Dredd 3D: Wyrok pozytywny

dredd-3d-f

Nowa wersja Dredda to film na Hollywood nietypowy. Prosta historia o facecie wymierzającym przestępcom sprawiedliwość aż się prosi o radosną, widowiskową rozwalankę. Szczęśliwie, Dredd 3D, choć faktycznie mało skomplikowany, nie jest ani radosny, ani przesadnie widowiskowy. To film przede wszystkim brudny, brutalny i obrzydliwy. I to jego podstawowa zaleta.

Na początek jedno małe wyjaśnienie – nie czytałam ani komiksów, ani nie widziałam Sędziego Dredda ze Stallonem (potrzebuję do tego odpowiednio sprofilowanego towarzystwa i alkoholu), Dredd 3D zaciekawił mnie za to ze względu na swój klimat i tematykę. W zasadzie wystarczało mu samo science-fiction i Karl Urban w roli głównej. Trailery podobały mi się ogromnie i bardzo mocno na ten film czekałam. W efekcie patrzę na niego okiem wyłącznie miłośniczki sf, co pomimo oderwania od źródeł pozwoliło mi docenić go praktycznie w całości. Wierzę komiksowym znajomym, kiedy mówią, że oryginalny klimat został zachowany.

Rzecz jest tu naprawdę prosta – dwoje Sędziów, absolutnych strażników prawa w tonącym od bezprawia Mega City One, odpowiada na rutynowe wezwanie do morderstwa w slumsowym mega-bloku Peach Trees. Na miejscu odkrywają, że morderstwa powiązane są z handlem narkotykami rozprowadzanymi przez bezwzględną Ma-Mę i jej klan. Ma-Ma, chcąc ochronić swój interes, przejmuje kontrolę nad blokiem i rozpoczyna krwawe polowanie na Sędziów. Doświadczony Dredd i egzaminowana przez niego rekrutka – z dodatkiem psychicznych zdolności – muszą wydostać się z Peach Trees żywi. Proste, ale stanowiące idealną bazę do pokazania brutalnego, stoczonego na samo dno świata – bardziej rzeczywistego niż w wielu innych kinowych wizjach – a także zrobienia filmu wyróżniającego się na tle wielkich nowoczesnych blockbusterów sf.

Dredd 3D nie jest wielkim nowoczesnym blockbusterem sf. Choć można o nim tak sądzić, naprawdę nim nie jest – i właśnie za to chciałoby się, żeby został doceniony. Nie ma tutaj widowiskowych wybuchów, kilkunastominutowych strzelanek, oczywistego humoru i zabójczego tempa. Brak głupich zagrywek, nadmiernego efekciarstwa, wątku romantycznego i ugrzecznionej przemocy. Zamiast tego jest krwawa, bezlitosna przeprawa, tak przez brutalne środowisko slumsów, jak i ludzką deprawację. Wykreowany tu świat jest totalnie odrażający, ukazujący kompletne dno ludzkich możliwości. Życiem rządzi strach, ludzie boją się wychodzić na ulicę, każdy woli kurczowo trzymać się tylko swoich spraw, by przypadkiem nie zostać ofiarą przemocy albo w ogóle zginąć od przypadkowej kulki. Nawet dla Sędziów taka losowa śmierć jest tylko kolejnym elementem codzienności. Wystarczy zgłosić ciało do recyklingu i zmyć krew. Nie ma miejsca na współczucie – i nie ma miejsca na standardową hollywoodzką banalność.

Karl Urban is Dredd.
Karl Urban is Dredd.

W efekcie Dredd 3D porusza się po bardzo ciężkim gruncie, a więc niespiesznie, krok po kroku, nie dając zapomnieć, że za każdym zakrętem czai się ryzyko, ale jednocześnie robi to z wyraźną dozą ironii. Postać Dredda, cynicznego, bezkompromisowego Sędziego, który uznaje tylko dwa rodzaje odpowiedzi – „tak” albo „nie” – jest przede wszystkim subtelnie przerysowana. Jego filozofia, sposób bycia, wypowiedzi, absolutna wiara w prawo, wszystko to sprawia, że nie da się brać go całkowicie na poważnie, ale też nie można przejść obojętnie wobec jego racji – właśnie dlatego, że widzi się ten ohydny świat, w jakim żyje. Z takim bohaterem krwawa, bezpardonowa jatka w nabiera dosadnego sensu, bo cynicznie wyśmiewa tragicznie niski poziom, na jaki ludzie mogą się stoczyć. Mało kto się już czymkolwiek przejmuje. I może ja to oczywiście wyolbrzymiam i doszukuję się ukrytego dna, ale film właśnie w ten sposób do mnie przemówił – brakiem owijania prawdy w bawełnę – czym bardzo, naprawdę bardzo mi zaimponował.

Dredd 3D za nic ma zatem niepoważne wygłupy i tanią brawurę, ale nie oznacza to, że jest zupełnie pozbawiony efektownych elementów. Przeciwnie, prezentuje szczerze zabawny, niewymuszony humor, a sekwencje akcji są wykonane na bardzo wysokim poziomie. Na próżno jednak szukać w nich błyskawicznego tempa, do jakiego przyzwyczaiły nas ostatnie hollywoodzkie produkcje – są oszczędne, maksymalnie wykorzystujące jak najmniejszą możliwą ilość ujęć, przypominające dawne, zapomniane kino, które nie miało na celu się popisywać. Piękne. Na szczególną uwagę zasługują też sceny w zwolnionym tempie, świetnie usprawiedliwione obecnością Slo-Mo, narkotyku, który wpływa na percepcję, każąc mózgowi wierzyć, że zwalnia czas do 1% normy. Poza tym film po prostu nie patyczkuje się z widzem – kategoria wiekowa R nie wzięła się znikąd, więc nie ma tu żadnych zahamowań w pokazywaniu zmasakrowanych ciał, dobijania rannych, rozpryskujących się mózgów i fruwającej we wszystkie strony krwi.

Co więcej, nic w tym filmie nie jest ładne. Obskurne, obrzydliwe wnętrze Peach Trees nie ma w sobie nic chociażby przelotnie atrakcyjnego, a jedyna w całej fabule iskierka idealistycznej dobroci, tląca się w postaci Anderson, może się wcale nie zachować. Podoba mi się taka wizja, dokładnie tak beznadziejna, brudna, upiorna i odrażająca, a jeszcze bardziej podoba mi się fakt, że film wcale nie próbował jej zaróżowić. Jest konsekwentny od początku do samego końca. Wszystko jest albo czarne, albo białe, nie ma nic pośrodku. I w tej całej dwubarwnej wizji świata widzom nie pozostaje nic innego, jak trzymać za bohaterów kciuki – bo mimo ślepego oddania prawu to jedyne pozytywne postacie w tej rzeczywistości.

Idealizm z jajami.
Idealizm z jajami.

Aktorsko, Karl Urban zdecydowanie tę rolę pociągnął. Charakterystyczna mimika i niski głos pasują do niego jak ulał. Z kwestiami zupełnie się nie męczył – głównie dlatego, że nie brzmiały też głupio – i jako szorstki, zimny i całkowicie na poważnie przerysowany Dredd sprawdził się idealnie. Zresztą ja już dawno temu uznałam, że Karla Urbana mogę oglądać w każdej roli, zwłaszcza fantastycznej. Postać młodziutkiej Olivii Thirlby miała jaja i dała je odczuć, więc również jest dobrze. Za to znowu na widok Leny Headey i jej wiecznie skwaszonej miny miałam ochotę przywalić jej w twarz. Każdy film, w którym występuje Lena Headey ma u mnie automatycznego minusa za Lenę Headey – tak jej po prostu irracjonalnie nie znoszę. Nawet nie wiem, czy zagrała dobrze, czy nie, bo dla mnie zawsze jest tak samo płaska, bezwymiarowa i drewniana. Ugh. Na szczęscie Dredd 3D całkowicie przekonał mnie do innych swoich zalet, więc Lena Headey nawet nie zepsuła mi odbioru tak strasznie, ale jak słowo daję, jak ona mnie denerwuje…

Podsumowanie będzie proste: Dredd 3D to nie tylko film science-fiction, ale dobry film science-fiction, który powinien spodobać się miłośnikom ostrej, krwawej nawalanki i przy okazji usatysfakcjonować co bardziej wyrafinowane kinowe gusta. Przy całej swojej prostocie potrafił pokazać coś innego i odświeżającego, a przy tym nie zatracić lekko pastiszowego tonu. Jak dla mnie bomba. Wcale się nie dziwię, że ma problemy w box office’ach, bo jest wyraźnie lepszy od radosnych hollywoodzkich rozwałek. Polecam.

Dredd 3D (Dredd), 2012
Reżyseria: Pete Travis
Obsada: Karl Urban, Olivia Thirlby, Wood Harris, Lena Headey
Ocena: 8/10

Tekst ukazał się również w serwisie FilmyFantastyczne.pl.