Jest już późno, premiera Gwiezdnych wojen: Przebudzenia Mocy dawno za nami, ale emocje wciąż nie opadły. Nie wiem, jak Wy, ale ja wciąż powtarzam w głowie najlepsze fragmenty, nie mogąc doczekać się przechadzki na kolejny seans. Fakt, że jestem tym filmem oczarowana nie powinien nikogo dziwić. Mówiąc krótko, udał się. Tak bardzo, że aż za niego podziękuję.

Przebudzenie Mocy ma wszystko, czego można było oczekiwać od Gwiezdnych wojen: wspaniałych postaci, niesamowitej przygody, świetnego humoru i tej baśniowej, ponadczasowej magii, która od prawie 40-stu lat pobudza wyobraźnię milionów ludzi na świecie. Ale zanim wszyscy przekonaliśmy się, jak bardzo nowy film pasuje do tego świata, trzeba było najeść się strachu, niepewności i stresu w nieopisanych ilościach. Myślę, że jeszcze więcej strachu, niepewności i stresu najedli się sami twórcy, którzy musieli zmierzyć się przecież z monumentalnym zadaniem. Biorąc ten fakt pod uwagę, trudno dziwić się, że postanowili pójść w bezpieczne. Bo co z tego, że Przebudzenie Mocy jest praktycznie nową wersją Nowej nadziei, skoro zabrało nas w tak fantastyczną podróż łączącą nostalgię z nowocześnością? Siódma część sagi to kwintesencja Gwiezdnych wojen: film zbliżający ze sobą przeszłość i przyszłość* w niesamowitym spotkaniu starego z nowym. Bawiłam się bajecznie – i za to poniżej dziękuję.

Za Rey, która jest cudownym uosobieniem współczesnej bohaterki fikcyjnej, niezależnej i zaradnej wszędzie tam, gdzie potrafi poradzić sobie sama, a wewnątrz wrażliwej, czującej i nie dającej nikomu dyktować swojego „ja”. To nie dama w opałach, to nie babochłop, to po prostu Rey.

Za Finna, którego nie sposób nie polubić już po pierwszych chwilach na ekranie, bo jego pogoda ducha, everymanowy vibe i komediowy dryg rozjaśniają każdą minutę spędzoną przy filmie.

Za Poe Damerona, który w ledwie kilka sekund stał się moim nowym Wedgem Antillesem (a.k.a. moim ulubionym bohaterem całych Star Warsów), wszystko przez cudowne połączenie arogancji najepszego pilota Rebelii z czuciem pełnią swojego serca. And that bromance!

Za BB-8, który jest Najfajniejszym Droidem Wszechczasów. Całe kino na moim seansie smutało się, kiedy BB-8 był smutny i radowało, kiedy BB-8 był szczęśliwy. Chcę własnego BB-8, żeby codziennie przywoływał mi twarz uśmiech.

Za Kylo Rena, który okazał się świetnie zbudowanym, skonflinktowanym charakterem czarnym, ale nie przesiąkniętym złem, popełniającym błędy i wciąż szukającym swojego miejsca na świecie, przez to nie będącym zwyczajną kopią Dartha Vadera, a swoją własną, świeżą i ciekawą postacią.

Za Hana Solo i Chewiego, którzy nigdy się nie zmienili.

Zasadniczo za fakt, że mogłabym całkowicie obejść się bez starych bohaterów i oglądać cały film dla Rey, Finna i Poe, ale równocześnie za to, że obecność gwiezdnowojennych weteranów została wspaniale wpisana w tę historię jako tło, cudownie łącząc „nasze” filmy z ich nową generacją.

Za humor, który podany był w dokładnie takich ilościach, jakie konieczne i w dokładnie takiej formie, jaka mu pasowała.

Za praktyczne efekty specjalne, które nadały całości rzeczywisty, nostalgiczny klimat, i sprawiły, że naprawdę można było poczuć się jak w domu.

Za fabułę, która nisko kłania się wszystkim najpiękniejszym wspomnieniom z przeszłości, a jednocześnie wprowadza powiew nowości, odświeżając wszystko to, co w Gwiezdnych wojnach kochamy najbardziej.

Za wprowadzanie w tej fabule pytań bez odpowiedzi i wątków bez rozwinięcia, których wyjaśnienia doczekamy się dopiero w kolejnych częściach, bo nic nie sprawi mi lepszej frajdy niż poznanie dalszej części układanki w tej historii.

Sobie dziękuję za unikanie wszelkiej maści materiałów promocyjnych, domysłów i potencjalnych spoilerów, bo dzięki temu zostałam autentycznie zaskoczona, a przez to dogłębnie oczarowana.

Za rozwiązanie Pewnych Wątków w Najbardziej Pasujący Sposób na Świecie.

Za typowego Abramsa w postaci easter eggów i gościnnych występów jego ulubionych ludzi. Serio, kto z serialowych weteranów nie uśmiechnął się na widok Grega Grunberga i Kena Leunga?

Cinema City Bonarka w Krakowie za szybkie naprawie karygodnej sytuacji, w której miałabym oglądać Przebudzenie Mocy z polskim dubbingiem. Ale na przyszłość niech operatorzy sali nie śpią, bo gdyby nie kumpel, rozniosłabym całe kino w drobny mak :)

Po prostu – za nowe Gwiezdne wojny. Bo Gwiezdnymi wojnami właśnie są.

*Nie, że wymyśliłam to sama – raczej zaadaptowałam na potrzeby tego tekstu z materiału wykopanego przez Bobera.
  • Marcin Segit

    W zasadzie to mógłbym się podpisać, gdyby nie to nieszczęsne ctrl+c ctrl+v scenariusza. No i z oceną Emo Rena (tak, musiałem :P) się nie zgadzam (i jeszcze jego szefa), bo tez byli kalkowani i zwyczajnie nijacy (a Emo Ren to bardziej jak Dark Helmet ze Spaceballs jest, jak się nad tym zastanawiam, i to nie pomaga :P). Poza tym fajny tekst. :)

    • Z tego, co zebrałam z różnych rozmów, spór o to, czy Kylo (!) Ren jest postacią dobrą czy nie to nawet większy punkt zapalny niż zapożyczenia z EIV :P

      • Radosław Polański

        To samo co Seji. Gdyby, gdyby nie było starej trylogii to to byłby piękny oryginalny film. Spokojnie dorównujący w wielu aspektach starej trylogii. Ale odtwórczość scenariusza to grzech niewybaczalny tej części dla mnie. Czekam na ep VIII bo podejrzewam że będzie lepiej :) Doświadczenie ep VII zredefiniowało też nieco moje podejście do nowej trylogii, w szczególności tego że Lucas odważył się przy tamtej trylogii eksperymentować historią i światem, a JJ nie (zapewne z racji ryzyka ostrej krytyki i chęci sprzedania nam tego co już znamy)

  • A ja się podpisuję pod wszystkim. Od czasów „Imperium kontratakuje” to są najlepsze „Gwiezdne Wojny”, jakie zrobiono. J.J. dał radę <3

    • Zdecydowanie tak :)

    • sebastian

      Zdecydowanie nie. Błagam – gdzie dał radę. Po pierwsze najlepszy jest Powrót Jedi. Po drugie Jar Jar Abrams na szczęście nie będzie reżyserował VIII epizodu. nie wiadomo tylko czy da się naprawić co zepsuł w uniwersum Star Wars

  • O fajnie, że nie muszę przed Tobą bronić Kylo Rena ;) Nieprzyzwoicie mi się ta postać podobała – Driver totalnie mnie kupił. A słuchałaś już odcinka Myszmaszu w całości o TFA? :3

    • Jeszcze nie – dzisiaj nadrabiam 2. sezon „Star Wars Rebels”, bo tego, więcej „Gwiezdnych wojen” :D

      • Widzę, że masz fazę. Rozumiem to – ja właśnie poluję na wszystkie filmy Drivera. Nie cierpiałam go w Girls, ale teraz mnie ostro wzięło :D

        • migi

          Please Mr Kennedy…
          :)

  • Bartek Skucha

    [! uwaga poniżej jest kilka spoilerów !]

    Pod większością recenzji podpisuję się rekami i nogami, od strony widowiskowej (mix cgi z praktycznymi efektami specjalnymi) – chyba nie mogło być lepiej, za to mam wrażenie, że film został mocno pocięty w post produkcji. Mniej więcej od połowy coraz bardziej zaczynało mnie to uwierać np. kwestia zbyt szybkiego przekonywania się do siebie bohaterów (znajomość Poe z Finnem – raptem po kilku minutach wspólnego pobytu na ekranie witają się jak najlepsi przyjaciele przy ponownym spotkaniu; przyjęcie Finna do Rebelii – od razu wpuszczają go do centrum dowodzenia właściwie bez zastrzeżeń czy choćby jakiejś większej weryfikacji lub chociaż namiastki kwarantanny), spotęgowało to też ten przykry efekt zapożyczeń fabularnych z 4, 5 i 6 części.

    Na koniec części o narzekaniu pozostaje Kylo Ren, jak dla mnie był fajny jako postać dopóki nie ukazał swojej facjaty. Pozostawienie tej kwestii w sferze domysłu choćby do sceny ostatniego pojedynku z Rey dodało by trochę więcej klimatu. Miał też tendencję do zbyt teatralnego wpadania w szał, jak na sitha brakowało mu trochę za bardzo opanowania (choć może jest to kwestia mocno nastoletniego wieku postaci). Wspomniana w komentarzach scena na moście wizualnie była piękna tylko, że mam wrażenie że Kylo od początku bawił się Hanem Solo, jadąc po jego ojcowskich uczuciach by w efekcie pokazowo go załatwić. Jakoś nie byłem w stanie uwierzyć w to skonfliktowanie, o którym wspominał. Może za słabo wyszło to wcześniej w filmie..?

    Kończąc narzekanie muszę jeszcze raz wspomnieć o kwestiach wizualnych – planeta Jakku to dla mnie bomba – świetne połączenie wrakowiska ze slumsami (aż chciało się gdzieś tam w oddali zobaczyć choćby cień Homeworlodowego Baserunnera ;) ), dalej jest też bitwa X-Wingów z Tie Fighterami w drugiej części filmu, a konkretnie popis pilotażu Poe Damerona (normalnie momentami miałem wrażenie, że jest to poziom drugiego sezonu nowej BSG i tamtejszych bitew z udziałem myśliwców). Dla takich właśnie momentów poszedłem na ten film.

    Poza tym mam wrażenie, że pokazanie na początku urywków z życia Finna jak jeszcze nazywał się FN-2187 to jeden wielki hołd złożony pewnemu filmowi Lucasa: „THX-1138”

    Heh, gdybym nie szedł z nastawieniem pt., że zaraz zobaczę film J.J. Abramsa; w dodatku od dawna oczekiwaną kontynuację SW + pewność, że za sterem siedział człowiek, który zna klimat tego universum na wylot to nie miałbym tego lekkiego niedosytu wynikłego z wcześniej opisanych uchybień. Jak dla mnie ocena 7,5/10 – może ulec zmianie bo planuję przejść się przynajmniej jeszcze raz na film :)

    Jak by nie było, też nie mogę doczekać się kolejnej części, bo grunt pod nią jest naprawdę ciekawie przygotowany :)

    • Szymon Majczyna

      W kwestii zostania przyjaciółmi, po takim przeżyciu to z wrogiem byś się zaprzyjaźnił a z kobieta ożenił :P A w kwestii Kylo Rena, on NIE JEST SITHEM :)

      • Bartek Skucha

        ok mój błąd, nie siedzę aż tak bardzo w Star Wars, chociaż co do bohatera to chyba bardziej kwestia nazewnictwa wymyślonego na potrzeby filmu – w końcu otwarcie i konkretnie deklarował się po określonej stronie mocy ;)

        Co do Finna i Poe – w rzeczywistości pewnie tak by było, ale w rzeczywistości filmowej jakoś brakowało mi pewnej ewolucji w czasie tej znajomości – Poe raczej lepiej znał pilotów z eskadry niż Finna, w końcu od dawna z nimi latał i prawdopodobnie nieraz polegali na sobie na wzajem w walce (chyba, że o czymś znowu nie wiem :) )

        • Dla mnie też relacja Poe i Finna wyszła całkowicie naturalnie. Zupełnie mnie nie dziwi, że tak szybko złapali kontakt i że po wspólnych przeżyciach tak się cieszyli, że oboje żyją. Za to kocham właśnie bromanse – tę iskrę w połączeniu. Dla mnie bomba :)

  • Szymon Majczyna

    Film jest naprawdę świetny,bawiłem się jak nigdy :)

  • sebastian

    no chyba nie byliśmy na tym samym filmie niestety :)

  • Tomski

    Film bardzo słaby, nowe postacie bez polotu, co najwyżej przeciętne, stare to też już nie to samo. Film średnio śmieszny, jeśli w ogóle miał być. Motyw dziewczynki sieroty na pustynnej planecie bardzo kogoś przypomina, wykorzystanie kolejnej kuli, tym razem planety, śmierci jest dla mnie po prostu bezczelne, sposób jej zniszczenia również nowatorski nie jest. A Kylo Ren to straszna fujara, przepraszam, fujarka. Bardziej nadaje się na syna Snape’a. Taki z niego bad-guy jak z Zakościelnego Brad Pitt. Finn to ewentualnie do Akademii Policyjnej. A ten rudy, 19nasto letni admirał feldmarszałek generuje taki szacunek, że nadaje się bardziej na chłopczyka do lania w kolejnej części american pie albo na kolejnego znienawidzonego prefekta w Hogwarcie. Dziękuję dobranoc. Phantom Menace miało przynajmniej swój, rozpoznawalny motyw muzyczny i villaina z prawdziwego zdarzenia. Widać, że ten film jest dla dzieci i wczesnej młodzieży. Następną cześć na bank z torrentów sciągnę.

  • ROMAN

    Jako fan starej trylogii i sf ten produkt to przereklamowany gniot , jeszcze pierwsza połowa porywa co nieco ale dalej to już dno a to zakończenie ? JJ Abrams niech wraca do kręcenia seriali, bo te mu tylko wychodzą na dobre.

  • Pingback: Jeśli wciąż nie macie dość Gwiezdnych Wojen… | Geek n' Proud()

  • Cudnie, że doceniłaś taką wizje Kylo Rena, Vandrer też jest jak najbardziej za:)