Dawno nie pisałam o Continuum. Wypada mi tylko przeprosić, bo mnie samej przykro, ale również zachęcić do dalszego oglądania – bo jeśli myśleliście, że Kiera z każdą decyzją pogrążała się rok temu, to jeszcze nic nie widzieliście. Zapomnijcie o pokręconych zasadach podróży w czasie – w 3. sezonie liczą się zawalające się jak domino relacje.

Wiecie, co najbardziej lubię w serialach (a jeśli nie wiecie, to przecież zaraz Wam powiem): związki pomiędzy postaciami. Character development. Skutki, konsekwencje i efekty. Przechodzącą z odcinka na odcinek ciągłość fabularną. Wpływ wydarzeń na bohaterów. Dojrzewanie, rozwój, zmiany. Powtarzam się, ale to coś, czego nie mogę podkreślić wystarczająco. Uzbrojona w tą wiedzę, od pewnych seriali trzymam się na dystans, do innych lgnę jak ćma do ognia. Obecnie do Continuum wręcz się przyssałam, bo to, co ten serial wyprawiał ze swoimi bohaterami kazało mi się łapać z wrażenia za głowę – a to jeszcze zanim pojawił się 3. sezon. Wszystko, co zdążyło wydarzyć się już 5-ciu odcinkach jest tak rozkosznie poplątane, że obok łapania się za głowę po prostu kipię z radochy.

Tekst zawierać będzie spoilery, bo niestety nie omówię tych wszystkich wspaniałości pomijając konkrety…

O rany, ale od czego zacząć? Jak pamiętacie, poprzedni sezon dla jednych postaci zakończył się w klatkach (Kiera i spółka), dla innych dość definitywnym zawarciem niespodziewanej współpracy (Carlos i Betty). Najciekawszym pytaniem na początek nowego sezonu było więc jak wybrnąć z tego małego bagienka. Okazało się, że w sposób bardzo oczywisty, niemal leżący pod ręką: podróżą w czasie. Zamknięta przez Freelancerów – jak się okazuje, obrońców prawidłowego kształtu historii – bohaterka dostaje propozycję nie odrzucenia: ma cofnąć się w czasie w ślad za Alecem, który w finale poprzedniego sezonu użył urządzenia by ratować Emily. Stworzył tym samym poważną lukę w linii czasu, bo „tamta” linia wzbogaciła się o drugiego Aleca i teraz nie wiadomo, który z nich zostanie Williamem B. Davisem – ani czy Kiera w ogóle się urodzi, a więc czy będzie miała rodzinę, do której mogłaby wrócić. Zadanie ma więc dla niej charakter osobisty, tym bardziej, że przecież Alec zdradził jej zaufanie i bohaterka potrzebuje od niego wyjaśnień. No i tym bardziej, że niemal od razu odnajduje zamordowane ciało swojej własnej „dublerki” i koniecznie chce się dowiedzieć, czyja to sprawka. Brzmi skomplikowanie? I tak napisałam skrótowo.

Ta jedna mała, nieprzemyślana podróż w czasie, której impulsywnie dokonał Alec, wywołała lawinę cudownych z punktu widzenia głodnego relacji widza wydarzeń. Na początek pozwólcie, że zatrzymam się przy młodym, bo wow, to jest po prostu rozkoszne. Bezgranicznie zakochany Alec chce za wszelką cenę nie dopuścić do ponownej śmierci Emily. Ma jakiś tydzień na drobne „poprzestawianie” wydarzeń, ale parzy się już po pierwszych godzinach – kiedy znajduje martwe ciało wcześniejszej Kiery i instynktownie wie, że to jego działania doprowadziły do jej morderstwa. Dopadają go wreszcie wyrzuty sumienia, a gdy dogadania go teraźniejsza Kiera, odbywają poważną, niełatwą rozmowę o zdradzie, lojalności i powinnościach. Przyjaźń, która wydawała się jedyną stałą w serialu, de facto przestała istnieć – a przynajmniej z tym Alecem, któremu towarzyszyliśmy dotychczas. Wcześniejszy Alec nic przecież nie wie o morderstwie przyjaciółki, swoim własnym dublerze czy nawet fakcie, że jego ojcem był – zamordowany w premierze przez wiecznie kombinującego Kelloga – Escher. A gdy tylko się dowiaduje… ło.

Tutaj zaczyna robić naprawdę ciekawie. Otóż wcześniejszy Alec dostaje w spadku korporację Piron – co jest problematyczne, bo przecież William B. Davis założył swoją własną firmę, SadTech. Przejęcie stołka prezesa pociąga za sobą lawinę wydarzeń, których kulminacją jest odkrycie powiązania Emily z Escherem, a więc i szpiegowanie Aleca na jego rozkaz. Chłopak burzliwie z Emily zrywa, ale to nie szkodzi – bo przecież zaraz za rogiem czeka na nią ten Alec, który już dawno wybaczył jej zdradę i nawet cofnął się w czasie, by z nią być. W przeciągu dwóch odcinków dotychczasowe role kompletnie się odmieniają – Alec-prezes staje się zadufanym w sobie bufonem twierdzącym, że nikomu nie może ufać (i niepokojąco zbliżającym się do inspektora Dillona i jego pro-CPS-owych zapędów), Alec-podróżnik w czasie okazuje się wzorem cnót. Jaja dzieją się już w ogóle, kiedy obaj panowie przypadkowo się spotykają, Orphan Black-style. Drastyczne różnice w ich poglądach niemal natychmiast czynią z nich wrogów, a to dopiero połowa sezonu. Biorąc pod uwagę wiszącą nad Kierą świadomość, że dla przywrócenia właściwego biegu wydarzeń jednego Aleca będzie musiała wyeliminować, robi się naprawdę gorąco. A to jeszcze nie uwzględniając Kelloga, który knuje po swojemu i na pewno nie puści płazem urazy…

Tymczasem gdzieś w tle powraca ponownie zjednoczone Liber8, nadając 3. sezonowi charakteru z początków serialu. W pomiędzy kolejne ataki grupy i kolejne śledztwa mające pokrzyżować im plany wpleciona jest jednak zdrada Betty, o której wiemy z poprzedniego sezonu – ale nie bohaterowie. Carlos, zawsze prawy i szlachetny, jest tym faktem wybitnie zraniony, choć nie on jest wcale najpiękniejszym wątkiem, jakie Continuum dla dzielnego detektywa przygotowało (będącym zarazem moją prywatną wisienką na torcie). Pamiętacie, że rok temu Kiera wyjawiła mu wszystko – teraz więc wyjawiła mu więc swoją własną śmierć, prosząc o pomoc w odnalezieniu sprawcy. Początkowo, bohater wydaje się przyjmować te rewelacje chłodno i rzeczowo – zgadza się nawet zająć kwestią pozbycia się ciała. Żadne wyjaśnienia, zapewnienia i podróże w czasie nie są jednak w stanie załatać dziury, jaką Kiera nieumyślnie w nim otworzyła. Dziury o pytaniu „skąd Carlos ma wiedzieć, że ta nowa, przybyła z przyszłości Kiera to ta sama Kiera, która była jego partnerką”. Powiem szczerze, tak ludzkiej, naturalnej, emocjonalnej reakcji nie spodziewałam się nawet w serialu, który już w swoim drugim odcinku zaryzykował całkowite zdemaskowanie swojej bohaterki. A potem, gdy zobaczyłam scenę, w której Carlos w jakimś zimnym, opuszczonym magazynie rozmawia z ciałem swojej nieżyjącej partnerki – bo wciąż i wciąż nie ufa tej „nowej”, żyjącej Kierze – stwierdziłam, że nie widziałam jeszcze serialu bardziej przywiązującego uwagę do stanów emocjonalnych swoich bohaterów.

Skutki, konsekwencje, efekty. To słowa dla 3. sezonu Continuum kluczowe, biorące się za znacznie ciekawszą, znajdzie bliższą i bezpośrednią stronę podróżowania i mieszania w czasie. Dotychczas serial pokazywał nam – trudne, bo trudne – wizje zmieniających się z rzeczywistości, kłębiące się problemy natury moralnej. Teraz, skupieniem się na wpływie, jakie podróże w czasie mają nawet nie na ich uczestników, a ich bliskich, znów podniósł swoją poprzeczkę. I uwielbiam to. Nie wiem, co jeszcze lepszego Simon Barry może nam pokazać, ale uwielbiam to.

Dodać do tego intrygi, układy i włosy stające dęba na myśl, że niemal okupacyjna przyszłość 2077 roku zaczyna powstawać już tu i już teraz, i dokładnie widać, jaka wiele asów ten serial ma jeszcze w swoich rękawach.

A najfajniejsze jest w tym wszystkim to, że choć Continuum nie jest moim ulubionym serialem na świecie, to gdy tylko pojawia się kolejny odcinek, zasiadam do niego czym prędzej i to z wypiekami na twarzy – tak ogromne, tydzień w tydzień, wrażenie robi na mnie. Wiem, że już polecałam, ale polecę znów: oglądajcie Continuum, bo był świetny jeszcze zanim na horyzoncie pojawił się Orphan Black.