Revolution – jeden z najbardziej znienawidzonych ostatnio tytułów – powraca po świątecznej przerwie jako jeden z pierwszych. Będzie to jednak jego drugi powrót jako niemal zupełnie innego serialu, który na przełomie sezonów wyewoluował w naprawdę ciekawą i zdecydowanie lepszą produkcję. I z tego powodu nawet jej spadła oglądalność.

O tym, dlaczego sezon 2. jest lepszy od premierowego pisałam już przy okazji 5-ciu powodów, dla których Revolution w ogóle oglądałam, ale dzisiaj chciałam ten temat pogłębić – głównie dlatego, że to naprawdę niesamowite, że w tak krótkim czasie serial potrafił zmienić się tak bardzo i w efekcie tak bardzo mnie zaangażować. Nie przesadzam mówiąc, że od pewnego czasu czwartkowe popołudnia są przeze mnie jednym z najbardziej wyczekiwanych momentów tygodnia. I choć rok temu nie sądziłam, że będę to pisać, dziś biorę Revolution w obronę i wręcz zaczynam go polecać – ostrożnie, ale szczerze.

Pierwszym, co rzuca się w oczy już na samym początku 2. sezonu jest ewidentne spowolnienie akcji. Pamiętacie tą heroiczną wyprawę mającą na celu uratowanie Danny’ego i dziesiątki przeszkód pokonywanych zanim odcinek dobiegał końca? W nowym sezonie możecie o tym prawie całkowicie zapomnieć. Bohaterowie zaczynają go z pozycji pokonanej (taki mały spoiler) pozbawieni celu i obarczeni własnymi problemami, znajdujący się w punkcie, z którego sami nie wiedzą, jak się wydostać. Najchętniej chcieliby, żeby ich wszyscy zostawili w świętym spokoju. Ponieważ jednak są bohaterami, wydarzenia spadają na nich same, ale tym razem nie rzucają wszystkiego dla sprawy większej od nich – tym razem sprawa dotyka ich osobiście, zmuszając do działania czy tego chcą, czy nie. W rezultacie doczekujemy się znacznego stonowania pompatyczności, którą charakteryzował się 1. sezon, ale przede wszystkim wyraźnego przystopowania w rozwijaniu fabuły. Nie ma już biegania po Stanach z jednego niebezpieczeństwa w drugie, jest za to stopniowe odkrywanie kawałków intrygującej układanki (wiążącej się oczywiście z ujawnionym w finale 1. sezonu cliffhangerem – dodam, że naprawdę fajnym), która jest tym razem osadzona w i wokół jednej lokacji. Na początku miałam wrażenie, że to „uziemienie” będzie tu gwoździem do trumny – co jak co, ale tą przygodową otoczkę nawet lubiłam – a na szczęście szybko okazało się, że nagle wyłoniło się z niego całe multum zalet.

Najważniejszy wśród nich jest fakt, zmienili się bohaterowie. Prawdopodobnie to w takim samym stopniu kwestia przywyknięcia aktorów do roli, jak i ostatecznego zdecydowania się przez scenarzystów, jakich bohaterów chcą w serialu mieć, ale koniec końców postacie zamieszkujące Revolution dostały co najmniej o jeden wymiar więcej. Zniknęły maski herosów, nieudaczników czy tyranów, pojawiły się rany, bóle, zmęczenie – cynizm, rozczarowanie, sceptycyzm. Przebłyski wiary i pozostałości po naiwnościach też. Tak mentalnie, jak i fizycznie, bohaterom można już wyrządzić krzywdy, można ich zmusić do refleksji, kazać podejmować skrajne decyzje, a przede wszystkim ciągle obijać ich o siebie, prowokując do rozwoju i zmian. Kilka pierwszych odcinków 2. sezonu to tak naprawdę spokojne, konsekwentne pokazanie nam, co zmieniło się w bohaterach i jak serial ma zamiar ich teraz traktować. To wciąż bohaterowie, to prawda – ale zmieniona dynamika wydobyła z nich cechy, w które wreszcie można uwierzyć.

Najbardziej widać to oczywiście na przykładzie Charlie. W przeciwieństwie do zapewne większości czytających, ja do Charlie miałam niewiele. Przeszkadzało mi ciągłe stawianie jej w roli stereotypowej, wszędobylskiej nastolatki, owszem, ale jakoś ciągle wierzyłam, że scenarzyści się w końcu opamiętają – zresztą tak samo jak w stosunku do wszystkich kalkowanych motywów, bo to one przeszkadzały mi w jej postaci najbardziej. Co się okazało, to po pierwsze Charlie przestała być traktowana jako główna bohaterka (choć w zasadzie nie była nią już od drugiej połowy poprzedniego sezonu), a po drugie zdecydowano się zrobić z niej badassa-in-making. To ostatnie pewnie brzmi zabawnie, ale ja nawet nie byłam zdziwiona widząc, że bohaterka wpakowuje się w kabały i mniej-więcej sama potrafi się z nich wydostać. W serialu nikt nie kwestionuje jej umiejętności – przeciwnie, traktuje się je jako pewnik – więc i ja nie miałam specjalnych powodów, by w nie wątpić. W dodatku mniej gada, a jak gada, z jej ust wydobywa się mniej głupot. Czy dorosła? Dojrzała? Wszystko wskazuje mi na to, że tak – a raczej wciąż dorasta, tylko najgorsze ma już za sobą. Ale nade wszystko dojrzali scenarzyści. Przestałam czuć się jak idiotka, w zamian bez stresu zagłębiłam się w pogłębiającą się chemię.

Bo chemii w Revolution jest teraz bardzo dużo. Ja zaczęłam przywiązywać się do bohaterów, ale oni pokazują, że są coraz bardziej przywiązani do siebie. Jedną z najfajniejszych niespodzianek 1. sezonu był na przykład intrygujący związek pomiędzy Milesem a Rachel, który scenarzyści podsycali, ale niewiele na jego temat mówili. Teraz już wiemy, co dokładnie pomiędzy nimi istniało i wreszcie można dostrzec, co ta relacja dla obojga oznacza. Połowa wymienianych przez nich spojrzeń to więc niemal jawna deklaracja niewypowiedzianych uczuć, druga połowa to głos rozsądku, który pcha ich w przeciwne kierunki. Trzeba jednak powiedzieć, że owo uczucie wcale ich nie definiuje, bo nade wszystko pozostają dobrymi przyjaciółmi gotowymi pójść dla siebie nawzajem w piekło. Przy czym te maślane spojrzenia zarówno Elizabeth Mitchell, jak Billy’emu Burke’owi świetnie wychodzą, więc nie będę ukrywać, że przyjemnie mi się na nich patrzy. I naprawdę mam nadzieję, że Wielka Tajemnica, która wisi pomiędzy nimi już od pewnego czasu okaże się prawdą. To w końcu serial o rodzinie, prawda?

Na lepsze zmienił się również – niespodzianka – bezużyteczny dotychczas Aaron, którego nadnaturalny wątek (taki mały spoiler) rozwija się w tak samo interesującym kierunku, jak interesujący staje się on sam. Kilkakrotnie wpadłam w zdumienie stwierdzając, że jak bardzo jego postępowanie ma sens (co w przeciwieństwie do poprzedniego sezonu jest realnym osiągnięciem). Wciąż daleko mu do zostania moim ulubieńcem, ale nie powiem, żeby nie ciekawił mnie dalszy rozwój jego sytuacji. W najgorszym wypadku przestałam mieć bohatera, od obecności którego chcą mi opadać ręce. Ale skoro lepszym może stać się Aaron, to spróbujcie sobie wyobrazić, na jak lepsze mógł się zmienić Neville. Korona najlepszej postaci w serialu z głowy absolutnie mu nie spadła, ba, całkiem wygodnie się na niej usadowiła. Sprytny, kalkulujący gad jest z niego jeszcze rozkoszniejszy (choć tego samego nie można niestety powiedzieć o jego synu), a jego własny, odległy wątek świetnie pokazuje, jak zmieniła się sytuacja geo-polityczna w świecie Revolution. Za szybko i za bardzo, ale w sposób zdecydowanie dodający serialowi charakteru. I choć nie wiem, czy chciałabym, by ścieżka byłego kapitana Republiki skrzyżowała się w końcu z pozostałymi – bo wtedy nie wiedziałabym, komu kibicować – wciąż z rozkoszą przyglądam się jego niekończącym się intrygom.

Ale największym wyzwaniem dla scenarzystów był bez wątpienia Monroe – i w tym momencie bez wstydu powiem, za że krok, na jaki się zdecydowali należy się tym scenarzystom jakiś medal. Monroe był w 1. sezonie wrogiem numer jeden. Z momentem wprowadzenia wroga numer dwa powstało więc pytanie, w jaki sposób przekabacić go na dobrą stronę barykady. Ten karkołomny i zupełnie nierealny wyczyn zrealizowano – a właściwie wciąż jest realizowany – na kilka sposobów: pokazano go strąconego z tronu (współczucie), sparowano z najbardziej nieoczekiwaną postacią, jaka była możliwa (ciekawość), dodano mu realną motywację (głębia) i na dodatek odwołano się do jego przyjaźni z Milesem (there’s still good in him). W chwili, w której zobaczyłam go jako brudnego, zaszczutego uciekiniera serce zmiękło mi w sekundzie, ale to późniejsze, najdrobniejsze aspekty jego charakteru, kawałek po kawałku uchylające rąbka tajemnicy, zafascynowały mnie dogłębnie. I to zafascynowały tym bardziej, że bynajmniej nie przestał być nagle zimnym, podłym draniem i zamienił się w skamlącego, skrzywdzonego szczeniaczka – bo właśnie to jego draństwo, ale owiane otoczką delikatnych zmian dodaje mu niesamowitego uroku. Jest przy okazji nieporównywalnie największym badassem w serialu – sorry, Miles – a przy tym człowiekiem zupełnie nieprzewidywalnym. Nigdy nie można być pewnym, co zrobi Sebastian Monroe, i wierzcie mi, jest to uczucie rewelacyjne.

No i tutaj dochodzimy do najważniejszego: w Revolution zmienił się klimat. Nie tylko bohaterowie zostali potraktowani poważniej – na tyle poważniej, że stali się znacznie bardziej kształtni i absorbujący – ale cały serial w zasadzie zmienił ton. Spowolnienie akcji skupiło jego uwagę na znacznie większej ilości detali, które w 1. sezonie miały tylko zarys. W początkowych odcinkach mamy na przykład wgląd w życie zupełnie innej grupy, prezentującej zupełnie odmienne podejście do idei przetrwania. Zostają nam też pokazane te mroczniejsze i brutalniejsze elementy postapokaliptycznego życia. Oczywiście, wciąż jest to serial wyprodukowany przez telewizję publiczną, więc nie ma przesady, ale definitywnie można dostrzec rezygnację z optymistycznego heroizmu na rzecz mętnej szarości. I tyczy się to zarówno fabuły, jak sposobu przedstawiania wydarzeń – odcinki już do przodu nie gnają, ale momentami wręcz się przez fabułę sączą, wyciskając z niej te najciekawsze pytania. I patrząc na Revolution teraz, kiedy wreszcie poczuł się wygodnie w swoich szatach, widzę, że serial nie mógł tak wyglądać od początku. Byłby zbyt przygnębiający i być może nawet nudny.

I wiecie, z czym teraz mi się on kojarzy? Z Zagubionymi, Z Archiwum X (taki mały inside joke dla tych, którzy rozumieją) i z Hell on Wheels. Mistyczna atmosfera niewyjaśnionego, pogoń za konspiracjami i westernowa rzeczywistość na skraju cywilizacji – łącznie z małym, jednotorowym miasteczkiem w stanie Teksas – przeobraziła opowieść o bohaterskim stawianiu się przeciwnościom w historię o jednostkach, które zostały postawione w sytuacji większej niż oni i muszą sobie z nią poradzić. Niby to samo, ale odmienna perspektywa prawie że odwraca Revolution do góry nogami. Znów nie przesadzę mówiąc, że z głupiutkiego guilty pleasure stał się „czymś więcej”, czymś, co nie tylko da się oglądać bez zgrzytania zębami i trwania w ciągłej nadziei, że musi być lepiej, ale też czymś, co może autentycznie wciągnąć. Naprawdę widać, że Eric Kripke i ekipa wzięli sobie krytykę do serca.

I choć nie ma się co oszukiwać, że serial zmienił się całkowicie, wyrzucił wszystkie prostactwa do kosza i w pełni zrezygnował z karykaturalnego bohaterstwa – w końcu musi jakoś przemawiać do tych widzów, którzy towarzyszą mu drugi rok – zmiany są w nim na tyle drastyczne, że można odebrać go jako zupełnie inną produkcję. I nie jest to namowa, ale stwierdzenie.

  • agrafek

    Wszystko to bardzo ładnie, ale czy da się ten serial oglądać od drugiego sezonu? Bo ja bardzo się starałem (po Twoim poprzednim wpisie na jego temat) wrócić doń po tym, jak porzuciłem go po pierwszym odcinku, ale nie podołałem. A nie podołałem właśnie ze względu na Charlie. Nie sądziłem, że uda się komuś stworzyć postać bardziej irytującą (należałoby to napisać mocniej), niż taka jedna panna z serialu o wampirach. A jednak.

    Więzy krwi, więzami krwi, ale na miejscu Milesa albo bym ją zabił dla dobra wszystkich (toż ona wszystko partaczy), albo porzucił wyprawę. Odpadłem po odcinku, w którym postanowiła być twarda i strzeliła focha Milesowi w chwili, gdy on postanowił się trochę otworzyć.

    • Kurcze, nie wiem. Możesz spróbować przeczytać jakieś bardziej szczegółowe streszczenie (niekoniecznie po odcinkach, ale ogólnie), a potem obejrzeć chociaż dwa finałowe odcinki dla załapania klimatu – bo będzie o nim mowa na początku 2. sezonu. Powinieneś uniknąć jakiś większych fabularnych luk, co najwyżej będziesz musiał wyłapać z kontekstu niuanse relacji pomiędzy bohaterami. Spróbuj, skoro jesteś ciekawy, może się faktycznie przekonasz, że da się oglądać :)

      • agrafek

        Kłopot z tym serialem polega na tym, że „źli” i „szarzy” oraz relacje między nimi były nawet interesujące, natomiast główna bohaterka… No cóż. Gdy napisałaś, że przestaje być główną postacią, w moim odczuciu serial bardzo zyskał:).

        • Staje się jedną z – zresztą definitywnego głównego bohatera już nie ma (i to, jak pisałam, zanika już zresztą im dalej w 1. sezon). Obsada jest traktowana bardziej LOST-owo, nie zupełnie tak samo, ale widać, że nie ma stałego skupienia na jednej postaci – raczej na wątkach, które w danym momencie są dla danej postaci ważne.

  • Pingback: Seryjnie oglądając #9: C новым годом! | Serialowa()

  • Wpis doskonały, jestem na 13 odcinku pierwszego sezonu i narobiłaś mi jeszcze większej ochoty na ciąg dalszy. Mam tylko jedną wątpliwość. Co miałaś na myśli mówiąc, że to serial wyprodukowany przez telewizję publiczną?