Powoli zbliża się drugi sezon Bibliotekarzy – serialu-sequela popularnej serii telewizyjnych filmów przygodowych z Noah Wyle, który w zeszłym roku zawładnął żądnymi zwariowanych przygód widzami. Jako sierota po Magazynie 13, pokochałam go od pierwszego wejrzenia. Kiedyś zapytano mnie jednak, czemu ten serial jest w ogóle fajny. Dziś odpowiadam.

Zacznijmy od początku. Jeśli nigdy nie widzieliście żadnego z trzech filmów o Bibliotekarzu (Tajemnica Włóczni, Tajemnice Kopalni Króla Salomona, Klątwa kielicha Judasza), skrótowo mogę Wam opowiedzieć, że cała sprawa toczy się wokół magicznej Biblioteki, w której przechowywane są zaklęte artefakty. Wszystko dlatego, że magia istnieje naprawdę, a w rękach nieodpowiednich ludzi mogłaby stanowić zagrożenie dla świata. Pieczę na Biblioteką i jej skarbami trzyma Bibliotekarz – w filmach do tej roli wybrano naukowego entuzjastę z duszą małego chłopca, Flynna Carsena (Noah Wyle) – który zasadniczo skacze po całym globie, przeżywa niebezpieczne przygody i co najmniej dwa razy w tygodniu ratuje świat przed zagładą. Cała trylogia jest trochę jakby niskobudżetową kopią Indiany Jonesa, ale niskobudżetową całkowicie bezpretensjonalnie, bo w pełni świadomą swojej kiczowatości. Najprościej dodajcie sobie do Indiany Jonesa kreskówkowy klimat Scooby Doo i najbardziej zwariowane elementy z Magazynu 13, i wyjdzie Wam Bibliotekarz. Albo lepiej: właśnie Bibliotekarze, którzy podkręcają całą tą szaloną atmosferę o co najmniej trzy stopnie. Serial skupia się bowiem na trójce tzw. Librarians-in-training oraz ich opiekunce, którzy badają magiczne zjawiska na planecie i mieszają szyki złowieszczemu Bractwu Węża, starając się jednocześnie nauczyć ze sobą współpracować. Trójka nietypowych bohaterów, nadopiekuńcza opiekunka, wpadający z wizytą Flynn Carsen, a do tego smoki, skarby i mitologia – jeśli to nikogo jeszcze nie przekonuje, mam dla Was kilka wyraźnych powodów, aby spróbować.

Komedia przygodowa

Z historii kina awanturniczego wiadomo, że nie ma lepszego połączenia jak przygoda z dużą dawką lekkiego humoru. Bibliotekarze podkręcają ten efekt do kolejnej potęgi, bo nic w tym serialu nie dzieje się bez co najmniej odrobiny komedii. A najlepiej całych jej wiader. Ja do dziś zrywam boki z pierwszego trailera, który nie tylko w zabawny i pomysłowy sposób nabija się z trailerów, kina przygodowego i Bibliotekarzy samych w sobie, ale również w cudowny sposób nawiązuje do ówczesnego hollywoodzkiego blockbustera. Humor w serialu ściele się gęsto, tak w formie slapsticku, jak i dialogu (prym wiedzie tutaj wiecznie zrzędzący nadzorca Biblioteki, który zawsze pilnuje, by walizki bohaterów były spakowane na wypadek, gdyby wreszcie mieli odejść i mu dać święty spokój), ale najbardziej rozkoszny jest w chwilach, kiedy idzie w kompletną kreskówkę. W niektórych scenach brakuje tylko dźwięku świszczącego wiatru przy rzuceniu się do szalonej ucieczki albo wykrzykników nad głową, kiedy rozgryza się zagadkę. Jednak uwaga – raz wspomniałam już o kiczowatości, przypominam więc kolejny, bo z Bibliotekarzy nierzadko leją się strumienie campu. Czytałam porównania stawiające serial obok Doctora Who, a z tego jednego sezonu, który w swoim życiu doświadczyłam byłabym skłonna się z tym porównaniem zgodzić. Jeśli nie macie nic przeciwko, wręcz przeciwnie, pożeracie camp na śniadanie, Bibliotekarze są propozyją w sam raz dla Was. Nie oznacza to, rzecz jasna, że brak tu ciekawych wątków dramatycznych, jednak generalny ton serialu jest mocno pozytywny i tego się trzyma.

Pięciu zwariowanych

Szalonemu tempu przygody dorównują szaleni bohaterowie, którzy zasadniczo nie powinni mieć ze sobą nic wspólnego, ale los zmusił ich do współpracy dla dobra wielkiej sprawy. Jak to zwykle bywa, każdy z nich jest ulepiony z innej gliny, a clue całego serialu jest takie zorganizowanie sytuacji, by ich zdolności i umiejętności wzajemnie się uzupełniały. A jest z czego wybierać. Po pierwsze mamy niezwykle inteligentnego historyka sztuki, Jake’a Stone’a, maskującego się pod przykrywką kowboja z uwielbieniem do bójek w barze. Po drugie cierpiącą na synestezję geniuszkę matematyczną, Cassandrę Cillian, której tragiczna historia miesza się z dziewczęcym urokiem. A po trzecie światowej sławy złodzieja, Ezekiela Jonesa, którego spryt i zdolności dorównują jedynie przerośniętej arogancji. Utrzymaniem tej zgrai w kupie – a raczej pilnowaniem, by nic ich po drodze nie pozabijało – zajmuje się pułkownik Eve Baird, była agentka NATO ds. antyterroryzmu, która z niechęcią przyjmuje na siebie rolę Strażnika. O ile młodzi Bibliotekarze z ochotą rzucają się w świat przygód i magii, tak płk. Baird jest tu etatowym sceptykiem mającym spore problemy z zaakceptowaniem nowych zasad, na jakich zaczął działać świat wokół niej. Z jej kwestionowania rzeczywistości i prób ogarnięcia chaosu wynika wiele komicznych sytuacji (a w szczególności w relacji z Jenkinsem, wspomnianym nadzorcą Biblioteki), a połączenie tylu osobliwych postaci, nie mówiąc o magii i zwariowanych sytuacji, w zasadzie gwarantuje dobrą zabawę. O, no i w kilku odcinkach wpada również oryginalny Bibliotekarz!

Ulubieńcy małego ekranu

Skoro o bohaterach, to i o aktorach, więc zacznijmy od najbardziej oczywistego, bo domyślam, że dla wielu był/będzie to największy wabik: mianowicie w Bibliotekarzach występuje Christian Kane, ulubieniec publiczności gdzieś od czasów Anioła ciemności i Leverage (i jeśli pytacie mnie, w krótko ściętych włosach wyglądający jeszcze lepiej!). W tym miejscu wypada wspomnieć, że serial powstał dzięki połączonym siłom m.in Johna Rogersa i Deana Devlina, czyli ludzi odpowiedzialnych właśnie za Leverage, więc jeśli pasował Wam klimat tamtego serialu, co tu jeszcze robicie, idźcie oglądać Bibliotekarzy. Christian wciela się, rzecz jasna, w Jake’a Stone’a, miłośnika sztuk i bijatyk w jednym, i jeśli ktoś może w tej roli wypadać czarująco i naturalnie, to jest to właśnie on. Będąc przy uroku, w roli Cassandry mamy Lindy Booth, którą część z Was może kojarzyć albo z dawnego serialu pt. Łowcy skarbów z Tią Carrere, albo z kilku fimowych horrorów, m.in. Droga bez powrotu czy Świt żywych trupów. Ja miałam to szczęście, że akurat kojarzyłam, jestem więc bardzo ucieszona, że aktorka znalazła się w Bibliotekarzach – bo uwielbiam jej nerdowo-komediowe wyczucie, dzięki któremu Cassandra jest w cudowny sposób adorkable. Rolę Ezekiela Jonesa powierzono z kolei stosunkowo nieznanemu australijskiemu aktorowi Johnowi Kimowi, ale tym lepiej, bo chłopak świetnie się przed kamerą bawi i życzę mu dużej kariery. Starsi stażem bohaterowie to zaś Rebecca Romijn jako Eve Baird (surowa, ale komiczna), powracający do serii Noah Wyle (cudownie przerysowany, szalony i teatralny) oraz John Larroquette w roli Jenkinksa – któremu cała obsada serialu praktycznie bije pokłony ilekroć jest okazja wspomnieć ich wspólną pracę na planie. I może nie jest to najbardzej imponujący zbiór serialowych nazwisk, jaki widzieliśmy, ale ważne, że razem tworzą na ekranie magię.

Magia istnieje naprawdę

W dwugodzinnym pilocie serialu dowiadujemy się, że magia – której istnienie było dotychczas ukrywane – została uwolniona na świat, a zadaniem bohaterów będzie tropić jej ślady i ratować postronnych w niebezpieczeństwie. W jednym odcinku odkrywamy np. zmodernizowaną wersję kultu Minotaura, w innym ożywione zostają baśnie, a jeszcze gdzie indziej spotykamy prawdziwego Św. Mikołaja (i to nie byle-jakiego, tylko o twarzy i manierze Bruce’a Campbella!). Odcinków w sezonie jest zaledwie dziesięć, serial zatem dopiero co liznął wierzchołka swojego potencjału, ale szalone pomysły, ciekawe połączenia (szczególnie magii, nauki i technologii), a przede wszystkim zwariowana, dynamiczna atmosfera tworzą z niego idealną pozycję dla miłośników lekkiej, rozrywkowej przygody. Co więcej, pierwszy sezon jest bardzo blisko związany z legendami arturiańskimi, więc jeśli ktoś chce podpatrzeć nowe formy przekształcenia ich klasycznych historii, Biblioteka stoi dla Was otworem.

Geek-friendly

Na koniec w sumie chyba najfajniejsza, przynajmniej dla mnie, zaleta Bibliotekarzy, mianowicie ich całkowite otwarcie i zasadniczo wchłonięcie geekowego ducha. Zapomnijcie o Teorii wielkiego podrywu jako serialu dla geeków, którym od wielu lat już nie jest – zaprzyjaźnijcie się z Bibliotekarzami, bo nikt inny jak oni nie zrozumieją tak dobrze geekowego bzika. I nieważne, czy chodzi o zamiłowanie do historii, ukochanie matematyki (ileż tu jest cudownych tekstów dla miłośników matematyki!) czy zwykłą wolność w ujawnianiu swojego wewnętrznego dzieciaka, Bibliotekarze mają to wszystko i jeszcze więcej. Nic dodać, nic ująć – polecam każdemu, kto ma ochotę na odrobinę słodkiej absurdalności w życiu.

  • Nie mogę się doczekać nowego sezonu. I to nie tylko dlatego, że liczę na więcej cudownych scen między Flynnem a Eve <3

  • Uwielbiam! <3

    Filmy o Bibliotekarzu są po prostu świetne, więc jak tylko dowiedziałam się, że będzie serial, skakałam z radości. Mój entuzjazm trochę opadł, kiedy dowiedziałam się, że to nie Noah Wyle będzie główną postacią, ale mam nadzieję, że w związku z zakończeniem prac nad "Wrogim niebem" scenarzyści przewidzieli dla niego większą rolę w drugim sezonie. Główne postacie są naprawdę sympatyczne, więc nawet nie żałuję, że sprawy potoczyły się w ten sposób, tylko jakoś Rebecca nie pasuje mi do roli Eve. Nie to, żeby była złą aktorką, tylko jakoś jej nie widzę w tej roli. No i dlaczego te sezony mają tak mało odcinków? :(

    • Ja miałam trochę na odwrót – obejrzałam pierwszy film niedługo po wieści, że będzie serial, ale podobał mi się dosyć średnio. Ale miał za to świetny klimat, więc wiedziałam, że serial pokocham. I w sumie bardziej cieszyłam się na myśl, że dostaniemy czwórkę bohaterów zamiast jednego, bo co cztery głowy (i szaleństwo), to nie jedna ^^

      Co do Noah, to obawiam się, że jego rola nadal będzie epizodyczna (patrz wywiad), ale imho to dobrze balansuje całość. Nie jest to produkt jednego aktora, a grupy świetnych ludzi, którzy cudowanie się uzupełniają. Mnie tam pasuje każdy razem i z osobna, ale ja po prostu kocham ten serial bezkrytycznie i może nie jestem obiektywna :D

      • Filmy mają swoje wady, nie przeczę, ale ich klimat jest bardzo, bardzo fajny, a Noah spisał się genialnie w roli nieporadnego poszukiwacza skarbów. Obawiałam się tego, że serial może być zrobiony na siłę, skoro pierwotny zamysł był zupełnie inny – Flynn miał być głównym bohaterem. Kiedy odmówił, scenarzyści musieli stworzyć coś zupełnie innego. Bałam się też, że nowi Bibliotekarze będą postaciami wymyślonymi na poczekaniu (bardzo schematyczni albo kalki Flynna). Na szczęście niepotrzebnie, każdy bohater jest inny, nietypowy, co więcej – jak sama zauważyłaś – wszyscy cudownie się uzupełniają.
        Trochę szkoda, że Noah będzie miał epizodyczną rolę, ale może to lepiej – będę wyczekiwała na każdy jego występ, więc i radość będzie większa.
        Najważniejsze, że dostaliśmy super serial, który ma świetny klimat, sympatycznych bohaterów, bawi się schematami i jest naprawdę zabawny.

  • Pingback: Moja żona woli mnie jako Flynna! Wywiad z Noah Wyle()

  • Katarzyna Prażmowska

    Kiedy na SerialConie padl z Twoich ust tytul „Bibliotekarze”, to przyznaje bez bicia, ze sie troche wzdrygnelam. Nigdy nie bylam fanka kina przygodowego, wiec Indiana Jones, Mumia i Bibliotekarz mnie ominely – jednak z jakiejs dziwnej przyczyny kiedys tam wyladowalam z tym serialem. Biblioteka? Noah Wyle? Kto to wie ;)
    Nie znosze porzucac czegos w trakcie, wiec brnelam przez kolejne odcinki. Musze przyznac, ze chyba blednie zakodowalam sobie przede wszystkim wspomnienie tego, jak mi sie ten serial nie podobal. Twoja notka przypomniala mi o tym, ze chociaz pewne rzeczy mnie irytowaly, to przeciez zawsze podobal mi sie humor, postac Jenkinsa i sam fakt, ze ktos docenil biblioteke, ksiazki i wiedze jako cos nie nudnego i obowiazkowego, a skarbnice wspanialych wrazen (niekoniecznie az tak niebezpiecznych, chociaz kto to tam wie ;)).
    Podsumowujac, chyba wlasnie pojelam – dzieki Tobie – ze chce sie jeszcze raz zmierzyc z tym serialem. Sukces!