Na pewno kojarzycie, że samego początku nie kryłam swojego uwielbienia do Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. Wpadłam pod urok tego serialu jeszcze zanim pojawił się na ekranie, a wobec uroku byłam zwyczajnie bezbronna. Rzeczowym okiem patrzyłam więc na braki i niedoróbki, by drugim, fanowskim, bawić się przy każdym odcinku jak dziecko. I w końcu napiszę, dlaczego.

Mimo wszystko czuję,  że powinnam była napisać o Agentach wcześniej, znacznie znacznie wcześniej. Powinnam była wymienić ich zalety i pokazać ich fajność przed fenomenalnym odcinkiem 17-tym, który wywrócił wszystko do góry nogami i po którym wszyscy pewnie pomyślą, że dopiero teraz warto. To prawda, ten odcinek prawdopodobnie zmieni postać rzeczy i bardzo mu z tego powodu kibicuję. Ale to nie on, jakkolwiek oszałamiający, sprawił, że z zapartym tchem śledziłam przygody Coulsona i jego podkomendnych, i to nie tylko dla niego warto – było i jest – oglądać Agentów. To serial, którego wady przepuszczałam przez palce nie tylko w pełnej wierze w możliwości drużyny Whedona, ale przede wszystkim dlatego, że idealnie wpasował się w moje gusta. A gusta, matematycznie mówiąc, są lepsze od oczekiwań.

Zaczęło się od tego, że jak już kilkakrotnie na blogu wspominałam, koncept tego serialu szalenie mi się podoba. O ile uwielbiam marvelowskie filmy i ich ludzkie spojrzenie na superbohaterów, tak od zawsze ciekawiła mnie ta druga strona medalu, czyli jak w tych samych sytuacjach poradziłby sobie pozbawiony specjalnych mocy człowiek. Pewnie z tych powodów, samoczynnie, najbardziej upatrzyłam sobie w tych filmach Hawkeye’a i Black Widow, obok, naturalnie, polegającego na swym pancerzu Starka. W mojej dawnej karierze forumowego RPG-owca miałam na przykład wielką słabość do tworzenia bohaterek rasy ludzkiej, niezależnie od tego, jak wiele innych, różnorodnych i interesujących ras dany system miał mi do zaoferowania. Nie ciągnęło mnie do postaci nadnaturalnie uzdolnionych – z wyjątkiem może sesji X-Menów albo w chwili słabości do jakiejś jednej, malutkiej właściwości rasowej – zawsze wolałam stworzyć sobie ograniczonego mechanicznie człowieka, którego mniej lub bardziej sprytnie mogłabym przeprowadzać przez trudy przygód. Łatwo dostrzec, że odbicie dokładnie tych preferencji zobaczyłam więc w Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. – serialu z założenia opowiadającym o członkach specjalnej drużyny wśród specjalnych agentów specjalnej ziemskiej organizacji. Nie cieszyłam się na serial o superbohaterach, cieszyłam się na serial, w którym superbohaterów wręcz nie będzie.

fot. ABC

Tutaj pewnie ktoś powie, że no dobrze, wszystko fajnie, ale ta specjalna grupa, którą obiecywano na starcie, nie jest wcale tak specjalna, tak elitarna i tak doświadczona; że to raczej zbitka młodzianów z głowami pełnymi pomysłów, zbyt banalna i dziecinna, by móc traktować ją na poważnie. Że ci wspaniali agenci Coulsona nie umywają się do swoich filmowych odpowiedników i nie mogą nawet całować dyrektorowi Fury’emu stóp. Muszę jednak powiedzieć, że jakoś wcale nie spodziewałam się uber-profesjonalistów, a po prostu barwną gromadkę osobników, w której każdy ma swojego konika. Może ta lekkość w doborze bohaterów faktycznie nieszczególnie dobrze wpasowuje się w ideę S.H.I.E.L.D. – przypuszczam, że tak, skoro to fani komiksów są największymi krytykami serialu – ale z drugiej strony mam przed oczami Buffy, mam przed oczami Firefly, przypuszczam, że mam też i Angela, choć wcale go nie jeszcze nie obejrzałam. Barwni, różnorodni, zabawni i charakterystyczni bohaterowie to w końcu jedne z największych i najbardziej rozpoznawalnych cech twórczości Whedona. Pomiędzy realistycznym odwzorowaniem agencji a whedonowskimi bohaterami nawet nie było nad czym się zastanawiać.

Mało tego, mogłam z miejsca zapałać do bohaterów sympatią. Nie zdarzyło mi się jeszcze w serialu Jossa nie cierpieć jakiejś postaci na amen – ostatecznie, choć długo to zajęło, przekonałam się nawet do początkowo nielubianego Angela. W Agentach w zasadzie nie przemknęło mi przez myśl, że któryś z bohaterów mi nie pasuje. Pomijając Coulsona, którego znałam i lubiłam, bez trudu zakochałam się w Fitzu i Simmons, stereotypowych naukowcach o cudownych „akademickich” akcentach, surowej i małomównej Melindzie May, wygadanej Skye, czy nawet tym bezwyrazowym, w większości, Wardzie. No dobrze, w Wardzie może nie tak bardzo – wciąż próbuję znaleźć w nim jakąś konkretną cechę charakteru – ale w powszechnie nielubianej Skye na pewno. Powiem więcej, to moja ulubiona bohaterka w serialu. To geek, a do geekostwa mam naturalną słabość, poza tym wciela się w nią strasznie przeze mnie lubiana, z jakiś niesprecyzowanych powodów (*cough* Nashville), Chloe Bennet. Dodam w sumie, że casting udał się Agentom bardzo wyraźnie – casting i zarazem obsadowa chemia. Po kilkunastu odcinkach nie wyobrażam sobie nikogo, kto zastąpiłby słodką fajtłapowatość Fitza, uroczą grzeczność Simmons czy pełne dezaprobaty spojrzenie May. Bardzo szybko, wręcz błyskawicznie, ta ekipa stała się moją ekipą i zaczął mnie cieszyć sam fakt cotygodniowego spędzania w ich towarzystwie czasu. Nieważne, co w tym czasie napuszczali na nich scenarzyści – ważne, że mogłam bawić się ich zgraniem, interakcjami i dziwactwami.

I tak właśnie bawię się niezależnie od tego, czy dany odcinek ma mi do zaoferowania wielką marvelowską tajemnicę czy rutynowe śledztwo o bad guyu tygodnia. Mówi się, że Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. to serial z lat 90-tych, w których było fajnie i przyjemnie i niewiele więcej. Że zamiast skupić się na meta-plocie, bohaterowie błąkają się od jednej nudnej i nieciekawej misji do drugiej. Cóż, odcinek 17-ty rozwiał wątpliwości, dlaczego tak długo zajęło serialowi dojście do mięska, ale ja się w międzyczasie absolutnie nie nudziłam. Tak naprawdę serial cieszyłby mnie nawet, gdyby nawiązań do Marvel Cinematic Universe było w nim jak na lekarstwo, a on sam skupiał się wyłącznie na własnych, wymyślonych tylko na swoje potrzeby sprawach. Ba, oglądałabym go gdyby z Marvelem nie miał nic wspólnego, a S.H.I.E.L.D. była każdą inną agencją o podobnych założeniach – tak bardzo podoba mi się spojrzenie na ludzi w świecie kosmitów i superbohaterów. Cieszę się jednak, że Agenci mają swoje miejsce w ogromnej ustanowionej rzeczywistości – bo poza poczuciem przynależności, mogą korzystać i modelować wór istniejących pomysłów, i cieszę się również, że nie wpychają nam jej do gardeł – bo budują dzięki temu swoją własną tożsamość. Podoba mi się, że bohaterowie są tylko małym, maluteńkim wycinkiem w wielkim świecie dużych spraw, bo dzięki temu pokazują właśnie, że są bohaterami.

fot. ABC

I to kolejna rzecz: bohaterstwo – jednocześnie kolejna, za którą się Agentom obrywa. Lekki, heroiczny klimat podkreślany przez specyficzną, pompatyczną muzykę ma swój wyraźny charakter, który początkowo również mnie zbijał z tropu. Przywykłam jednak, co więcej, polubiłam, bo uświadomiłam sobie, że chyba sama wyobrażałabym sobie „heroizm” w ten sam, a przynajmniej bardzo podobny sposób. Brawurowe ucieczki, potyczki dziesięciu-na-jednego, misje odhaczane z jedną ręką w kieszeni – to niemal, że znów użyję porównania, sesja RPG o dzielnych śmiałkach i niesprzyjających okolicznościach, z który zawsze wychodzi się obronną ręką i z niezastąpionym pół-uśmieszkiem na ustach. Jest w tym coś z kreskówki, coś, co przemawia do mnie na poziomach dawno zakopanych pod nawałem poważnych dramatów i odpowiedzialnych historii, coś, co budzi we mnie chęć cieszenia się dla samego cieszenia się. Mówiąc krócej, coś, co jest po prostu fajne.

Jednak wiecie, fajność fajnością, ale było pewne, że w pewnym momencie wyjdzie ze mnie ten spragniony dobrego, wartościowego storytellingu widz. Bacznie więc Agentów obserwowałam, z jednej strony bawiąc się i ciesząc się ich towarzystwem, z drugiej cierpliwie wypatrując każdej najmniejszej sugestii, że ta historia zmierza w dojrzalsze rejony. Nastąpił swego rodzaju clash – zrozumiałam, że skrzyżowanie Jossa Whedona z Marvel Cinematic Universe nie da mi ani stu procent Jossa Whedona, ani stu procent Marvel Cinematic Universe. Z tym drugim bez trudu się pogodziłam, z tym pierwszym musiałam dojść do zrozumienia. Pojąć, że mogę spodziewać się dobrych, ciekawie poprowadzonych wątków, zwłaszcza osobistych, ale prawdopodobnie pozbawionych ciężkich, życiowych dramatów, z których słyną Buffy czy Firefly. No cóż, im dalej w las, tym bardziej utrwalałam się w przekonaniu, że akurat w tym przypadku się przeliczyłam. Może na codziennym, przyziemnym poziomie Agenci nie traktują się specjalnie poważnie, ale rany, jeśli ten serial potrafił zaplątać, zamieszać i wręcz sprzymierzyć się przeciwko swoim bohaterom. Zaskakujące decyzje, szokujące odkrycia, relacje głębsze i bardziej znaczące niż na się pierwszy rzut oka wydawało, a przy tym zawieszona gdzieś w przestrzeni nić poruszająca postaciami jak pionkami na planszy to coś, czego się tu naprawdę nie spodziewałam. I za to, za tą w gruncie rzeczy nieoczekiwaną, jakkolwiek drobną, ciężkość lubię Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. całkiem osobno.

Lubię. Po prostu, zwyczajnie i bez wyrzutów. Nie ruszają mnie narzekania, wytykania i nie kończące się strumienie krytyki, bo dla mnie, tu i teraz, w tym momencie, ten serial spełnia każde swoje zadanie (a jak widać, nawet i więcej). Cieszę się, że jestem z nim od początku i dzięki temu widzę, jak wyraźnie, niemal z odcinka na odcinek, zmienia się na lepsze. Nie jest mi nawet przykro, jak ktoś rzuca mi oglądaniem Agentów w twarz, bo nie uznaję tego za obelgę – nawet pomimo tego, że listę ich wad mogłabym wymienić w osobnym tekście podobnej wielkości. Oglądam, bo lubię. Nikt inny nie musi, bo ostatecznie to ja mam się przy nich dobrze bawić. I bawię. Taki to już mój mały duży serial.

  • Michał ‚Morel’ Azarewicz

    Ja także lubię i oglądam, nie zważając na to co mówią inni (ale tak samo jest z Supernatural, które wielu skreśliło, a mnie nadal bawi).
    Wydaje mi się, że tutaj właśnie w serialu najlepiej widać to co chyba chciał zrobić JW – stworzyć adaptację komiksu na małym ekranie. Ale nie taką, która tylko bierze postacie, świat. Dla mnie każdy odcinek to osobny zeszyt do przeczytania – momentami nawet kadry są jak storyboardy. I to chyba najbardziej urzekło mnie w Agentach.

  • Też zakochałam się w tym serialu od pierwszego wejrzenia. Ale chyba głównie z powodu tego klimatu z lat 90-tych. Po prostu Agenci sprawiali mi taką samą frajdę, jak wiele lat temu oglądanie razem z całą rodzinką przygodowych seriali w sobotnie popołudnie. Bo choć nie jest to produkcja ani szczególnie mądra, ani bardzo ambitna, to daje mi rozrywkę. A przecież właśnie o to w serialach chodzi.

    Później natomiast Agenci wydorośleli. Od odcinka, w którym Skye została postrzelona, zrobiło się bardziej poważnie i jednocześnie znacznie ciekawiej. A potem było już tylko lepiej. Aż do ostatniego odcinka, który naprawdę mocno mnie zaskoczył. I wierzę, że dalej też będzie dobrze.

    Trochę podobnie, jak w przypadku Person of Interest, Agenci rozwinęli skrzydła. I ci widzowie, którzy nie porzucili serialu na samym początku, wierzyli w jego sukces – teraz zostają za to nagrodzeni.

  • rob

    ja oglądam oba seriale czyli agentów i arrow osobiście chyba bardziej lubię ten drugi ale to skutek tego że dokładają tam wciąż nowe lubiane przeze mnie postaci jeśli bym miał jakieś zastrzeżenia to pewne odstępstwa od kanonu ale mamy już kanarka may łowczynie flash(już w swym wdzianku) lada moment też się zjawi mam nadzieje że batman albo robin z WW i kentem też się pojawią z wizytą ten brak superbohaterów choćby przechadzających się gdzieś troche mi tarcze psują ale to kwestia gustu nawiasem to DC robi ofensywe w tv widzę po liście seriali zamówionych Flash Constantine 3 sezon Arrow i jeszcze coś mi mignęło na tej liście widać że dla fanów takich seriali nadeszły w końcu dobre lata :-) ps.SyFY po długich namowach od fanów da nam w końcu space opere pierwszą w tej dekadzie

  • Ja bardzo lubię „Agentów” od samego początku. Śmieszą mnie niektórzy krytykujący, którzy wytykają choćby zbytnią infantylność (bo przecież produkcje Marvela są uberpoważne), brak znanych z komiksów postaci (odniesień do komiksów jest tu cała masa), brak dużych filmowych nazwisk (budżet, budżet; poza tym jest trochę epizodów) i inne. „Agenci” dostarczają mi sporo rozrywki i to mi wystarczy. I mówię to jako osoba, która nie przepada jakoś szczególnie za Marvelem (za to jest psychofanem Whedona).

    PS. Bardzo polecam Angela – na pewno się nie zawiedziesz, zwłaszcza, jak podobało Ci się „Buffy”. A potem przejdź do komiksowych kontynuacji, też są dobre (i uznane przez Whedona za kanoniczne)!