Ne jest tajemnicą, że nie przepadam za tzw. starym science-fiction. Wyznaczyłam sobie umowną granicę na rok 2000 wzwyż i jeśli schodzę poniżej, to musi to być coś, co naprawdę chcę obejrzeć, albo Ziemia 2. Okazało się jednak, że czasem ktoś musi mnie po prostu trzasnąć w łeb.

Do Gwiezdnej eskadry (Space: Above and Beyond) niespecjalnie chciałam wracać. Oglądałam ją za czasów młodości – był to w zasadzie jeden z niewielu seriali, które oglądałam rodzinnie, z bratem i tatą – pamiętałam ją więc jako coś wyjątkowego, niesamowitego, wciągającego i naprawdę fantastycznego. Jednak wiecie jak to jest, gdy po latach odbywa się podróż do przeszłości – efekty są najczęściej rozczarowujące. To, co dla naszych dziecięcych oczu było szczytem wspaniałości, w ich dorosłych odpowiednikach potrafi zbudzić dobroduszny uśmiech politowania (jeśli nie gorzej). Nie chciałam niszczyć sobie tych wspomnień. Czytałam, oczywiście, że to wciąż jeden z najczęściej polecanych seriali z gatunku, poza tym trudno przechodzić obok Gwiezdnej eskadry obojętnie, kiedy ma się kumpla przy każdej możliwej okazji wychwalającego jej zalety. W końcu przekonanie mnie do obejrzenia zajęło mu tak długo, ile czasu potrzebowało oryginalne wydanie DVD do wylądowania w moich – zaskoczonych – rękach.

Można więc powiedzieć, że dzisiejszy wpis sponsoruje literka S jak „Seji” oraz cyferka 1 jak „tylko – chlip – 1 sezon”.

Żeby rozwiać wątpliwości – podobał się/nie podobał się? – od razu powiem, że Gwiezdna eskadra nawet w 2014 roku jest serialem bardzo dobrym, do pewnego stopnia broniącym się nawet efektami komputerowymi, a scenariuszowo pasującym do dzisiejszych standardów prawie jak ulał. Powiem więcej – gdy opaliłam płytę po raz pierwszy, aż się wzruszyłam widząc ten lekko zamulony obraz kręcony kamerą z lat 90-tych, który cofnął mnie do ciepłych wspomnień związanych z Nostromo i LV-426. Po tym pierwszym wrażeniu następne godziny stawały się jednak coraz trudniejsze – pilot niestety pozostawił mi sporo do życzenia – aż w końcu nadszedł odcinek 7-my, po którym w wojenne przygody Dzikich Asów wsiąkłam na dobre i na złe. Więcej na dobre, złe mogłam policzyć na palcach jednej ręki. Chociaż może najgorszym złem, jakie wyrządziła mi Gwiezdna eskadra było pokazanie mi, jak wiele zapożyczeń zaczerpnęła z niej nowa Battlestar Galactica.

Tak, Space: Above and Beyond jest do Battlestar Galactiki bardzo podobna. Do czasu, kiedy zorientowałam się w chronologii, była to moja najsilniejsza i przeważająca obserwacja. Przez kilka odcinków w pewnym sensie byłam na BSG wręcz zła, że jak mogła tak bezczelnie wykorzystać taką ilość motywów już wykorzystanych w SAAB. Ale potem, im dalej oglądałam i im bardziej wsiąkałam, stwierdziłam, że odbiorę to w sposób pozytywny. Że serial Glenna Morgana i Jamesa Wonga tak bardzo zapisał się w pamięci Ronalda D. Moore’a, że ten wykorzystał go bezpośrednio w swoim. Nawiązania da się rozpoznać bez trudu – zbuntowane sztuczne inteligencje, przedostanie się za linię wroga za pomocą pojmanego statku, wizytę w kosmicznym, nie przymierzając, burdelu i wiele innych – ale bez trudu da się również rozróżnić charakter obu produkcji. Tam, gdzie Battlestar Galactica jest sagą o ludzkości, Gwiezdna eskadra opowiada o jednostkach. Małych jednostkach w wielkiej wojnie, które w dużym obrazie kosmosu mogą się zupełnie nie liczyć, ale dla siebie nawzajem są praktycznie wszystkim.

Akcja serialu dzieje się w 2063 roku i skupia się na wojnie z nieznaną rasą nazywaną przez bohaterów Pijawami (Chigs). Kilkoro młodych ludzi decyduje się wstąpić w szeregi kosmicznych marines – jedni, bo zawsze o tym marzyli, drudzy, by mieć szansę odnaleźć ukochanych, inni, bo nie mają innego wyboru – i walczyć w obronie terytorium swojej planety. Zostają przydzieleni do jednej eskadry, znanej później jako Dzikie Asy, a dzięki swej odwadze i umiejętnościom szybko zyskują uznanie całej floty. Jednak to nie dokonania na froncie stanowią o ich sile, ale przyjaźń, która spaja ich pomimo różnic w pochodzeniu, wartościach i wierze. Gdy tylko po tych kilku odcinkach dostrzegłam, że jest ona tak samo wiodącym wątkiem, jak wojna i jej destrukcyjne właściwości, wystawiłam ten serial na piedestał.

Ale na początku naprawdę było ciężko. Przede wszystkim, buntowałam się przeciwko faktowi rozdzielania bohaterów na głównych i główniejszych. Koronnym przypadkiem w serialu jest tu Nathan West (Morgan Weisser), bohater z głównych najgłówniejszy. Strasznie nie cierpię w (starych) serialach faworyzowania jednych postaci nad innymi, i przy Gwiezdnej eskadrze protestowałam ostro – tym bardziej, że West zaczynał jako niestabilny, cierpiący nieszczęśnik, który myślał, że wojna będzie jego prywatnym narzędziem zemsty. Otóż West, zanim wstąpił do wojska, miał zostać kolonistą. Miesiącami, razem ze swoją ukochaną, przygotowywał się do misji, tylko po to, by w przeddzień wylotu zostać paskudnie wyrolowanym – bo decyzją rządu 10-ciu pechowców musiało odstąpić swoje miejsce sztucznie wyhodowanym ludziom, i West był jednym z nich. Pokonany przez poprawność polityczną, on został na Ziemi, ona poleciała na Tellusa. Można powiedzieć, że miał szczęście, bowiem statek zmierzający do kolonii staje się jednym z pierwszych celów ataku obcych. Nathan dołącza więc do wojska w nadziei, że uda mu się odnaleźć pojmaną ukochaną. Ma to sens, wierzę, że to się trzyma kupy. Ale nie w momencie, w którym kapryśnie i egoistycznie naraża się innych na niebezpieczeństwo. Już myślałam, że nudnego, nieciekawego i bezmyślnego Westa będę szczerze nie cierpieć do końca serialu, kiedy nagle okazało się, że wydoroślał, spoważniał i stał się niemal wewnętrznym głosem rozsądku całej grupy. I nawet nie zorientowałam się, kiedy to się stało.

Jednocześnie wyszło, że z tym faworyzowaniem też się trochę zapędziłam. Błędne wrażenie musiał zrobić na mnie pilot, który najwięcej czasu poświęcił Westowi, trochę więcej Vansen (Kristen Cloke) i Hawkesowi (Rodney Rowland), a najmniej dwójce moich faworytów, Damphousse (Lanei Chapman) oraz Wangowi (Joel de la Fuente). Dalsze odcinki stosunkowo zgrabnie rozdzielały wszystkim bohaterom czas ekranowy, tak, że nawet oglądając historię poświęconą jednej postaci, pozostali nie przechodzili przez nie bez wypowiedzenia chociaż jednego słowa. Zresztą i tak trudno byłoby mi się na nich gniewać, kiedy w zasadzie każdy z nich miał do wniesienia coś ciekawego. W tym względzie najciekawszą postacią stała się dla mnie Shane Vansen, która w sposób zupełnie naturalny, a przy tym nie budzący sprzeciwu, przejęła dowodzenie nad grupą – i do końca serialu utrzymywała je nad wyraz kompetentnie. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena, w której, zirytowana dwójką kłócących się facetów, bierze sprawy w swoje ręce. Było to tak… kobiece, tak idealnie oddające charakter kobiecej natury, że aż oniemiałam z zachwytu. Nie było potem ani cienia wątpliwości, że Vansen znajduje się tam, gdzie jej miejsce, a co więcej – nie było ani cienia komentarza, że zajmuje to miejsce będąc kobietą. Gdyby Gwiezdna eskadra została nakręcona dzisiaj, zastanawiam się, czy lub jak dużo powstawałoby na ten temat tekstów, analiz i porównań.

Innym interesującym i niebanalnym wątkiem w serialu jest kwestia In Vitroes, sztucznie wyhodowanych ludzi, obraźliwie zwanych tankami – od nazwy zbiornika, w jakim są „produkowani”. Emocjonalnie niedojrzali, nie cieszący się zbytnią popularnością wśród ludzi, początkowo używani jako mięso armatnie we wcześniejszej wojnie z Silikantami, później jako tania siła robocza, In Vitroes są w serialu komentarzem anty-rasistowskim i pro-wolnościowym, ale także źródłem konfliktów w grupie. Jest nim jeden z Dzikich Asów – Hawkes – a także dowódca eskadry, pułkownik McQueen (James Morrison). Biorąc pod uwagę, że West musiał odstąpić swoje miejsce w kolonii „jakiemuś tankowi”, napięcie pomiędzy nim a Hawkesem jest początkowo rozgrzane do czerwoności. Dzieje się oczywiście coś, co można przewidzieć na odległość, ale droga, jaką panowie przejdą do szacunku i wzajemnej przyjaźni jest piękna i wartościowa. Bardzo poruszająca jest także ojcowska troska, jaką McQueen otacza Hawkesa, również pomimo oczywistych różnic, z jakimi obaj mężczyźni patrzą na świat. Młody, niedoświadczony i wciąż dorastający Hawkes kontra wprawiony weteran nie raz spotkają się z twarzą w twarz z dwóch stron barykady, ale zawsze ramię w ramię pokłonią się wspólnej sprawie.

Na tle tej trójki nieco bladziej wypada moja dwójka ulubieńców – przyjacielska, ale nieugięta Damphousse oraz etatowy błazen, Wang. Wang dostał jeszcze ciekawy w założeniach, nieco gorszy w wykonaniu wątek, Damphousse z kolei do końca serialu była w zasadzie technicznie uzdolnioną towarzyszką, która czasem miała coś cennego do powiedzenia. Takie usunięcie ich z pierwszego planu – dodatkowo podkreślane przez zdjęcia promocyjne, na których najczęściej widnieje „podstawowa” trójka – powinna, szczerze, mówiąc bardziej mnie irytować, ale z pewnych powodów nie czuję, że byłabym usprawiedliwiona w chowaniu serialowi urazy. Prawdopodobnie reagowałabym o wiele ostrzej, gdyby Space: Above and Beyond postał wg dzisiejszych zasad – mimo tego, że scenariusz wychodzi w przyszłość, jak Ziemia 2, często jednak się czuje, że to produkt innej epoki, mogę więc przymknąć na te „niedoróbki” oko. Ale tak naprawdę najważniejsze jest to, ci bohaterowie – wszyscy, nawet z trzeciego planu – naprawdę ze sobą rozmawiają. Widać, że są integralną częścią drużyny i że bez nich eskadra będzie niekompletna. A to uczucie jest w tej opowieści nadrzędne.

Jednak tak samo jak przyjaźń, przynależność i wspólne walczenie o sprawę, Gwiezdna eskadra opowiada też o okrucieństwach wojny. Nie tylko o stracie, o młodych życiach rzucanych na szalę, politycznych manewrach i brudach starć na froncie, ale o próbach, jakie dzień w dzień stawia przed jej uczestnikami. O decyzjach, które trzeba podejmować w ułamku sekundy, o zaufaniu, którego niekiedy trzeba się nauczyć, o próbach, które determinują, jaki rodzaj człowieka zostanie z żołnierza po wojnie. Z pewnością wszystkim znane, z tych czy innych filmów o amerykańskich marines, hasło o nie zostawaniu swoich na polu bitwy wielokrotnie znajduje tu odbicie, podkreślając tę wspaniałą ideę braterstwa i odwagi, i to wcale nie w jakiś pompatyczny czy przesadnie patriotyczny sposób. Co więcej, serial potrafił naprawdę zręcznie balansować pomiędzy tragedią i humorem, udowadniając, że nawet w tej czerni walczącego ze sobą kosmosu jest miejsce na radość oraz zwykłe, niepoważne wygłupy (odcinek z miseczką truskawek w bitej śmietanie totalnie powalił mnie na kolana). Jest to całkowicie brana na poważnie historia o wojnie wśród gwiazd, gdzie żadna powaga nie będzie w stu procentach „ludzka” bez odrobiny lekkości i potrzeby rozładowania. Takie jest Space: Above and Beyond: głęboko, w gruncie rzeczy, realistyczne.

Żeby to jednak dostrzec, trzeba się przedrzeć przez pewne widoczne na pierwszy rzut oka braki. Wspomniałam już, że do efektów komputerowych nie mam przesadnych zastrzeżeń – nie jest to oczywiście poziom barwnych i dynamicznych potyczek w Battlestar Galactice, ale umiejący przekazać to, co trzeba wystarczająco wyraźnie. Śmieszyła mnie na początku tendencja bohaterów to skręcania ciałem w momencie, w którym skręcają swoje myśliwce, ale na szczęście szybko im to przeszło. Trochę gorzej z bojowymi mundurami, bo czy słońce, czy deszcz, czy inna planeta, kombinezony i tak będą z bawełny. Bawiła mnie też pewna nonszalancja w używaniu śluz – bo raz użyją, a raz nie – ale był to bodajże odosobniony przypadek. Najtrudniejszym kęsem do przełknięcia jest z kolei powszechnie wytykana serialowi logika tworzenia oddziałów, które są jednocześnie i piechotą, i pilotami, a w przypadku bohaterów dodatkowo złożonymi z samych oficerów. W pewnym momencie nawet sami bohaterowie zwracają na to uwagę – jakby nie była to uniwersalna praktyka – ale nawet, jeśli było tam jakieś wyjaśnienie, a je przegapiłam, wzbudza pewne „ale”. Tak czy inaczej, jeśli ten fakt się zaakceptuje – a opiera się na nim cała idea serialu – Gwiezdna eskadra zaskoczy wieloma zaletami, z których połowy tu nawet nie wyliczę.

Jednak tym, który serial oglądali, Space: Above and Beyond kojarzy się zapewne z jednym: skasowaniem po jednym sezonie i w efekcie pożegnanie nas mocnym, łamiącym serce zakończeniem, które dziś, po ponownym obejrzeniu, odczułam ze zdwojoną siłą. Szczęśliwie, twórcy mieli czas zakończyć serial na własnej nucie, nie ma więc potężnego, urwanego w połowie cliffhangera, jest za to niemalże definitywne zakończenie historii Dzikich Asów. Piękne, wymowne, prawdziwe – znów: realistyczne – ale niemniej, i to na więcej niż jednym poziomie, smutne i przykre. Przykre, bo ze swoim niestandardowym, jak na tamte czasy, podejściem do budowania fabuły, wyrywającym się schematom odcinkom i dojrzałej otoczce, Gwiezdna eskadra mogła zalecieć naprawdę daleko. Ale nawet z podciętymi skrzydłami, jest warta bólu, jaki towarzyszy w jej krótkim locie.

  • Marcin Segit

    Dzięki za ten tekst. <3

  • historieprzyszlosci.hihnt.net

    Akurat te watki, ktore wymienilas jako inspirowane w nowej BSG Space’em, mozna z tego co pamietam znalezc bez problemu w starej BSG :) To jest system naczyn polaczonych i tak Firefly, oraz Babylon 5 (przy calej oryginalnosci i wybitnosci tego drugiego), razem gesto czerpaly z Blake’s 7 etc. etc..
    Data 2000 roku jest nie tylko bardzo restrykcyjna, ale odcina od najlepszego w telewizyjnej S-F :(

    ps: efekty komputerowe w nowym BSG nie byly zbyt dobre, ale za to kamera tak sie trzesla, ze tego nie bylo widac :)

    • Przez najlepsze masz na myśli „Star Treki”, „Seaquest” i „Ziemię 2”? Bo do starych „Treków” nie wrócę, „Seaquesta” kocham sercem młodzieńczym, ale obawiam się, że dziś mnie zawiedzie, a „Ziemia 2” to wiadomo ^^

      A efekty w BSG może nie były dobre, a ja uwielbiam trzęsącą się kamerę i ogrom dziejących się rzeczy w jednym momencie ;)

      • historieprzyszlosci.hihnt.net

        Babylon 5, Blake’s 7, orginalne V, Prisoner, antologiczne Twilight Zone i Outer LImits i wiele wiele innych.
        Seaquesta pierwszy sezon sie nie zestarzal, raz na jakis czas ogladam kolejne odcinki i jest dalej bardzo fajne.

  • rob

    problemem gwiezdnej eskadry był właśnie fakt powstania w latach 90 złotej erze kosmicznego SF w TV po prostu konkurencja była zbyt silna bo w tym samym czasie na ekanie było naście seriali gdyby powstała dekadę póżniej prawdopodobnie utrzymała by się dłużej na ekranie a tak podobnie jak Earth 2 czy odyssey spadła z ekranu

  • Paweł Zarzycki

    Ech. Farscape, Babylon 5, SG1, Alien Nation, Sliders, Quantum Leap, Nowhere Man, Earth: Final Conflict, Red Dwarf, LEXX, Tek War… To tak na szybko, z pamięci, bo było tego więcej. Treki to wierzchołek góry lodowej, ale też się łapią.

    • Ech. Zaczęłam niedawno, na razie odpoczywam. Zaczęłam niedawno, ale porzuciłam. Oglądałam, aż mnie znudziło. Nie znam. Nie oglądałam. Nie oglądałam. Nie znam. Nie oglądałam. Nie oglądałam. Nie znam. Nie znam. Basically, nie oglądałam tych seriali w czasach młodości, a teraz nie miałabym do nich cierpliwości ;)

  • Maciejewsky

    W ostatnim odcinku SAAB nie ma cliffhangera? Ależ oczywiście, że jest, wiele wątków miało być przecież wyjaśnionych w drugim sezonie: jak rewelacje z końcówki wpłyną na kontakty Ludzi i Pijaw, co się stało z statkiem Vansen i Damphousse, jaki los czeka Wanga i McQuenna. Sporo tego.
    Ja wiem, że twórcy świadomie wybrali takie wyjście, wiedząc że serial nie będzie kontynuowany, więc faktycznie olbrzymiego cliffhangera brak, niemniej ciężko uznać, że wątki zostały zamknięte.