Dlaczego nie przepadam za perspektywą pierwszej osoby

b3-03
Odkąd tylko sięgam pamięcią, zawsze miałam problem z graniem w gry rozgrywające się z perspektywy pierwszej osoby. Było w nich coś, co od razu mnie zniechęcało, nigdy jednak nie potrafiłam wyraźnie sprecyzować, co. Tak było do niedawna, kiedy postanowiłam wziąć wreszcie byka za rogi i się do nich przekonać. Ten proces jeszcze trwa, ale za to już wiem, w czym tkwi istota problemu. Jak zwykle to u mnie bywa – w fabule.

Zapytacie „ale co ma fabuła do perspektywy rozgrywki”, a ja Wam odpowiem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. To jednak dłuższa historia, którą chciałabym opowiedzieć od początku, bo droga, po której dochodziłam do końcowego wniosku wydaje mi się nawet mieć trochę sensu (choć pewnie trochę mniej niż sterowanie z odwróconymi osiami). No i jakby nie patrząc – chwalenie się, że rozwiązało się jedną z zagadek swojego życia, a zajmujące jeden akapit, jest jakby trochę niewspółmierne do skali odkrycia. A zatem, bez dalszego rozwlekania, zacznijmy od początku.

Na początku był Pegasus. Nie, wróć. Na początku świadomego grania – czyli takiego, w którym dokładnie wiedziałam, czego od gry chcę i co w niej lubię – był PC. Były to czasy końca podstawówki i wczesnego liceum, kiedy w moje łapy trafiały tytuły takie jak Final Fantasy VIII i oba Baldur’s Gate’y (za własne, tydzień po tygodniu zbierane „darowizny”), które w ekspresowym tempie przeszły później w papierowe RPG, a jeszcze szybciej w RPG forumowe. Tak czy inaczej, były to gry fabularne, które zawiłą i wielowątkową fabułą oczarowywały mą młodzieńczą wyobraźnię niczym syreni śpiew oczarowywał dzielnych marynarzy (choć ze zdecydowanie mniej tragicznymi skutkami). Uwielbiałam zagłębiać się w historie sterowanych przeze mnie bohaterów, odkrywać kolejne zakamarki bogatych, fantastycznych światów i przy okazji nagłowić się i nakombinować nad pokonywaniem coraz potężniejszych przeciwników i przeciwności. Combo fabuły i wymagającego gameplayu to było coś, co wciągałam prawie przez żyły.

Mniej więcej w tym samym czasie mój brat – jeśli akurat miał szansę dobrać się do komputera – zagrywał się w gry zupełnie innego rodzaju, których ja w owym czasie zupełnie nie potrafiłam załapać: w  strzelanki FPS (first-person shooter). Głównie Medal of Honor, z tego, co pamiętam. Patrząc mu niekiedy przez ramię, łapałam się za głowę, cóż tak fajnego się w tych grach znajdowało. Chodzi się i się strzela – takie było wówczas moje pojmowanie. Chodzi się, na dodatek, po sztucznie, nienaturalnie ograniczonej przestrzeni, która utrudnia rozeznanie się w terenie i jest generalnie strasznie niefajna. Parę razy, na jakiś darmowych demach z growej prasy, próbowałam sobie tak sama pochodzić, i jedyne, do czego doszłam, to że widok jest szalenie niewygodny, postać wydaje się osadzona zbyt nisko przy ziemi, a o zagłębieniu się w świat mogłam co najwyżej pomarzyć. No i ta fabuła – gdzie tu jakakolwiek fabuła? Nie rozumiałam, skąd miały brać się jakiekolwiek emocje, skoro jedyne, co się w tych grach robiło, sprowadzało się do łażenia po korytarzach i wybijania coraz liczebniejszych hord przeciwników coraz bardziej wypasionymi giwerami. To nie to, czego w grach szukałam i co mi się w nich podobało, więc szybko zaprzestałam dalszych prób oswojenia się z tym gatunkiem – a potem gry jako takie usunęłam na dalszy plan, bo wkrótce nie było już interesujących cRPG-ów i jRPG-ów, w które mogłam w tamtych czasach zagrać. Tak minęło parę dobrych lat.

Od kilku miesięcy przeżywam tymczasem swój growy renesans, który na dobre rozpoczął się z momentem zakupienia Playstation 3. Tęsknota za uczuciem trzymanego w ręce pada – bo jeszcze w czasie grania na PC odkryłam, że moją największą miłością jest jednak konsola – uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą, i tak z radością dziewczynki, która dostała w prezencie upragnionego kucyka, nadrabiam te wszystkie tytuły, które ominęły mnie w międzyczasie. Z tym, że nie ograniczam się już wyłącznie do konkretnego gatunku – raz, że jRPG przestały zachwycać mnie jak niegdyś, dwa, że cRPG to jednak gatunek w moim odczuciu komputerowy, a trzy, odkryłam, że fabuła jest teraz praktycznie wszędzie. Na początek wzięłam się za wszystkie Unchartedy – i od razu doznałam niespodziewanego olśnienia. Przecież w Unchartedach się strzela, i to strzela się na potęgę, i jest to tak fajne, angażujące i świetnie, że przez pół gry miałam frajdę z fabuły, a przez drugie pół ze strzelania. Więc mój zagrywający się w FPS-y brat miał taką samą frajdę tyle lat temu? Wreszcie to zrozumiałam – a wraz ze zrozumieniem przyszło pytanie, co, jak już przejdę wszystkie strzelanki TPP (third-person perspective), a dalej będę chciała postrzelać? Przeglądając zaległy tytuł za zaległym tytułem, co rusz natrafiałam na pozycje ciekawe z punktu widzenia fabularno-koncepyjno-popularnego, ale z tą nieszczęsną perspektywą pierwszej osoby. Wtedy właśnie postanowiłam wziąć byka za rogi.

Pewnego razu, spędzając wieczór w krakowskiej Artetece, multimedialnej bibliotece, w której można między innymi pograć w gry na Playstation 3, wzięłam do ręki zachwalane przez kolegę Borderlands 2 i postanowiłam być twarda. Po odpaleniu gry włączyło się rewelacyjne komiksowe intro, które momentalnie uderzyło we właściwe struny. Pierwszy zgrzyt nastąpił jednak już przy wyborze postaci. Zastanowiło mnie, dlaczego gra pozwala mi wybrać kolor włosów i stroju bohaterki, kiedy w trakcie gry wcale nie będę jej widzieć. Ma to jakiś wpływ na rozgrywkę, fabułę, cokolwiek? Wątpiłam. Prawdziwe siłowanie z samą sobą przyszło tak czy inaczej już w trakcie rozgrywki, kiedy musiałam zmierzyć się z kolejnym demonem. Widzicie, ja na konsoli gram z odwróconymi osiami – obiema. Gałka do góry to u mnie nur w dół, gałka w lewo to u mnie skręt w prawo, i na odwrót. W grach TPP jest to dla mnie najbardziej naturalna rzecz na świecie, a ilość krwi, której muszę sobie napluć przy tytułach odmawiających odwrócenia sterowania jest monumentalna, uwierzcie na słowo. Problem w tym, że w przypadku FPP ta naturalność się zmienia, bo prawo w prawo i lewo w lewo ma jednak więcej sensu, gdy steruje się nie kamerą, a bohaterem. Była to pierwsza rzecz, którą załapałam grając ten krótki kawałek w Borderlands 2 – i tak naprawdę wcale nie miałam z nią problemu, po prostu taki stan rzeczy zaakceptowałam (oczywiście złorzecząc, ale zaakceptowałam). Szybko jednak napiętrzyły się inne trudności – otóż w grze zaczęła się walka.

O ile chodzenie po planszy z widokiem ograniczonym do prostokątnego wizjera, bez możliwości swobodnego ogarnięcia wzrokiem przestrzeni wokół (bo albo trzeba się zatrzymać, albo się od razu skręci) było jeszcze do przełknięcia – utrudniające i nienaturalne, ale do przejścia – o tyle starcie z ilością przeciwników w liczbie powyżej trzech było już morderczym chaosem. Pozbycie się natręta sprzed nosa nie stanowiło jeszcze wyzwania, ale dostatecznie szybkie obracanie postacią – a tym samym widokiem – okazało się przeszkodą nie pokonania. Błyskawicznie straciłam orientację, gdzie się znajduję, co się dzieje, gdzie mam iść, skąd mnie atakują, etc. etc. – a to coś, co mi się w grach TPP po prostu nie zdarza, choćbym nie wiem jak długo miała się kręcić w kółko. W ten sposób zraziłam się do perspektywy pierwszej osoby ponownie, tym razem całą winę zrzuciłam jednak na karb niewygodnego sterowania – i to wydawało mi się sensowne przez kilka kolejnych miesięcy.

A potem pojawił się Bioshock Infinite i zaczął się szał. O Bioshockach słyszałam oczywiście wcześniej, i to słyszałam dużo dobrego, niezmiennie cały czas żałując, że czemuż, ach czemuż ta seria jest w FPP. Do tych tytułów przyciągały mnie nie tylko recenzje i zachwyty, ale przede wszystkim wizja podwodnego miasta – bo jest podwodne – które wciąż bardzo chcę zwiedzić. Zaczęłam łamać się ponownie (może nawet trochę pomógł mi w tym The Last of Us, bo role zarówno Joela, jak i Bookera z Bioshock Infinite odgrywa ten sam aktor). Tak czy inaczej, postanowiłam być twarda ponownie i w ponownej próbie oswojenia się ze sterowaniem, wzięłam na klatę pierwszą lepszą strzelankę FPP pod ręką: Battlefield 3. Niespodziewanie okazało się, że rola głównego bohatera w Battlefield 3 przypadła jednemu z moich ulubionych aktorów głosowych, Gideonowi Emery’emu, więc natychmiast moja sympatia do tego przedsięwzięcia wzrosła. I właśnie przy nim przekonałam się, co ostatecznie w perspektywie pierwszej osoby gryzie mnie naprawdę.

Teoretycznie, widok z oczu bohatera ma sprawiać wrażenie przeniesienia gracza w sam środek wydarzeń, i tym samym zwiększyć immersję w przedstawiony świat. Tymczasem próbując grać bohaterem odgrywanym przez aktora, którego tak lubię – czyli oczekując, że poprzez odgrywaną przez niego postać będę mogła wciągnąć się w fabułę – odkryłam, że obecności tego bohatera praktycznie w ogóle nie czuję. Nie czując tej obecności, zostałam zmuszona nie tylko do patrzenia przez „wizjer”, ale niejako do bycia tym bohaterem zamiast bohatera – a to mi się już naprawdę nie podobało.  Nie wiem, czy też tak macie, ale oglądając filmy, czytając książki czy właśnie grając w gry, z bohaterem zawsze się identyfikuję, ale nigdy się nim nie staję. Podobnież w grach RPG zawsze miałam zwyczaj narracji per „ona” – zwyczaj, który kilku Mistrzów Gry, z różnymi efektami, próbowało we mnie wyplenić. Oglądając, czytając, czy grając nigdy nie jestem postacią, a tylko z jej perspektywy uczestniczę w pokazywanych mi wydarzeniach. Do tego jest mi potrzebne tę postać widzieć – obserwować, jak się zachowuje, w jaki sposób mówi, jakie wykonuje gesty, jak reaguje; w ten sposób oswajam się z jej charakterem i identyfikuję z przeżywanymi przez nią emocjami. Tymczasem w grach FPP tej postaci nie widzę – czyli tak, jakby jej prawie w ogóle nie było. Szeroka perspektywa kamery zza pleców bohatera jest dla mnie trochę jak narracja umożliwiająca mi pogląd zarówno na środowisko, w którym bohater się znajduje, jak i jego interakcję z nim. Bez niej po prostu brakuje mi wyraźnego punktu zaczepienia.

Tak właśnie odkryłam istotę problemu – moim punktem widzenia fabuły jest kamera zza pleców bohatera, bo widzę wtedy całość, a nie wycinek (naturalnie, w odgórnie ustalonych granicach). Odkąd pamiętam, zawsze doświadczałam w ten sposób fabularnych dzieł kultury – jako obserwator – więc taka wymuszona zmiana perspektywy w grach wybija mnie z rytmu (zawsze odczuwałam też instynktowną niechęć do książkowych narracji w pierwszej osobie). Do tych wniosków doszłam oczywiście na podstawie zaledwie niecałej godziny grania w Battlefield 3, ale równie oczywiście na podstawie sumy subiektywnych doświadczeń zgromadzonych przez lata – i tak samo oczywiście tylko „trochę”, bo to nie tak, że brak obecności bohatera jest barierą nie do przejścia i psujem całej przyjemności z grania. Nie mam już zamiaru skazywać gier FPP na wieczne zesłanie, bo mimo wszystko dalej chcę w te Bioshocki zagrać, a z nimi przyjdzie pewnie i wiele innych ciekawych tytułów. Cieszę się jednak o tyle, że nareszcie odkryłam istotę problemu, bo teraz łatwiej będzie mi się z nim zmierzyć. Kto wie, może odkryję też zupełnie nowy sposób doświadczania gier? Mój obecny „punkt siedzenia” to dla mnie druga najbardziej naturalna rzecz na świecie, ale pierwszym krokiem do wyleczenia jest zaakceptowanie choroby, prawda?

Zresztą, zawsze miałam też wrażenie, że perspektywa pierwszej osoby to trochę pójście na łatwiznę – po co animować całą postać, kiedy można oszczędzić na animowaniu tylko kilku części ciała. Jak widać, z uprzedzeniem tak łatwo się nie wygra – cała nadzieja zostaje teraz w fabule. Na tyle dobrej, wciągającej i wiarygodnej, bym obecności i potrzeby obecności bohatera nie mogła kwestionować nawet przez moment.

To jak? Ma to tyle sensu, ile sobie wyobrażałam?

  • Dada

    Być może Twoja dezorientacja w trakcie walki w grach FPP wynika z faktu, że na padzie się gorzej steruje niż używając zestawu myszka + klawiatura, no ale to tylko takie moje gdybanie, bo oceniam po ledwie kilku godzinach gry na padzie i kilkunastu latach gry na myszy i kawie, więc moja ocena jest dość skrzywiona.

    Co do Twojej teorii – coś w niej jest ;-) Osobiście wolę, gdy bohater w FPP siedzi cicho, abym mógł wejść w grę i być w niej (jego oczy = moje oczy, etc.), natomiast w TPP lubię śledzić przygody bohatera będąc obok niego.

    Swoją drogą, ciekawie w tej perspektywie wygląda sprawa Skyrima czy innych TES’ów, gdzie można wybrać między TPP i FPP. Niby tworzę swoją postać, zbieram fajne wdzianka, a i tak głowa ukryta pod hełmem i wybieram FPP… -.-

    PS. W BioShocki musisz zagrać ;-)

    • No tak, sterowanie FPP na pececie to argument nie do przebicia i jestem tego świadoma – ja jednak wybrałam granie na PS3 w pełni świadomie, m.in. ze względu obawy o życie i zdrowie mojego laptopa ;) Patrząc na cały obraz, wygoda idąca z trzymania w dłoni pada, zamiast kurczenia się przy monitorze i męczenia biednej ręki, jest dla mnie do przebicia ;)

      • Trzy lata temu spaliłem laptopa… tzn. kartę graficzną (w zasadzie to dwa razy, za drugim razem nie opłacało się naprawiać), tak że rozumiem Twoje obawy ;-)

        Z tym kurczeniem się to też różnie – mam dość wygodne siedzisko (uznałem, że nie warto oszczędzać na czymś, na czym spędza się większość czasu), nad przygotowaniem centrum dowodzenia też chwilę spędziłem, więc taki karykaturalny obraz jest mi obcy ;-)

        Na koniec dodam, że intensywnie myślę nad konsolą ostatnimi czasy, co spowodowane jest zbliżającą się premierą GTAV… zatem być może będę zmuszony przeprosić się z padem, do którego nie pałam zbyt dużą miłością, nawet mimo wielu godzin spędzonych nad PES-em którymś tam (i te kciuki potem, jakby drzwiami przytrzaśnięte o-O ).

  • Dlaczego polaryzujesz gry na TPP i FPP? A gdzie platformówki? Gdzie rzut izometryczny? Tak tylko pytam, bo zabrakło mi o nich wzmianki, a ciekawi mnie jak się do nich odnosisz :)

    Osobiście wolę gry FPP. Zawsze wydawały mi się trudniejsze, wymagające więcej skilla. Bo jak sama zauważyłaś nie widzę w nich połowy świata, a jedynie wycinek. Bo nie wiem co mam za plecami i czy mogę się jeszcze cofnąć czy stoję już przyparta do muru. Nie lubię też ludzików, których plecy zasłaniają mi pół ekranu. Ale to tak na marginesie.

    Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że sama sobie robisz krzywdę. Zamiast skupić się na fabule w grze FPP, zapierasz się rękami i nogami, bo „przecież to nie jestem ja!”. Ja nie jestem facetem, ja nie zabijam, ja w tej sytuacji postąpiłabym inaczej. Problem ten znika gdy grasz w grę TPP. Bo tam od razu jesteś do postaci w pełni zdystansowana, nie musisz się nad niczym zastanawiać, ot biegasz za gościem z kamerką. Trochę nie tędy droga, bo forma to coś zupełnie innego niż fabuła. I choć jedno nie istnieje bez drugiego to są to jednak dwa oddzielne byty.

    • Ale… to nie tak, że w grach FPP nagle staję się postacią. Właśnie o to chodzi, że się nią nie staję i wcale stać się nie chcę – chcę ją po prostu obserwować i w ten sposób się z nią zżyć. To nie cRPG, gdzie mogę sobie wpłynąć na fabułę, tutaj jestem po prostu widzem (aktywnym, bo gram, ale widzem). W FPP więc, kiedy zamiast tej postaci dostaję same jej ręce bądź nogi, zaciera mi się perspektywa odbierania wydarzeń. Owszem, forma i fabuła to dwie inne rzeczy, ale właśnie ten wpływ, jakie jedno ma na drugie jest dla mnie kluczowym elementem ;)

      A piszę tylko o FPP i TPP, bo porównywanie FPP do widoku izometrycznego czy platformowego trochę mija się z celem ;) Lubię różne rodzaje gier (w starych Finalach i Residentach jest np. nieruchoma kamera i wszystko gra, postać mam przed oczami), ale akurat nie na nich się skupiłam.

      Zresztą, platformówki? W te w klasycznym tego słowa znaczeniu nie grałam tak dawno, że prawie zapomniałam, jakie to uczucie ^^ Generalnie, bardzo nie fabularne ;)

      • Ale szczerze mówiąc to dla mnie to inne odbieranie fabuły jest trochę… hmmm, dziwne. Przecież fabuła nie zmienia się ani o jotę, tylko dlatego, że kamera jest za plecami postaci! Więcej, nawet jej odbiór nie zmienia się zbytnio. Postaci mogą być dobrze napisane, albo źle, fabuły dobre albo skopane, ale kurde nie są inne, tylko dlatego, że ktoś ustawił kamerę tak a nie inaczej. Z tym dystansem do postaci napisałam tak jak odebrałam Twój tekst.
        Że jeśli widzę coś z oczu bohatera to na logikę ten bohater to ja. A że to nie jestem ja z względów jak najbardziej oczywistych, to cała fabuła dla mnie siada. Nie kupuję tego.

        I już na marginesie. Nie neguję tego, że nie lubisz gier FPP. Twoje absolutnie święte prawo i kwestia gustu, który każdy ma własny. Ale naprawdę nie rozumiem prób tłumaczenia się z tego swojego osobistego podejścia. Bo po pierwsze nie ma ani się z czego tłumaczyć, ani czego wstydzić, ani czego zmieniać. Ludzie są różni.
        Po drugie wszelkie próby tłumaczenia czegokolwiek co jest tak wysoce subiektywne, jak dla mnie są skazane na porażkę i dość mocno bezsensowne. To mniej więcej tak jakbym chciała wytłumaczyć wszystkim dlaczego nie lubię brokułów. Jasne, z ludźmi nie lubiącymi brokułów znajdę nić porozumienia, ale już ludzie przepadający za brokułami popatrzą na mnie jak na kosmitkę. A potem każdy zje swój obiad. Z brokułami lub bez. Dość jałowa to dyskusja, prawda?
        I na koniec, naprawdę nie uważam, że człowiek powinien się do czegokolwiek zmuszać, bo przecież „tę grę wypada znać”. Gier jest dużo, życie jest krótkie i mogę z całą pewnością powiedzieć, że ani Ty, ani ja nie ogramy przed śmiercią wszystkich tytułów, które mogłyby nam się spodobać. Nie ma się więc co napinać i trenować swój gust, żeby tylko odhaczyć Half-Life’a. Szkoda życia.

        PS. Gry można przechodzić też na YouTubie :)

        • Ale… ja się wcale nie chciałam z niczego tłumaczyć, ja tylko chciałam napisać o tym, czemu nie przepadam za FPP :(

          Za to z tym, że fabuła nie zmienia się o jotę to się nie zgodzę. To trochę tak, jak z czytaniem tych samych wydarzeń w książkach, tylko że raz z punktu widzenia jednej postaci, a raz z drugiej – za każdym razem odbiera się je trochę inaczej. Mój przypadek jest znacznie mniej ekstremalny. Perspektywa z oczu bohatera nie sprawia, że się bohaterem staję, ale zaburza mi jego odbiór – niby mam poczuć się wrzucona w sam środek wydarzeń, ale dalej steruję fikcyjną postacią. Słyszę, co mówi, ale nie widzę języka jej ciała, przez co staje się ona taką kukiełką, do której muszę sama dorobić sobie jakąś filozofię – zamiast widzieć ją i interpretować na podstawie jej zachowań. Owszem, gry jako medium mają trochę inne podejście niż książki czy filmy, bo dają nam stery i wywołują w nas poczucie kontroli, ale to dalej nie jestem ja – dalej mam świadomość, że mam w rękach kogoś innego, bohatera. To nie mnie przydarzają się te rzeczy, tylko jemu. I tutaj zachodzi konflikt.

          PS. „Half-Life’a” chcę odhaczyć z powodu Alyx Vance, żeby sprawdzić, dlaczego jest uważana za jedną z najlepszych postaci kobiecych w grach ;)

          PS 2. Granie na YT to nie granie, tylko oglądanie :P

  • pikselPOP

    Liczyłem, że w Twoim wpisie odnajdę odpowiedź na pytanie „dlaczego i ja nie lubię FPP”. I może częściowo odnalazłem, jednak przykład Bioshock Infinite pokazał, że i z tego punktu widzenia da się sklecić przyzwoitą fabułę. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż nie mam najmniejszego pojęcia dlaczego te tytuły mnie tak odrzucają. Dosłownie. Bo o ile Far Cry: Blood Dragon miał genialne wszystko – od settingu po muzykę, to fam fakt iż jest strzelaniną z perspektywy pierwszej osoby sprawił, że nie wytrzymałem z nim dłużej niż kilkadziesiąt minut. A żałuję, bo muzyka wciąż gra mi we łbie ;-)

    • pikselPOP

      PS. Wyjątkiem od reguły jest Mirror’s Edge, w którym ta perspektywa była największym haczykiem i nowum. I mimo że wciąż jej nie lubię, to grę uwielbiam, bo potrafiła mnie zaskoczyć parkourowym podejściem z niecodziennej perspektywy.

    • Ja sie z Toba akurat nie zgodze – bo sa konwencje w ktorych FPP dziala swietnie. Oczywiscie to kwestia gustow, ale.. nie wyobrazam sobie np. Doom 3 w wersji TPP czy innej niz FPP.

      Niektorzy tworcy po prostu potrafia stworzyc odpowiedni klimat przy odpowiedniej perspektywie, aktualnie w wiekszosci sie to udaje.

      Z TPP strzelanek naprawde fajne sa Rainbow Six: Vegas, Ghost Recon Online, The Last of Us (ktore po prostu miecie konkurencje fabularnie).
      Z FPP.. tez nie trudno wymienic: FC3, HL, HL2, F:NV.
      Przerabianie paszy p.t. CoD czy MoH czy BF3 SP to trzeba po prostu lubic – bo jestes jak Rambo w Sciganym ;-) uber zolnierz tluczacy _wszystko_ i gra wymaga glownie skilla a nie fabuly, ktora odpowiada generalnie filmom w stylu Die Hard itp.

  • Michał Zemełka

    „Podobnież w grach RPG zawsze miałam zwyczaj narracji per „ona” – zwyczaj, który kilku Mistrzów Gry, z różnymi efektami, próbowało we mnie wyplenić. ”

    No bo, jak mawiają starzy górale, to już wtedy nie jest erpegie. Nikt nie wie, co to jest, ale na pewno nie erpegie. A na serio – graj, jak ci wygodnie, nie ma sensu się do niczego zmuszać.

  • Na konsoli sie w FPP nie da. Pisze jako user obu – PSek od lat 6, PC od lat 26.

    Natomiast zupelnie osobna rzecza jest odbior roznych gier. Last of Us na PS – genialne, Killzone 2 na PS3 – odpada. Dlaczego? Dlatego, ze w Last of Us steruje _czlowiekiem_ ktory popelnia bledy i trzeba za nie placic (np. „panikujac” i marnujac amunicje), w Killzone, BF, CoD, MoH i innych steruje przekoksem-zolnierzem, ktory powinien umiec strzelac (nawet mimo tych wszystkich „nowosci” gdy nowsze czesci tych gier uczlowieczaja bohatera przez co zaczyna miec prawo popelniac bledy) i trafiac mimo ulomnosci pada.

    Tak czy siak.. Bioshocki polecam, polecam tez System Shock 2, Half-Life’a (1 i 2, aczkolwiek 1 moze byc leciwe graficznie – wtedy radze pograc w darmowe Black Mesa).

    Te gry maja swietny genialny klimat w FPP, a FPP w nich sprawia, ze czlowiek czuje sie wlasnie ograniczony. Bo co za problem w TPP przylegnac do sciany i nie wychylajac sie, skorzystac z kamery zza plecow i spojrzec za rog – czyli tam, gdzie bysmy normalnie spojrzec nie mogli?

    Oprocz tego polecam Fallout: New Vegas – FPP/TPP (mozna sie przelaczyc) i faula jest tam genialna jak sie lubi post-apo (a mowie jako gracz F i F2 po kilkadziesiat razy i z kilkunastoma modami i w wersji „czystej”).

    • Ja akurat należę do graczy, którym oryginalne Fallouty nie podeszły prawie wcale (są tacy?), więc New Vegas brzmi tym ciekawiej ;)

      Ale widzisz, wszystko zależy od nastroju. Jeśli będę chciała zmiażdżyć się fabułą, to wybiorę takie „The Last of Us”. jeśli mam ochotę bezmyślnie postrzelać do kosmicznych potworów, to sobie postrzelam. Proste. Co innego, że potem będę narzekać, że rany boskie, jakie głupie, gdzie tu fabuła – ale przynajmniej sobie postrzelam :P

  • Mikołaj Kowalczyk

    Nie da się ukryć, wyciągasz dosyć ciekawe wnioski, co więcej- wnioski trafne ;)

    Z drugiej strony, przypuszczam, że to nie tylko nawyki starego rpgowca wpływają na Twój odbiór FPS’ów. Problemem jest z całą pewnością również to, że to jeden z tych gatunków robionych pod ‚publiczkę’.

    Najlepszy przykład: Bioshock Infinite. Dobra, chwilami bardzo dobra fabuła która mogłaby posłużyć za podstawę do stworzenia piekielnie mocnego rpga… Opakowana w mechanikę słabego FPS’a w stylu biegnij-i-zabijaj.

  • Pierwsze Fps-y nie przypadkowo były strzelankami, albo symulatorami. Chodziło o dostarczenie pewnej dawki realizmu. Tylko gry z widokiem z pierwszej osoby mogą pokusić się o próbę oddania realistycznie np współczesnego pola walki. Myślę że to jeden z kierunków, w którym pójdą gry. Dostaniemy produkt dzięki, któremu na prawdę poczujemy się „jakbyśmy tam byli”. Nie będziemy (jak to ma miejsce np w grach RPG) niejako śledzić losów bohatera, ale sami nim będziemy. Kosztem pięknie opowiedzianej historii, dostaniemy szczątkową narrację i pełną dowolność podejmowanych decyzji. Do tego okularki 3d na głowę, karabin do łapy bieżnię pod nogami. Nie wiem czy w Twoim przypadku jest sens na „siłę” próbować przekonać się do niektórych Fps-ów. Jest tyle gier do przejścia, ze dla wszystkich wystarczy. Soją drogą czy ktoś pamięta grę „Normality”? Stara gra , w której połączono widok Fps z ciekawą historią i możliwością „czucia” głównego bohatera.

  • Misiael

    Wiem, że bardzo chciałaś, bym wypowiedział się na ten temat, ale nim to zrobię, chciałbym Cię zachęcić do pewnego eksperymentu:

    1. Ściągnij tę grę (legalnie, za darmo, niespełna 3 MB) http://www.scpcbgame.com/scp-087-b.html

    2. Wypakuj.
    3. Weź Relanium
    4. Zagraj
    5. Dojdź do siebie
    6. Zastanów się, czy ta gra miałaby równie dużą siłę oddziaływania, gdyby była w TPP

    • Rozumiem, co chcesz mi przekazać – że fakt sterowania FPP wywoła we mnie strach w znacznie większym stopniu niż zrobiłaby to inna perspektywa. Tak, wiem, że są takie gry. Ale gra oparta na „you find yourself” bez żadnej wzmianki o występującym w niej bohaterze jakoś nie jest pozycją, do której chciałabym zasiadać ;)

      • Misiael

        A ja właśnie lubię FPP z tego powodu, że lepiej widzę świat przedstawiony. W TPP połowę ekranu zasłania mi bohater.

        • Patrz komentarz Swirley poniżej ;)

          • Misiael

            W FPP łatwiej (dla mnie) się nawiguje postacią, celuje, korzystanie z broni i innych gadżetów jest o wiele przyjemniejsze. Fakt, że TPP lepiej wypada w grach zręcznościowo-platformowych, ale przykłady Dishonored i Mirror’s Edge pokazują, że i w pierwszej osobie da się to zrobić przyjemnie i bezboleśnie.

            IMHO kwestia przywyknięcia. A przywyknąć w tym przypadku zdecydowanie warto.

  • Swirley

    Nigdy nie patrzyłam na ten problem pod kątem odbierania fabuły, ale jedynie praktycznie: FPP jest dla mnie niegrywalne. Obszar, który widzę, jest dla mnie zbyt mały bym mogła podjąć decyzję dokąd iść, zorientować się na polu walki, czy choćby cieszyć grafiką. Jest też nieporównywalnie mniejszy od normalnego ludzkiego pola widzenia (tak wiele dostrzegamy „kątem oka”!). Potrafię to zaakceptować w Bioshocku, gdzie postać jest wciśnięta w kombinezon, ale w pozostałych przypadkach używam takiego widoku jedynie by uzyskać zbliżenie na jakiś detal, lub odległego przeciwnika.

    • Tak, ograniczenie obszaru widzenia to poważny problem. Mając tak zawężone pole ani nie czuję się częścią wydarzeń – fabularnie, ani nie jest mi łatwo ogarnąć rozgrywkę – gameplayowo. Jakie jest przeciwieństwo win-win? Lose-lose? ;)

  • emilianda

    Mam dokładnie ten sam problem i nigdy nie wiedziałam czemu tak jest. Zwłaszcza że udało mi się przejść i oczywiście pokochać Half Life’a, a Bioshock’a jakoś nie byłam w stanie strawić. Zawsze myślałam że to kwestia ograniczenia widoczności. Poza tym mam wrażenie że tracę przy FPP refleks. Ale nie pomyślałam że problem może tkwić w tym że muszę być jakby odseparowana od bohatera i go widzieć żeby móc się z nim identyfikować. Swoją drogą ciekawe zjawisko :)