Dom w głębi lasu: Konwencja w warstwach

dom-w-glebi-lasu

Mam wrażenie, że nic kreatywnego o Domu w głębi lasu nie napiszę, bo jestem nim tak zachwycona, że jeśli ma jakieś wady, to nawet nie potrafię ich dostrzec. Choć to horror, horrorem tak naprawdę wcale nie jest. To cudowna zabawa z oklepanych horrorowych klisz. Błyskotliwa, totalna zabawa dla oczytanego widza.

Cały myk z Domem w głębi lasu polega jednak na tym, żeby nie poznać fabuły zbyt wcześnie – inaczej po prostu nie będzie takiego funu. Ograniczę się więc do powiedzenia, że jeżeli szukacie filmu o piątce przyjaciół wybierających się na weekend do domku za miastem, to go dostaniecie. Dostaniecie też zapyziałą stację benzynową, szaloną imprezę alkoholową, mroczną piwnicę z niepokojącymi przedmiotami i sławetne „rozdzielmy się”. Ale dostaniecie też coś znacznie, znacznie więcej. To jest film nie tylko dla miłośników horrorów, ale dla miłośników najbardziej oklepanych i wyeksplatowanych na dziesiątą stronę horrorowych stereotypów. Tyle tylko, że Dom w głębi lasu wychodzi tym stereotypom naprzeciw i robi nimi, co chce.

W zasadzie od początku spodziewałam się po tym filmie czegoś wyjątkowego – już nawet w 2010 roku, kiedy usłyszałam o nim po raz pierwszy. Problemy  studia MGM ostatecznie przesunęły premierę o dwa lata (już pod szyldem innego studia), ale ja dalej wiedziałam, że mogę od niego wiele oczekiwać. Wystarczał sam fakt, że współtworzył go Joss Whedon (drugi fakt, że razem z innym scenarzystą od osławionej Buffy – co nawet dla mnie Buffy nie oglądającej jest znaczącą reklamą). Nie spodziewałam się jednak, że dostanę taką bombę. To, co ten film sobą reprezentuje – kompletne oderwanie od filmowej rzeczywistości – wręcz uderzyło mnie po łbie z głośnym krzykiem „awesome”! Jestem aż w stanie wyobrazić sobie panów Whedona i Goddarda, siedzących naprzeciwko siebie z kartką i długopisem w ręku, i przekrzykujących się wzajemnie w nowych pomysłach na przekręcenie tej kliszy, pojechanie po tamtej i zburzenie innej. Sportowiec zachowuje się jak ostatni palant? Ale czemu? Dziewczyna o luźnych morałach ginie pierwsza? Ale na pewno ma luźne morały? Atakują ich zombie? Ale skąd się tam wzięli? Ten film ma warstwy, pod nią kolejne warstwy, a pod nią jeszcze kolejne. Dom w głębi lasu jest po prostu jak cebula! Nawet tytuł jest jawnym ukłonem w stronę schematu, co samo w sobie jest tak piękne, że mam ochotę krzyczeć z czystej, geekowskiej radochy.

Inna sprawa, że trzeba mieć do horrorów sporo dystansu, by z Domu w głębi lasu wydobyć to, co najlepsze. Smutna prawda jest taka – a bazuję ją na wielu komentarzach tu i tam w necie – że film został w Polsce, delikatnie mówiąc, źle przyjęty. Tak naprawdę byłam zdumiona, że w ogóle trafił do polskich kin. Kiedy jednak reklamuje się go pod szyldem Piły i spodziewa krwawej jatki, efekty są jakie są. Dlatego słowem ostrzeżenia: to nie jest normalny horror (choć określenie „nienormalny” chyba też pasowałoby jak ulał). Nie jest to też parodia, a już na pewno nie głupkowaty film o bezmyślnych nastolatkach zabijanych w dziczy. To inteligentnie puszczone do widza oczko, które rozkłada horror na części pierwsze, składa je na nowo i pokazuje, że elementy układanki wcale nie muszą pasować tak samo. Zdaję sobie sprawę, jak enigmatycznie musi to wszystko brzmieć, ale naprawdę – jeśli mam do niego zachęcić, więcej powiedzieć nie mogę.

O aspektach technicznych w sumie nie ma co się wypowiadać, bo z wyjątkiem scenariusza – który tu błyszczy – wszystko gra na równym poziomie. Nie mam też czego napisać o Chrisie Hemsworcie, który zagrał tutaj jeszcze przed Thorem – bo jest po prostu fajnym aktorem i go lubię – ale powiem za to dwa słowa o Franie Kranzie. Uwielbiałam kolesia w Dollhouse, ale w Domu w głębi lasu po prostu go wielbię. Ma genialny głos perfekcyjnie pasujący do pokręconego miłośnika maryśki, i potrafi go na dodatek idealnie wykorzystać. Słuchanie, jak Marty mówi, było radochą samą w sobie i ubarwiło mi ten film co najmniej trzykrotnie. Aż zrobię sobie powtórkę z Dollhouse.

Jak widać, pieję z zachwytu, w dodatku bardzo krótko i zapewne mało treściwie, ale jak słowo daję, Dom w głębi lasu powalił mnie na kolana i piać z zachwytu nie przestanę. Polecam go każdemu, kto chce zobaczyć w filmach coś nowego i odświeżyć sobie spojrzenie na horrory. Pamiętajcie jednak o dystansie i nie oglądajcie trailerów. Z odpowiednim nastawieniem ten film jest po prostu majstersztykiem i nic po nim nie będzie już takie same. Cudo!

  • Świetna recenzja. Winszuję powstrzymania się od spoilerów. Gdyby nie to, że ostatnio mało co oglądam, a jak już, to nie horrory, to na pewno bym obejrzał.

    • Wierz mi, BARDZO się starałam, żeby nie rzucić spoilera ^^

      Ale ogólnie mam nadzieję, że przyjdzie czas i obejrzysz, bo to prostu nie jest zwyczajny film pod każdym względem ;)

  • A ja twoją uwagę skieruję w trochę inną stronę. Plakat. Jeden z najlepszych plakatów filmowych jakie widziałem ostatnimi laty. Fakt, że na ten film poszedłem praktycznie tylko dzięki niemu* świadczy sam za siebie. Zajebiście oddaje koncepcje filmu. I dopiero po obejrzeniu filmu jestem w stanie docenić pełnie jego piękna.

    Ogólnie uważam, że poza genialnym Martym to co się działo na pierwszym planie nie było tak interesujące jak to co się działo na tym drugim. Panowie w białych strojach po prostu pozamiatali. Każda scena z ich udziałem po prostu dawała mi banana od ucha do ucha.

    Świetny patent z tak mocnym szuflowaniem nastrojów. Co chwilę zmieniało się podejście samego filmu do jego treści. Co zresztą świetnie podkreślała muzyka.

    Film polecam. Wart każdego grosza**

    *Poza oczywiście zaproszeniem i niespodziewaną dziurą czasową.
    ** … i każdej minuty spędzonej na czekaniu przed kinem.

    • Oj tam, nie czekałeś wcale tak długo, a poza tym film Ci się strasznie podobał, więc naprawdę nie widzę tu powodów do narzekań ^^

  • Anonymous

    Aeth, wszystko ok, ale na bogów (może być nordyckich skoro Thor się pojawia w tekście ;) ) co to są „luźne morały”??? Brzmi jak dosłowna kalka z google translate „lose morals”. Po polsku to prędzej powinno być „luźne zasady moralne”. :)

    Nadia

    • No ale przecież dokładnie o takie mi chodziło ^^

  • A ja się wyłamię i powiem, że dla mnie to film na 5/10 (pod tymi wszystkimi schematami i nawiązaniami nie znalazłem nic ciekawego, np. ani jednej linijki dialogowej choćby w połowie tak interesującej jak te z „Avengers”). Można obejrzeć, ale wolałbym pooglądać przez dwie godziny TV Tropes. ;-) Natomiast jeśli ktoś bardzo lubi filmowe horrory i aluzje do nich, to rzeczywiście może podwyższyć tę ocenę o parę oczek.

  • Każda recka tego filmu, którą czytam tylko coraz bardziej zaostrza mi apetyt na tę produkcję:) MUSZĘ ją w końcu zobaczyć!

    • Na pewno czekam na Twoją – jestem bardzo ciekawa, czy Ci się spodoba :)

  • Jak się cieszę, czytając pochlebną opinię na temat „Domu…”! Jestem zupełnie zauroczona filmem, dawno się tak dobrze nie bawiłam w kinie, a już na pewno żaden film od bardzo dawna tak mnie nie zaskoczył – od mniej więcej połowy nie miałam pojęcia, jak to się skończy, a tak rzadko mogę to ostatnio powiedzieć o filmach.

    Wyszłam z kina zachwycona, weszłam na filmweb i po prostu poraziła mnie niska ocena i ilość krytycznych komentarzy (co ciekawe tylko w Polsce, bo za granicą film został bardzo dobrze przyjęty).
    Wydaje mi się, że ludzie nie wiedzieli, na jaki idą film i że żeby docenić „Dom…” trzeba być fanem horrorów, a przynajmniej obejrzeć ich na tyle dużo, by zauważyć, jak fantastycznie wyśmiane zostały prawie wszystkie horrorowe wzorce fabularne.

    Cudowna zabawa konwencją, odwrócenie wszystkich schematów – podobało mi się, jak potraktowano typowy schemat piątki bohaterów. „Dziewica” robiąca wielkie oczy, gdy zostaje tak nazwana, bo właśnie próbuje zapomnieć o romansie z nauczycielem; inteligentna, sympatyczna para, która dopiero przez te hormony czy co to tam było (ogłupienie przez farbę<3), staje się "puszczalską blondynką i głupkowatym osiłkiem"; przeciętny chłopak, który nagle zaczyna czytać biegle po łacinie i ćpun/ofiara losu, który okazuje się nagle najinteligentniejszy ze wszystkich.

    I wreszcie zrozumiałam, czemu w horrorach prawie zawsze bohaterowie to banda idiotów, których nie da się polubić – bo oglądając Dom było im wręcz żal całkiem sympatycznej piątki; za to kiedy zaczęła się druga część filmu, z masakrą tych, którzy zafundowali im ten los, nie mogłam się powstrzymać od niezdrowej satysfakcji:)

    Scena z klasycznym „rozdzielmy się” strasznie mnie rozśmieszyła, podobnie jak wodnik na końcu:)

    Cudowny film, ale to mało dziwne, w końcu to Whedon:) Świetna recenzja, pozdrawiam.

    • Dokładnie z tym Filmwebem! Miałam to samo w jeszcze jednym serwisie, a potem uznałam, że nie ma sensu czytać tego dalej, bo się jeszcze zdołuję. Dzięki za komentarz i pozdrawiam kolejną fankę Jossa Whedona ;)