek z AC. Ani przez moment nie mogłam wczuć się w rolę dziarskiego staruszka (tak, w tamtych czasach pięćdziesięciopięciolatek był już właściwie w wieku matuzalemowym) i strasznie irytowało mnie, że z jednej strony gra próbuje być dojrzała, a z drugiej pokazuje mi człowieka w średnim wieku, który zachowuje się jak młodzik. Ubisoft zabrał mi mojego Ezio i zrobił z niego marionetkę, która tańczyła jak jej zagrali, byleby tylko pasowało to do naciąganego scenariusza. Mam dość AC. I kiedy uczucie się wypaliło – chyba pora na rozwód.

    • Może jak napiszę o „Residentach”, to wreszcie w czymś się zgodzimy :D

  • BGN

    Nie wierzę, po prostu nie wierzę! Akurat wczoraj zabrałem się za Asasyna II ;-) A pudełko mam od samiuśkiego dnia premiery(!), czyli jakichś 3-4 lat?
    Jestem dopiero na początku historii ale czuję, że będzie wciągająca. Też czuję ‚to coś’ do asasynów.

  • Misiael

    Oj tak, AC:R był najlepszy. Cudownie stary główny bohater, ciemnobursztunowy Konstantynopol, Yusuf, fragmenty z Altaitem, szkatułkowość fabuły (normalnie aż mi się mój ukochany „Rękopis znaleziony w Saragossie” przypomniał gdy wcielałem się w Desmonda wcielającego się w Ezia wcielającego się w Altaira), dopracowany gameplay.

    A animację AC: Embers już widziałaś? Ostatnie lata życia Ezia i przepiękny epilog dla jego historii.

  • zosia

    Ciężko się to czyta bo masz trochę dziwny styl- z jednej stony przeciążony wieloma zbyt „barwnymi” słowami, które w tekście nie lirycznym męczą i kojarza mi się z blogami nieszczęśliwych, pseudo-natchnionych nastolatek, z drugiej strony czasem mi to przypominalo wypracowanie z podstawówki. Plus zdecydowanie za długie zdania. Radziłabym coś zmienić, może uprościć i wypracować sobie jakiś swój spójny styl skoro kierujesz to do internautów, szczególnie, że to nie krótki tekst. To nie jest hejt tylko porada.

    • No nie wiem, zawsze mi się wydawało, że styl już sobie wypracowałam – jaki widać – bo czuję się w nim najlepiej i w dodatku najpłynniej mi się w nim pisze. Nie kojarzę, jak wyglądają wypracowania z podstawówki, bo zwyczajnie nie pamiętam, ani też nie znam sposobu, w jaki piszą nastolatki na Onecie, więc nie za bardzo mam się do czego odnieść. A że czasem zdarzy mi się wsadzić za długie zdanie? Oj wiem – i czasem nawet temu przeciwdziałam ;) Ale najważniejszym pozostaje, by zdanie brzmiało dobrze dobrze dla ucha (no i oczywiście z sensem – sens też jest ważny). Wysunę się nawet ze stwierdzeniem, że i tak piszę lepiej niż rok temu :P

    • Się nie zgodzić ośmielę i napiszę, że żadnej dziwności w stylu nie widzę – ni to nadmiernej zbędności słownej barwności, ni to przeszkody w zdań długości ;-)

      Internety są duże. Jest miejsce dla blogerów operujących zdaniami prostymi (tak składniowo, jak leksykalnie). Jest miejsce dla tych nieco się rozpisujących i słownie rozpasających. Tekst kieruje się do internautów – oczywiście. Ale internauci są różni. Jakie nasze teksty, tacy nasi czytelnicy.

      To nie jest hejt, tylko uwaga.

  • Karaa

    Czytam twojego bloga i wręcz przerażające jest to jak strasznie się z tobą zgadzam w większości twoich recenzji. Naprawdę…

    W końcu ktoś kto potwierdza, że nie jestem nienormalna, bo ze wszystkich części najbardziej kocham revelations ! A nie jest to popularna opinia wśród fanów serii i nie tylko.
    Tak jak napisałaś pokochałam starego Ezio, uroczą Sofię, kolorowy i egzotyczny Konstantynopol. Uważam, że Revelations jest idealnym zamknięciem historii Ezio Auditore da Firenze.

    Jestem ciekawa co będzie miała dopowiedzenia o Assassin’s Creed III. Tam to dopiero zniszczyli wygląd postaci. Desmond wygląda jak małpa O.o A cała gra ogólnie cholernie mnie rozczarowała i sprawiła, że wgl nie jestem zajarana na Black Flag ;(

  • Ok, to pora na krótki komentarz na temat samego tekstu czy raczej wirtualnych asasynów ;-)

    Druga część Assassin’s Creed mnie urzekła. Po pierwsze optymalizacją – jakoś nie potrafię czerpać przyjemności z gry, kiedy mi się ścina, a dwójka AC chodziła lepiej niż jedynka, tak że już na wstępie Ezio u spółka pokazali się od dobrej strony. Dalej było tylko lepiej. Bardziej podobał mi się okres historyczny, bardziej podobały mi się lokacje, rozgrywka była mniej liniowa i wciągała naprawdę mocno – jak dziś pamiętam te chwile, kiedy zamiast wkuwać do sesji letniej szlajałem się po renesansowej Italii – krótko mówiąc: Assassin’s Creed II było świetne. Miało swoje słabsze momenty, ale w ostatecznym rozrachunku nie miały one większego znaczenia na odbiór całości.

    Brotherhood było miłe. Miły dodatek w postaci Rzymu. Miły dodatek w postaci kuszy. Miły dodatek w postaci kolejnych godzin rozgrywki. Ot, miła gra.

    Revelations wydawało mi się już trochę przekombinowane. Może zmęczył mnie Ezio? Tak czy owak, do gry podchodziłem dwa razy, co nie jest bez znaczenia. Po pierwsze dlatego, że przeważnie kończę grę, jeżeli zaczynam. Po drugie dlatego, że przeważnie nie wracam do gry, którą porzuciłem. Zatem jednak magia AC zadziałała. Drugie podejście zakończyło się pozytywnie, choć i tak nieco mnie znudziło. Aczkolwiek Stambuł bardzo na plus (lokacje to jeden z mocniejszych elementów tej serii – przynajmniej do premiery trójki).

    A potem przyszedł Assassin’s Creed III… może jestem jakiś rasistą, ale Connora nie lubiłem od samego początku i ostatecznie nigdy się nie polubiliśmy. ‚Murica też mnie nie przekonała. Nie wiem kto wpadł na pomysł, żeby zamienić piękne stare miasta na drewniane domki, ale dał ciała po całości (poza tym, kuźwa, wszyscy chcieli poskakać po Londynie czy innym Paryżu!). Dobra, koniec pisania o AC3, bo podnosi mi się ciśnienie, jak myślę o tej grze. Podsumuję: bohater do dupy, lokacje do dupy, optymalizacja do dupy. Dziękuję dobranoc!

    • Moim zdaniem AC3 zabiło to, że zmuszono nas do grania Connorem podczas gdy pod nosem mieliśmy dziesięć razy bardziej interesującego Haythama. Resztę dałabym radę przeżyć, ale jak w jednej grze kazali mi grać na zmianę Desmondem i Connorem to myślałam, że się zapłaczę na śmierć.

      • O, to to! Haytham był fajowy. A o Desmondzie mi nie wspominaj, staram się go wyrzucić z pamięci (czemu Ubi nie ogarnia, że nikt go nie lubi?).

        • Ciekawe uczucie, nie móc włączyć się do dyskusji na własnym blogu :D Dzisiaj już ten AC3 na Plusie? ;)

          Ale co do Desmonda, to ja nie ogarniam, czemu go nikt nie lubi. Przecież to taki normalny facet, który nie wie, o co biega, i stara się robić to, co właściwe. A że się daje zmanipulować, no to kto by się nie dał, jak musi przezywać po kilka żyć naraz i mu się wszystko miesza :(

          I nie mówcie mi, w jaki sposób *spoiler” w AC3, bo chcę sama :>

          • Desmond jako postać jeszcze obleci (gdy mam dobry dzień), ale samo granie nim jest irytujące. IMHO mógłby się pojawiać w filmikach raz na jakiś czas i tyle ;-)

            Spoilery? Wszytko Ci napiszę,hahaha! Uwaga! Gotowa? Connor to asasyn! Przynajmniej w jego mniemaniu, w moim to tak średnio ;)

            • Otóż to. Całe sekwencje Desmonda wyrywają mnie z tego historycznego feelingu i rzucają mnie w jakieś jaskinie czy inne rusztowania. Zawsze jak gra przeskakuje mi do współczesności to czuję złość :D

          • Desmond był w porządku w jedynce, bo był prawdziwy. Kurcze gdyby mnie złapali Templariusze to też bym nie chojrakowała. Pasował mi do historii i charakterologicznie też był spójnie napisanym młodym barmanem. Był trochę jak Shinji z NGE. Niby denerwujący, niby tchórzliwy, ale jednocześnie boleśnie prawdziwy.

            Niestety jakieś mądre głowy stwierdziły że Desmond jest za mało „osom” i trzeba go ulepszyć. To i kazali mu ratować świat i zrobili z niego badassa. W sposób zupełnie durny, bzdurny i nieprzekonujący. Ze starego Desmonda zupełnie NIC nie zostało, a zamiast tego powstał jakiś napisany na kolanie uber-Asasyn.

        • Puuvilla

          Mnie w Desmondzie wkurzała taka jakby ślamazarność. Ale żal mi było jego śmierci itp (ups czy to spoiler?) i nie rozumiem tego, ale wydaje mi się że świata nie zbawił – nie poumierali wszyscy na rzekomy ‚koniec świata’ w 2012, jak to mówią wszelakie asasyn wikipedie?
          Nie pograłam za długo w 3 ze względu na czystą, rosnącą nienawiść, przerodzoną z ochoty grania w tą grę jak i nadziei, że będzie to kontynuacja świetności wcześniejszych części..
          a okazała się bublem w czystej postaci..
          więc ciężko mi stwierdzić, co to naprawdę porobiło się z Desmondem..
          a i gdy zabił Lucy (kolejny spoiler?!) wiem, że niby nie z jego woli, ale i tak byłam pięknie wściekła na niego o to !

      • Puuvilla

        Jejku wreszcie ktoś kto nie znosi AC3 tak jak ja!! ja Was kocham!!
        Chciałam w to grać. Naprawdę, bardzo chciałam to polubić. Ale kiedy ostatecznie, od rozgrywki, do ciągłych dezynchronizacji, poprzez irytujących kretynów w czerwonych żakiecikach i czarnych galotkach, którzy wiedzieli gdzie jestem nawet jakbym weszła do pancernej nory – ostatecznie dostałam szału i ze łzami w oczach, że tak zepsuli najukochańszą grę pod słońcem.. odinstalowałam.
        Przez kolejny miesiąc wylewałam swój żal na różnorakich recenzjach w komentarzach o AC, jak ja to nienawidzę trójki i dlaczego doprowadziła mnie do łez. Również z powodu lagów, które były mimo że grafika w mojej opinii była znacznie gorsza.. brakowało cudnej atmosfery z AC Eziowego, z silnikiem chyba Anvil.. I tej pogrzebanej nadziei, że poznam postać, którą pokocham tak jak Ezia – poznałam nadmiernie pewnego siebie gościa, szlajającego się po jakichś barach z równie ‚badass’ jak on piratami, którzy tylko pili albo mówili idiotycznym akcentem.. no po prostu nie rozumiałam, o co w tym chodzi

        Do connora ‚cummora’ nie doszłam nawet, ale jak ktoś próbuje porównać go do mojego Ezia (tym bardziej na niekorzyść dla Niego) to się krew we mnie gotuje i mówię im, co o nich myślę, narażając się na hejty gimbów, którzy nie potrafią wyczuć prawdziwej, wspaniałej gry – jaką było AC przed pojawieniem się trójki..
        Ezio jest super i teraz jak głupia doszukuję się śladów jego istnienia ALE PRAWDZIWYCH, kręcac nosem na jego ‚życiorys’ z punktu opisu w grze. Bo rodzina Auditore kiedyś istniała i był wśród nich syn Ezio.
        ale czy napewno istniał jakiś pamiętnik Marii Auditore, opisujący jej rodzinę?..
        teraz już sama nie wiem, czy to nie zmyślona historyjka jakiegoś sadysty z ubi, który chciał bym tu zwariowała :(
        Pozdrawiam Was fani Ezia. Dada – lubiłbyś 3 bardziej jakbyś był kobietą.. i pewnie nigdy byś się Eziem nie znudził. :DD

        mnie on mógłby tak podrywać, jak te wszystkie kobiety :3
        wiem że brzmię jak napalona dziewuszka spod artykułu o koncercie bibera, ale po prostu tak już mam i sobie lubię powzdychać do Ezia, bo on jest ‚hot’ i nic na to nie poradzę (albo i nie chcę) :D.

    • Mikołaj Kowalczyk

      Ubi kompletnie nie potrafi dobrać sobie realiów do AC. Pokazuje to zarówno III jak i nadchodząca IV część, w którą najpewniej już nie zagram. Z wyżej wspomnianego Paryża, Londynu, czy Moskwy Ubisoft wybiera najgorsze możliwe miejscówki, takie jak Ameryka, z jej nizutkimi domko-szałasami i Karaiby, w których najpewniej najwięcej nabiegamy się na samych okrętach.

      A mi sie naprawdę marzy ta wspomniana w ankiecie rewolucja w Rosji…

      • Dziwi mnie to wielce, zwłaszcza po świetnych realiach z jedynki i jeszcze lepszych z dwójki. Ubi chyba zapomniało, że naprawdę dobry system wspinaczki pt. ‚wejdziesz gdzie chcesz’, był jednym ze znaków firmowych AC. Dlatego kuriozalny jest pomysł lokacji, które niwelują tę zaletę. Zapomniałem o Rosji – też byłaby całkiem spoko.

        Co do IV to mam wrażenie, że ktoś chciał zrobić fajną grę piracką – a wiadomo, że lepiej sprzedawać grę pod znaną marką. Osobiście właśnie na takie coś się nastawiam, tzn. grę z piratami w roli głównej, nie kolejną część AC.

        • Mikołaj Kowalczyk

          Najgorsze jest to, że również pod względem, nazwijmy to, wydarzeń historycznych Karaiby nie mają tyle do zaoferowania, co lokacje z pierwszej części i dwójki. Na tym polu trzecia część wypadała jeszcze jako tako od strony marketingowej – bo amerykańce kupią wszystko co ma związek z takim a nie innym okresem. Mimo to, jak się wcześniej zgodziliśmy, takie umiejscowienie fabuły ograniczało gameplay, bo wspinanie się na obory jako przedstawiciel assassynów nie daje jednak tyle radości, co popierdzielanie po Rzymie.

          W przypadku Karaibów to już kompletna tragednia – bo nie dość, że nie pobiegamy i nie poskaczemy, to jeszcze nie weźmiemy udziału w żadnych ciekawych wydarzeniach. Bo jasne, na Karaibach walczyli piraci, część z nich nawet znana z imion i nazwisk do dziś… Mimo to z potyczek wyjętych spod prawa rabusiów ciężko będzie sklecić coś w połowie tak zajmującego jak fabuły oparte o krucjaty, czy czasy renesansu.

  • Ze wszystkim się tu zgadzam (pięknie napisane) i również bardzo lubię całą serie (każda nowsza odsłona coraz lepsza). Jedyna drzazga która mi przeszkadza to zawsze w jakiś sposób skopana sama mechanika gry… no ale z drugiej strony klimat nadrabia, więc można z tym wadami żyć ;)