Są książki, których magiczne opisy z tyłu okładki rzucają na mnie nieodparty urok. Widzę te 99 procent kompatybilności z moimi zainteresowaniami i myślę sobie, że tak, to będzie to. A potem książkę faktycznie czytam i na koniec stwierdzam, że strzał, który miał wycelować w dziesiątkę, tragicznie spudłował. I robi mi się bardzo bardzo przykro.

Taką właśnie magiczną książką miała być Ready Player One Ernesta Cline’a, która zawiera w sobie, w dużym skrócie, grę MMO, rozwiązywanie zagadek i multum odniesień do geekowej popkultury, ze szczególnym naciskiem na lata 80-te. Połączenie tych trzech elementów przyciągnęło mnie jak ćmę do ognia, choć nie bardziej niż polecenia od zaufanych osób i generalny buzz, jaki powieść wokół siebie wywoływała. Ryzyko wydawało się minimalne, zyski wymierne – tym bardziej, że natykałam się ostatnio na same niewypały, które albo z nudów  porzucałam, albo z uporu przecierpywałam – i nawet nie przyszło mi do głowy pomyśleć, że coś może być z tą historią nie tak. Już czytając, zachwycałam się morzem popkulturowych nawiązań i z radością tonęłam w przelewającej się z kart miłości do mojego hobby. Szybko jednak uderzyło mnie, że poza odwołaniem do wszystkiego, co kochają takie geeki jak ja, Ready Player One nieszczególnie do czegoś zmierza. Wtedy jednak, będąc zaledwie w jednej czwartej całości, niespecjalnie się tym przejęłam. A to był pierwszy sygnał, że czeka mnie wielkie rozczarowanie.

How cool is that

Rozprawmy się najpierw z założeniami fabuły (dla tych, którzy jej jeszcze nie znają), a potem przejdźmy do narzekania. Rzecz w Ready Player One sprowadza się do tego, że pewnego dnia genialny twórca gier video stworzył OASIS – wirtualne środowisko na bazie MMO, które stało się komputerową ucieczką dla społeczeństwa żyjącego w czasach globalnego krachu ekonomii. W OASIS jest wszystko: wirtualne szkoły, legalne biznesy, lokacje turystyczne, wszystko, co ostatnieje w prawdziwej rzeczywistości, ale lepsze, bogatsze, ciekawsze i większe. Przede wszystkim OASIS ma jednak jedno: reprodukcje światów, pojazdów i przedmiotów z filmów, seriali, gier, książek, komiksów i każdego kawałka popkultury, jaki tylko przez dziesięciolecia przyszedł ludziom do głowy. Główny bohater powieści, Wade Watts, leveluje swojego avatara questując na planetach, na która lata statkiem klasy Firefly o nazwie „Vonnegut” – I mean, how cool is that? Niezliczone opisy rzeczywistości OASIS, jej funckjonowania, skarbów, możliwości i czystego awesomness sprawiały, że byłabym gotowa porzucić każdą grę, książkę, serial czy komiks, byleby tylko móc choć raz się do niej zalogować. Niemal chciałabym, żeby coś takiego istniało naprawdę, żebym ja i ten zwariowany geek we mnie mógł zwiedzić każdy zakątek Coruscant, zasiąść na fotelu kapitańskim na mostku „Enterprise”, zrobić sobie przejażdżkę przez Park Jurajski albo przemierzyć Ivalice na grzbiecie opancerzonego chocobo. To byłoby – aż nie wiem – po prostu Coś przez wielkie, ogromne C. Nie bez powodu piszę jednak, że „byłabym” i że „niemal” – ale niech to sobie na razie powisi dla zagęszczenia atmosfery.

Tak czy siak, akcja powieści toczy się wokół wielkiego polowania na ukryte w OASIS jajo, do którego prowadzi szereg popkulturalnych wskazówek, nawiązących, ze szczególną pieczołowitością, do ukochanych przez autora lat 80-tych. Kto odnajdzie jajo, otrzyma właśność nad OASIS, stając się de facto najbardziej wpływowymi osobami na świecie. Bohaterowie Ready Player One spędzają więc każdą nie wymagającego poświęcania realnemu światu uwagi minutę wykuwając na pamięć teksty piosenek ówczesnych artystów, wielokrotnie oglądając te same filmy i seriale, tłukąc w stare, wręcz antyczne gry, zaczytując się po pięździesiąt razy w te same teksty i prowadząc wirtualne dyskusje nad globalną grą, która jest dla nich jedyną rzeczą nadającą im sens istnienia. Dzięki polowaniu, dla setek tysięcy użytkowników OASIS stał się nie tylko ucieczką od podłej, szarej i zniszczonej globalnymi kryzysami rzeczywistości, ale celem – jedynym, który ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. Wielokrotnie podkreśla to Wade Watts – główny bohater, młody dzieciak z typu tych, którym szkolni rówieśnicy nie dają spokoju – mówiąc wprost, jak ważny jest dla niego nieograniczony dostęp do miejsca, w którym może stać się innym, lepszym sobą. Poprzez udział w konkursie, prowadzi nas przez wspaniałości wirtualnego świata, zapoznaje z innymi myślącymi podobnie postaciami i karmi naszego wewnętrznego geeka dokładnie tym, czym sami chcielibyśmy go karmić. Mówiąc krótko, nawet nie oddam życia za miłość do ejtisów, to czego tu nie kochać. A jednak im dalej w fabułę, tym bardziej odczuwałam, że prowadzi mnie w pułapkę. Mniej więcej wtedy zaczęłam podejrzewać, że Ready Player One nie ma mi do powiedzenia niczego, co  jako geek chciałabym słuchać.

System error

Przedstawię to na przykładzie. W książce znajduje się moment, w którym bohater dokonuje zakupu drogiego sprzętu umożliwiającego mu wielogodzinne przebywanie w OASIS bez potrzeby martwienia się o jedzenie, mycie, ruch fizyczny czy nawet potrzeby fizjologiczne. Przypomniało mi to pamiętny odcinek South Parku bezlitośnie kpiący sobie z graczy World of Warcraft, który zostawił po sobie przynajmiej jedno niesmaczne wspomnienie. Co więcej, bohater wychodzi z siebie, by organiczyć kontakt z prawdziwymi ludźmi do minimum, byle tylko nic nie rozpraszałało go w polowaniu. Obrazu kompletnej ilozacji dopełniają nawet zaczernione okna mieszkania. Patrząc na to wszystko, bohater sam – nim zdążę ja – artykułuje zwątpienie,  że może to przesada. Że wydawanie całej tej kasy ma udawanie, że prawdziwy świat nie istnieje i że wszystkie problemy można „rozwiązać” poprzez zalogowanie się do OASIS nie jest żadnym wyjściem i nie ma żadnej przyszłości. Ten moment to mniej więcej połowa książki, do tej pory dość beztroskiej i prostolinijnej (nie mówiąc 0 tym, że –  niestety – dość stereotypowej), ale właśnie wtedy na moment zatrzymałam się i w zamyśleniu pogłaskałam w brodę. No bo zaraz, takie beztroskie i dogłębne geekowisko, niemal gloryfikacja popkulturalnego hobby, a tu nagle szpila w bebechy. Wzdrygnęłam się, wyrwałam z otumianienia, urok prysł – niemal natychmiast zastąpiony jednak myślą, że oho, ta powieść ma w takim razie jakiś głębszy komentarz. Pomyślałam sobie: dobra, panie Cline, zaskocz mnie, jestem ciekawa. Ciekawa, jak połączysz geeka z Prawdziwym Życiem i jak bardzo uda ci się pokazać wartość geekowej miłości. Bo Ready Player One to w końcu powieść dla geeków, right?

Wrong. Nie wiem, czy zdołam odstawić wystarczającą gimnastykę, by uniknąć spoilera, ale jeśli piszę gniewne słowa od początku tego tesktu to można wywnioskować, że mam ku temu powód. Dość powiedzieć, że nie doczekałam się żadnej satysfakcjojunącej konkluzji – nic, co w piękny i wzruszający sposób ożeniłoby iluzję z rzeczywistością, nic, co pokazałoby mi piękno jednego, nie piętnując jednocześnie drugiego. Pan Cline do końca więc mówi, że gra jest niby wspaniała, mozliwości nieograniczone, a zabawa wartościowa, a jednocześnie pokazuje, jak przykre i podskórnie niewłaściwe jest spędzanie swojego życia podpiętym do konsoli. W pierwszym momencie zaczyna się człowiek zastanawiać, po której stronie autor właściwie stoi i dla jakiego odbiorcy przeznaczył swoje dzieło. Potem zaczyna zaś pytać, czy robienie z eskapizmu uzależnienia jest próbą zwrócenia uwagi na problem, który lada moment może okazać się tak realny jak w książce, czy też nachalnym komentarzem pt. „weźcie się wreszcie wszyscy w garść”? To pierwsze przełknęłabym z pewnym grymasem, bo w pewnym sensie rozumiem. Nie podoba mi się, ale rozumiem. Ale to drugie wbudza we mnie poczucie zdrady i robi ze mnie bardzo niezadowolonego geeka.

Bo widzicie, uwielbiam zapominać o bożym świecie prując z karabinu do kosmitów, tłukąc zombie po ich zgniłych mordach czy rozwiązywać galaktyczne zagadki skacząc od jednych koordynatów do drugich. Mam swojego bzika i wcale się nie wstydzę, że poświęcam mu swój czas, skupienie i energię. Ale czasami, w pewnych sytuacjach, robi mi się głupio. Hej, może powinnam jednak wyjść trochę do ludzi, a nie siedzieć przy konsoli cały weekend. Czuję, że mogłabym jednak zrobić coś innego, może coś napisać, może coś przeczytać (może gdzieś wyjść nie za bardzo, nie przesadzajmy), może zrobić coś nowego. Ale to ja czuję, ja sobie mówię, ja miewam chwile zwątpienia. Podskórny komentarz pana Cline’a mocno ubódł mnie prosto w sedno i poczułam, jakby mi ktoś przywalił w pysk. Ba, nie ktoś, ale fellow geek person. Ktoś, komu przez pół książki wierzyłam, że mamy ze sobą tyle wspólnego. Kto przekonywał mnie o swojej geekowości niemal każdym napisanym zdaniem i komu ufałam, że mogę na nim polegać – i kto potem wyłał mi na głowę kubeł zimnej wody z napisem (na kuble, nie na wodzie) „Get RL!” Panie Cline, nie robi się takich rzeczy innym geekom…

Nothing to see here

No tak, ale potem była jeszcze druga połowa książki, która bardzo nieszczęśliwie zmierzała do nieukninionego i bardzo przewidywalnego rozwiązania. Ujmę to tak: jeśli jest w grze dziewczyna, to po pierwsze, musi to być jedyna dziewczyna w grupie, musi być ponadprzeciętnie geekowa, musi stać się obiektem zainteresowania bohatera, no i resztę możecie sobie dopisać sami. Koniec końców Ready Player One, powieść o moim ukochanym hobby, radośnie stwierdza, że moje ukochane hobby tak naprawdę nie ma znaczenia. Where’s the login in that, Spock, where’s the logic?

Wcale też nie wspomninam o innym momencie, w którym zafuczałam z furii, myśląc, że rzucę to wszystko na kilkanaście stron do końca…

Więc jest mi źle. Czuję się zniechęcona, wzburzona, zniesmaczona, zawiedziona, a nade wszystko oszukana. Nawet wielce rozczarowujący Mockinjay nie zostawił mnie z poczuciem takiej niechęci. Choć zapowiadał się jako odkrycie, Ready Player One okazał się zdradzieckim ciosem z najmniej spodziewanej strony, który geeków przedstawia w sposób bardzo stereotypowy, nie oferuje bliskiego serca geekom przekazu, a na domiar złego sam wydaje się nie wiedzieć, o czym właściwie chce opowiedzieć. I tak, podchodzę do tego emocjonalnie – wręcz znacznie bardziej emocjonalnie niż podczas czytania – ale naprawdę, zeźliłam się. Pod warstwą ciekawej i wciągającej przygody nie znalazłam ostatecznie żadnej myśl, z którą jako geek mogłabym się radośnie identyfikować, a to mnie – w książce pozornie dla geeków przeznaczonej – zwyczajnie i najprościej w świecie boli.

  • Paweł Zarzycki

    Ready Player One nie jest powieścią ani o geekach, ani dla geeków. Cline co prawda odrobił pracę domową więc sypie garściami terminologią z gier MMO, rzuca nazwami, imionami i datami na prawo, lewo, górę oraz dół, ale nic z tego nie wynika, bo cały zabieg z „geekostwem” jest tylko tłem dla intrygi. Czyta się to szybko i, poza zgrzytami warsztatowymi (możliwe, że wina tłumaczenia), w miarę przyjemnie. Fabularnie jest nieźle. Jest pomysł, jest interesująca wizja świata, a samo polowanie na „ultimate easter egg” całkiem ciekawie opisane. Zakończenie jest przewidywalne, ale specjalnie mi to nie przeszkadzało. Przeszkadzały mi za to te fragmenty powieści gdzie natłok nazewnictwa autor sprowadził do absurdu, jakby chciał się popisać swoimi wykopaliskami, bo bał się, że nie da rady wrzucić wszystkiego co znalazł. Zupełnie niepotrzebnie, bo te wyliczanki nużą. Co jeszcze? Cline wyraźnie daje do zrozumienia, że moment, w którym hobby staje się obsesją nie jest zdrowy. Taki trochę Captain Obvious. ;) A poważniej to odbieram tą powieść jako celną, choć nieco grubymi nićmi szytą, ostrzegawczą satyrę na pokolenie „internetowe”, które nie potrafi żyć bez chatów, komórek, fejsa i obok normalnego prowadzi równolegle życie wirtualne gdzie brak dostępu do sieci dłuższy niż 24h staje się niemalże tragedią.
    Niezła lektura-zapychacz. Na jakiś kilkugodzinny lot samolotem czy jazdę pociągiem. Przeczytać raz i zostawić na siedzeniu dla innego pasażera.

  • Jestem w połowie i mi się podoba. Ale ja się urodziłem na przełomie 60/70 i wychowałem w 80. Najwyraźniej inne rzeczy do nas przemawiają, pewnikiem różnica pokoleń :-)