Dragon Age: Redemption: Odkupienie elfów

dragon-age-redemption-f

Parę dni temu zupełnie niespodziewanie przypomniałam sobie o istnieniu czegoś takiego jak internetowy serial Felicii Day osadzony w świecie serii Dragon Age. Gdzieś coś przypadkiem mignęło mi przed oczami i pomyślałam sobie: przecież już przeszłam gry, mogę w końcu obejrzeć! I obejrzałam. I o rany, jak się z tego cieszę.

Okropnie nie lubię oglądać/czytać czegoś, co nawiązuje do czegoś innego, o czym nie mam pojęcia – bo nie czytałam, nie widziałam, nie grałam – ponieważ zdaję sobie sprawę, że umknie mi wtedy połowa frajdy. Nie załapię nawiązań, nie dostrzegę smaczków, będzie to dla mnie tylko kolejna produkcja w kolejnym fikcyjnym świecie, który równie dobrze może dla mnie nic nie znaczyć. W momencie premiery serialu, o Dragon Age wiedziałam tylko tyle, że to nowy cRPG, który świeci triumfy wśród graczy i krytyków, i że wszyscy o nim mówią. Wtedy nawet myślałam, że to pewnie przerost formy nad treścią i te zachwyty szybko przycichną. Zachwyty nie minęły, a ja w końcu uznałam, że nie tyle mam czas, co wielką ochotę zapoznać się w końcu z tą serią. Było to bardzo miłe zapoznanie, jakieś pół roku temu, ale gdzieś po drodze serial kompletnie wypadł mi z głowy. Zacierałam więc rączki, kiedy zasiadłam wreszcie i obejrzałam całość za jednym ciągiem – i jedyne, czego żałuję, to że to takie krótkie!

Dragon Age: Redemption opowiada historię Tallis, wyznającej doktrynę Qun elfki, która dostaje szansę odkupienia swoich win w zamian za złapanie zbiegłego maga Qunari. W ślad za uciekinierem podąża również Templariusz Qairn, niechętnie wchodząc w tymczasowy sojusz z bohaterką. Wkrótce drużyna powiększa się o dwóch nowych członków, a rutynowa misja przeradza w osobistą drogę ku oczyszczeniu i akceptacji.

Wypada mi powiedzieć, że pierwszy pierwszy odcinek obejrzałam zaraz po tym, jak został wypuszczony, ale jak mówię, nic on dla mnie wtedy nie znaczył. Wręcz pamiętam, że zrobiło na mnie wrażenie wykonanie, ale ostatecznie serial odłożyłam na „później”, bo wolałam nie wciągać się w nieznaną mi historię. Teraz, gdy świat przestał już być dla mnie tajemnicą, radocha z oglądania była naprawdę wielka – nie tylko ze względu na same realia, ale również na bezpośrednie nawiązania do gier! Praktycznie zawyłam z uciechy, gdy zobaczyłam Shield Bash w wykonaniu Qairna, albo rozpryskującą się na wszystkie strony krew, dokładnie jak z pierwszej części gry. Poza tym z całkowitą świadomością mogę skomentować, jak bardzo cieszy mnie fakt, że Dragon Age: Redemption miesza elementy z obu gier. Serial powstał kilka miesięcy po premierze Dragon Age II, gdzie zmieniony wygląd elfów pozostawił mi wiele do życzenia, jednak Felicia Day nie zdecydowała się tak drastyczny krok w swojej produkcji – i chwała jej za to (inaczej mogłabym mieć o serialu inne zdanie). Pozostałe elementy – design Qunari, specjalizacja Reaverów, nacisk na magię krwi – pochodzą już z ewidentnie z DAII. W tym kontekście jestem nawet ciekawa, w jaki sposób Tallis, ze swoim niezmienionym elfim wyglądem, wpasowuje się w DLC Mark of the Assassin, ale to już temat pewnie na inną opowieść.
Główna dobra.
Główna dobra.

A skupiając się na tej – fabuła! Moje doświadczenie z serialami internetowymi jest minimalne i tutaj kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc pewnie dlatego scenariusz Dragon Age: Redemption wywarł na mnie tak pozytywne wrażenie. W zasadzie mógłby z tego powstać cały pełnometrażowy film, bo jest tu wszystko – logiczne zawiązanie akcji, wiarygodne motywacje i rozwój bohaterów, niewymuszony humor, płynne dialogi i wartka akcja, z całkiem dobrym aktorstwem jako wisienką na torcie. Kupiłam to w całości i bez mrugnięcia okiem. Całościowo wychodzi tego niecałe 48 minut, czyli nieco dłużej niż standardowy odcinek regularnego serialu, ale czas płynie jak z bicza strzelił i koniec nadchodzi zdecydowanie za szybko. Sama fabuła trzyma się dość ogranych schematów – samotna bohaterka ściga swojego uciekiniera, ale musi skorzystać z pomocy innych – jednak lekkość scenariusza i ciekawe zagrywki zupełnie nie przeszkadzają w oczekiwaniu na nieuchronny rezultat.

Duża w tym zasługa porządnie wykreowanych bohaterów. Tallis jest zabójczynią na usługach, która całe swoje życie wypełnia twardymi zasadami Qun, „bo tak jest łatwiej”, jednak gdy trzeba, potrafi okazać serce. To właśnie ono ściągnęło na nią kłopoty wśród zwierzchników. Żyje lekko, drwiąc i flirtując przy każdej możliwej okazji, ale nigdy nie traci ani solidnego gruntu pod nogami, ani trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość. Wszystko to brzmi jak nudny, czarno-biały stereotyp „elfki-zabójczyni”, wyszczekanej, sprytniejszej i lepszej od wszystkich, ale pokuszę się o stwierdzenie, że właśnie tak brzmieć miało. Tallis jest jak milion innych postaci, ale lekkość, z jaką ogląda się ją ekranie ewidentnie mi udowadnia, że Felicia Day doskonale obraca się w tematyce gier komputerowych i fabularnych. Wie, co i w jaki sposób przemawia do odbiorców, więc wydobyła ze sztampowych historyjek to, co najlepsze, tworząc wciągającą opowieść – jakich wiele – ale z iskrą i zacięciem. W tej historii i w tym kontekście stereotypowi bohaterowie bronią się sami za siebie.

Główny zły.
Główny zły.

Tą wiedzę i zacięcie widać to również na przykładzie sposobu dobrania się drużyny. Nic nie dzieje się tu z czystego przypadku. Każda z postaci ma swoją własną motywację do połączenia sił, ale to wcale nie oznacza, że na tym sprawa się kończy. Są konflikty, problemy i napięcia, wynikające np. z odmiennych punktów widzenia, wychowania czy stylu życia. To oczywiście dodaje scenariuszowi wiarygodności i powiem szczerze – jeśli miałabym opisać, jak wyobrażam sobie idealną sesję RPG, wyglądałaby właśnie jak Dragon Age: Redemption.

W kwestii technicznej jest lepiej niż mogłam sobie wymarzyć. Krótka internetowa produkcja zebrała niezłą gromadkę profesjonalistów, przez Felicię Day jako scenarzystkę i odtwórczynię głównej roli, czy operatora znanego z pracy przy Zagubionych, do reżysera, który współpracował przy Dniu niepodległości i kinowych Stargate. Również obsada na koncie mniej lub więcej ról telewizyjnych, zwłaszcza Adam Rayner (Cairn), którego obecnie można oglądać w szpiegowskim serialu Hunted z Melissą George. Najgorzej wypada młodziak Masam Holden jako Josmael, ale nie odstaje na tyle, by wywołać zgrzyt zębami. Za to dziarska Nyree w wykonaniu Marcii Battise momentami kradła pozostałym show. Trochę żałuję, że Doug Jones (m.in. Abe Sapiens z Hellboyów) nie miał przesadnie wiele do pokazania, bo jego postać, Saarebas, została sprowadzona praktycznie wyłącznie do roli narzędzia fabularnego, ale jakoś miło wiedzieć, że sygnuje swoim nazwiskiem tak nietypową produkcję.

Główna para.
Główna para.

Widać też, że budżet i niszowy format nie pozwalały na wiele – na przykład patrząc na niektóre kostiumy, rekwizyty, i przede wszystkim efekty specjalne – ale nie jest to nic, co wpłynęło na mój pozytywny odbiór. Wręcz przeciwnie, cieszy mnie świadomość, że można powołać do życia bądź co bądź filmową historię, opartą na niczym innym jak na grze komputerowej, i to korzystając tylko z tego, co się ma. Jest w tym jakaś pokrzepiająca nadzieja dla nowoczesnego przemysłu filmowego.

A na koniec powiem, że w zasadzie nie wiem, do kogo kieruję ten tekst, bo wszyscy fani Dragon Age serial widzieli pewnie rok temu, a ja jestem jakąś ostatnią opóźnioną. Trudno, napisałam i już się nie wycofam – więc jeśli jest jeszcze ktoś, kto tak ja Dragon Age: Redemption do tej pory nie widział, to z czystym sumieniem zachęcam, żeby to zrobił. Polecam jednak znać przy tym grę, chociażby jedną, bo mimo wszystko serial ogląda się wtedy znacznie przyjemniej. Przy okazji prośba: moim kolejnym postanowieniem będzie Mortal Kombat: Legacy, kolejny głośny serial internetowy, którego nie widziałam, ale jeśli znacie jakieś inne warte uwagi tytuły (najchętniej na podstawie czegoś, co mogę znać, i nie The Guild, bo akurat znam), to byłoby mi bardzo miło, gdybyście mi coś polecili. Wkraczam na nieznane terytorium. A Felicia Day za swoje małe dziełko dostaje ode mnie 8/10.

  • A jak z Red vs Blue stoisz? ;)

    • Kurczę, widziałam z 5-6 sezonów? Choć tak dawno temu, że niewiele pamiętam. Dobry pomysł, żeby nadrobić, ale chyba dopiero w święta ^^ Dzięki!

    • Ja skończyłem na 8 albo 9. I powiem, że mocno się zmienia potem. ;)

  • Felicia to ogólnie zdolna dziewczyna, i gra, i śpiewa, i w ogóle…

  • Nie wszyscy fani DA widzieli, ja nie widziałem. :-) Ale może kiedyś, jak skończy się aktualny sezon Sons of Anarchy. :D

    • Fka

      Też jestem fanką DA i nie widziałam serialu, choć obiło mi się coś o uszy, że takowy istnieje. Ale teraz muszę nadrobić zaległości ;)

  • Widziałem zaraz po premierze i odczucia mam zgoła odmienne. Wszystko to takie schematyczne i bez polotu do tego kiepsko wykonane. Może i to serial internetowy ale widziałem filmiki z większą dbałością o szczegółu. Postacie to typowe drużyna fantasy więc tutaj też się zawiodłem. Sytuację ratowała Felicia Day, którą lubię i w sumie tylko dla niej skończyłem ten serial. Jednak całkiem możliwe, że na moją opinię wpłyneło to że w Dragon Age nie grałem.

    Z innych interentowych to widziałem tylko Dr. Horrible i Mortal Kombat – obydwa lepsze. Przymierzam się do Housbands (bo od scenarzystki Buffy oraz BSG i gwiazda Alessandra Torresani gra) oraz do H+ bo od Bryana Singera. The Guild też chcę obejrzeć, ale jakoś nie mogę się zmusić bo ma dużo odcinków :)

  • ooo! Muszę obejrzec, odszedłem od Felicji na zbyt długo… :)