Dlaczego czytanie mang jest lepsze od oglądania anime

Jakiś czas temu postanowiłam, że zamiast męczyć się próbując oglądać anime, zacznę czytać mangi. Nie wiem, czemu nie wpadłam na to wcześniej, bo okazało się strzałem w dziesiątkę: cieszyć się wszystkimi zaletami zwariowanych japońskich historyjek bez narażania się na wszystkie wady ich animowanych odpowiedników. Jednym słowem: tyle wygrać.

Olśnienia dostałam w momencie, w którym dowiedziałam się o wydanej na polskim rynku mandze Black Lagoon – tytułu, który część z Was polecała mi wcześniej, a mnie zaciekawił, tylko że był anime. Nawet przed chwilą włączyłam sobie pierwszy odcinek do przejrzenia na YouTube, ale jak tylko dostrzegłam te wszystkie wkurzające mnie chwyty, czym prędzej przestałam męczyć się dalej. Spoglądam za to na mój skromny stosik świeżo zakupionych mang i ledwo co mogę się doczekać, żeby je wszystkie przeczytać naraz. Dziś więc pozwolę sobie rozpłynąć się nad wszystkimi zaletami świadczącymi o wyższości mangi nad anime – dodając przy okazji, tak jak ostatnio, że piszę za siebie – i zadeklarować w zasadzie, że komiksy, w tej czy innej formie, zawitają u mnie na dłużej. W końcu mam do nadrobienia ogromną dziurę odkąd poprzestałam kupować Dragon Balle po jakimś 24-tym tomie.

Nie, przepraszam – przed Black Lagoon była jeszcze seria Resident Evil: Marhawa Desire, tylko że tej jeszcze nie przeczytałam. W każdym razie, przechodząc do sedna:

1. Czarno-białe rysunki

Mogłabym właściwie poprzestać na samych „rysunkach”, bo sztuką tworzenia całych światów na kartce papieru jestem zafascynowana od lat (może pamiętacie, sama kiedyś rysowałam), ale mangę muszę pochwalić za wybór czerni i bieli. Te monochromatyczne kreski paradoksalnie potrafią kryć w sobie więcej życia niż najpiękniej pomalowany obraz, bo umieją przekazać to życie za pomocą ograniczonych środków – i być znacznie bardziej wyraziste niż kolorowe kadry z anime. I nieważne, czy mowa o delikatnej, niekiedy wręcz niechlujnej kresce Naoko Takeuchi, czy też pełnej detali, bardzo drobiazgowej technice Kosuke Fujishimy (posługuję się starszymi nazwiskami, bo nowych jeszcze nie znam) – fakt, że w tych czarno-białych odcieniach da się zawrzeć całą gamę treści, akcji, a przede wszystkim emocji, niezmiernie mnie zachwyca. Nie mówiąc też o tym, że oszczędność wykorzystanych środków pozwala lepiej skupić się na fabule, w znacznie ciekawszy sposób kadrować wydarzenia, znacznie wyraźniej podkreślać wagę poszczególnych sytuacji. Zresztą specyficzne kadrowanie w mangach – wychodzące poza linie albo w ogóle je ignorujące – to osobna warta pochwały sprawa, bo czyni czytanie bardziej dynamicznym i interesującym. Można by więc poprzestać na tym, że pomimo braku barw, mangi potrafią być równie żywe, ale ja stwierdzę raczej, że są tak żywe właśnie dzięki niemu.

2. Skupiona fabuła

Jak pisałam  w narzekaniach o anime, jedną z najbardziej wkurzających mnie cech jest ich straszliwie powolny rozwój akcji. Bohaterowie stoją i gadają, przy okazji mogą im przemknąć jakieś prywatne spostrzeżenia, których nikt inny przecież nie usłyszy, na domiar złego w tle przewijają się statyczne obrazki,  i tak po pięciu minutach jestem już kompletnie znudzona i na wskroś poirytowana. I to nie wspominając oczywiście o tym, że w kilkudziesięciu-odcinkowych serialach panuje tendencja do zapychania fabuły dodatkowymi treściami, które z główną linią fabularną mogą mieć niewiele wspólnego, a muszą być, żeby seria zamknęła się w wyznaczonej liczbie odcinków. Tymczasem w mangach mamy konkretny scenariusz, który ma do opowiedzenia konkretną historię. Nie ma więc czasu na przestoje i zapychacze, historia jest ciągła i nie rozmienia się niepotrzebnie na drobne, a przy tym można ją pochłonąć we własnym, niczym nie wymuszonym tempie. I tak długotrwałe mierzenie się wzrokiem to tylko i aż fajny rysunek, monologi są zabiegiem stosunkowo bezbolesnym, a sceny akcji (zresztą sceny jakiekolwiek , zwłaszcza te świetnie narysowane) charakteryzują się dynamiką, o jakiej w anime mogę pomarzyć. Krótko mówiąc, czytanie mang to sama przyjemność – z odkrywania fabuły, obcowania z bohaterami, i podziwianiem wykreowanego świata.

3. Różnorodność gatunków

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale manga to największy rynek komiksowy na świecie – nic więc dziwnego, że dla każdego znajdzie się w niej coś miłego. Rozrzut tematyczny japońskich komiksów jest trochę jak TV Tropes – wystarczy raz zerknąć na ciekawą informację, a bez trudno można dotrzeć od zakochanych uczennic zmieniających się w czarodziejki z ciał niebieskich do klimatycznego horroru psychologicznego na podwodnej bazie badawczej (przy okazji zahaczając jeszcze o mashupy europejskich baśni, brudne światy przestępczych karteli, czy, nie wiem, facetów zmieniających się w dziewczyny). Bogactwo gatunków, stylów, konwencji i tematyki to całe niezbadane morze, głębokie i nieprzepastne. Interesują Was kryminały? Nie ma sprawy. Heroiczne fantasy? Znajdzie się. Wielkie roboty naparzające się z gigantycznymi potworami? Musicie pytać? Komedie, dramaty, horrory, romanse – założę się, że nie przeczytacie wszystkich tytułów w obrębie danego gatunku, choćbyście chcieli. I choć szkoda, że na Zachód dociera zapewne jedynie ułamek tego, co wydaje się na co dzień w Kraju Kwitnącej Wiśni, to i tak fajnie, że możemy w miarę swobodnie przebierać w tytułach. Ja ostatnio poluję na wszystkie mangowe horrory. Ta czerń, ta biel, ten klasyczny klimat…

4. Różnorodność stylów

Moja Babcia zwykła nazywać postacie z mang i anime „szczurzymi pyskami”. Inaczej mówiąc, wszystkie twarze wyglądały dla niej tak samo i nic nie było w stanie jej przekonać, że ich design zależał od przyjętego przez artystę/studia stylu. Z mangami jest dokładnie tak samo – jedna może być pełna wielkookich uczennic, w drugiej ledwo da się poznać, że bohaterów namalowała japońska ręka. Z charakterystycznego sposobu rysowania twarzy i sylwetek robi się więc zaledwie wytyczna, którą autorzy mogą sobie dowolnie modelować. Bez trudu można znaleźć mangi o tak realistycznej kresce, że nie staje się ona przeszkodą w odbiorze. Osobiście przywykłam już do wielkookich i długonogich postaci – pod warunkiem, że będą naprawdę ładnie narysowane (bo z animacją, jak wiadomo, gorzej), ale najczęściej mi to po prostu nie przeszkadza. To mówiąc, z mangami rysowanymi w bardziej realistycznym stylu muszę się jeszcze oswajać, bo wciąż wydają mi się… obce.

5. Kompaktowy format

Umówmy się – wydania DVD z całą serią bądź kilkoma naraz kładą kilkanaście lub kilkadziesiąt tomików mangi na łopatki, bo wydanie DVD nie dość, że zajmuje mniej mniej miejsca, to jest do tego znacznie lżejsze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie rozpłynęła się nad najbardziej prozaicznym i dla fabuły, bohaterów czy tematyki punktem zupełnie nieistotnym: kieszonkowy format mang jest po prostu przesłodki. Trochę jak małe kotki i pieski i inne mniej lub bardziej puchate zwierzątka. I nieważne, że czasem trzeba się namęczyć, żeby przeczytać ukryty gdzieś na zgięciu tekst, albo że nie widać drobnego maczku, kiedy postać ma akurat dużo do powiedzenia, albo że czasem manga praktycznie wyślizguje się z rąk, albo że w ogóle palce bolą od trzymania jej ciasno, żeby się nie wyślizgnęła – fakt, że to taka malutka książeczka pełna ukrytych skarbów w zupełności rekompensuje te niedociągnięcia. I nie, wcale nie przypomina mi to o dzieciństwie, kiedy miało się swoje dziecięce zestawy „dorosłych” przedmiotów.

6. Polski rynek wydawniczy

Na pewno wiecie, że jestem wielbicielką rzeczy w oryginale. W filmach i serialach lektora absolutnie nie toleruję, gier nie kupuję w Polsce w obawie przed „pełną polską lokalizacją”, książki w języku polskim czytam tylko te (jeśli już w ogóle), które zostały napisane przez Polaków. Ale mangi uwielbiam czytać w polskim tłumaczeniu – choć przecież mogłabym po angielsku (bo abstrahując od tego, że język japoński to ja sobie mogę co najwyżej pooglądać). Mało tego, podoba mi się wydawanie mang pod polskimi tytułami. A wszystko to podoba mi się nie dlatego, że dzięki polskim wydawnictwom dostęp do mang stał się taki łatwy – chociaż też – ale dlatego, że czytając mangi w języku polskim odczuwam swojskość ich treści. Mangi szczególnie, bo pomimo uniwersalnych motywów są jednak nastawione na japońskiego czytelnika, a więc z wszystkimi jego codziennościami, mentalnościami i rzeczywistością. W anime ta bariera często jest dla mnie zbyt duża do przekroczenia, czytając mangi jestem spokojna, że nie usłyszę krzyków, wrzasków i tego przesłodzonego akcentu, który czasem tak działa mi na nerwy. I niby bariera językowa pomiędzy polskim a angielskim to tyle, co nic, ale jakoś cieszy mnie czytanie o pisankach wysyłanych na Wielkanoc, byciu zajebistym w sporcie, czy grożeniu komuś przez „won mi stąd”. Zwykłe, codzienne i potoczne polskie odzywki przemycone do treści mang częściej bawią mnie bardziej niż humor zamierzony przez autora. Taki efekt Shreka – niby treść ta sama, ale polana bardziej smakowitym sosem.

No dobra, z grubsza to na tyle – choć dodałabym jeszcze, że jeśli w mangach są cycki, to na pewno nie falują, a głupi humor z karykaturalnymi wersjami jest zupełnie nieinwazyjny, bo zajmuje zwykle jeden malutki kadr (zależy od autora, w sumie). I teoretycznie sześć punktów na „tak” to mnie niż dziewięć na „nie”, więc nie wiem, czy przekonałam Was o lepszości mangi nad anime, ale w końcu to nie wielkość się liczy. W tym miejscu dziękuję wszystkim za polecenie mi kilku fajnych tytułów – zbieractwo się zaczęło i jest mi z tym super.

A teraz czujcie się upoważnieni do poprawiania mnie, jeśli napisałam coś niezgodnego z prawdą, bo chętnie się dowiem, co w mangach może kryć się jeszcze :)

  • „Tyle wygrać” to dwa słowa. :D A teraz przeczytaj „Eden!” A potem zrecenzuj, bo to jedna z najlepszych historii SF, jakie w życiu czytałam.

    • 1-wszy tom leży u mnie od czasów gimnazjum, chyba dzięki Wam nadrobię zaległości.

    • Wiedziałam, że to wróci ugryźć mnie w tyłek :P

      Natomiast co do „Eden”, bardzo chętnie – poczytałam i wygląda na coś, co może mi się bardzo spodobać, ale tak jak mówi Akedeia, żaden sklep nie ma już go w ofercie… Allegro ma w tym momencie wystawione tylko kilka tomów. To samo miałam z mangą „Island”, też wydaną w Polsce dawno temu, której też nie da się już nigdzie kupić :(

      • Zawsze są skanlacje albo pożyczka. W Krakowie działają chyba jeszcze jakieś kluby mangowe, prawda?

      • Akedeia

        Jak mieszkasz w dużym mieście, to możesz spróbować popatrzeć, czy któraś z bibliotek nie ma półki z komiksami i czy tam nie znajdą się jakieś starsze mangi :)

      • Krzysztof Bilski

        Jeśli nie będzie absolutnie żadnego sposobu, aby znaleźć daną mangę w fizycznej formie, to proponuję poszukać w internecie w wersji angieskiej na http://www.mangatraders.com :)

  • Akedeia

    Będąc Twoją czytelniczką od jakiegoś już czasu (pisałam o tym raz na fejsie :)), cieszę się, że mogę poczytać sobie o mangach u Ciebie xD. Zdecydowanie mangi lubię, anime zaś raczej nie oglądam, więc w sumie zgadzam się z Twoim punktem widzenia (chociaż nie powiedziałabym, że mangi są lepsze od anime – inne medium, jednym odpowiada bardziej, innym mniej). W każdym razie, parę uwag ode mnie (czyli od kogoś, kto w tym biznesie także nie siedzi długo):
    Czarno-białe rysunki nie zawsze są przejrzyste, chociaż to zależy od autora. Czasem tak napaćkają tymi rastrami wszystkimi i dodadzą różnych szczegółów, że ciężko się rozeznać, co gdzie i jak (osobiście nie lubię bardzo rastrów w mangowej wersji Madoki). Czasem też ciężko rozeznać się w scenach walki, chociaż to zależy od autora (podobnie mam ze sportówkami – w sumie jedyne mangi, których jestem skłonna obejrzeć animowany odpowiednik). Z drugiej strony czasem jest strasznie pusto na kadrach – puste tła (np. Dogsy – fajna manga od Waneko, też możesz spróbować), albo rastry (często w shojkach) zamiast rysunków.
    Z fabułą także jest różnie – na pewno jest ona inaczej przedstawiona (często rzeczywiście bardziej skondensowana od anime), ale tutaj dużo zależy od gatunku i targetu. Czytając którąś z kolei mangę zaczyna się dostrzegać niektóre schematy i wątki typowe nawet nie dla kultury popkulturalnej jako takiej, tylko dla mangi.
    Gatunków i różnych wariacji rzeczywiście jest dużo – jednak jak każde medium niektóre są bardziej popularne, inne mniej. Fajnie, że niektóre typowe są dla mangi (patrz: mecha czy mahou shoujo), jednak takiego typowego high fantasy dla zachodniej kultury nie ma stosunkowo dużo. Bardzo dużą różnicę robi też, do kogo manga jest skierowana (albo w sumie precyzyjniej – do kogo skierowane jest czasopismo, które tę mangę w odcinkach publikuje).

    Ale już się cieszę na następne wpisy o mangach xD.
    @Rusty_Angel:disqus mogę się mylić, ale Eden w całości jest raczej trudno dostępny, chyba że chodzi o obcojęzyczną wersję albo o skanlacje :)

    • Serio? Trudno mi powiedzieć, ja kupowałam na bieżąco od pierwszego tomu, więc mam całość na półce. Z czym właściwie jest problem?

      • Akedeia

        Głównym problemem jest to, że Egmont wycofał się z wydawania mang w Polsce, więc od dawien dawna brak dodruków. Niektóre sklepy prawdopodobnie mają jeszcze po parę tomów do sprzedaży, a i na allegro można coś trafić po niskiej cenie, ale… no właśnie słyszałam, że jest duży problem z pojedyńczymi tomami – niektóre się przewijają, niektórych wcale nie można dostać. Cóż, zawsze zostaje import.

  • rob

    myślę że mówienie mangi są dobre anime złe lub vice versa jest zbytnim uproszczeniem nakręcono tysiące anime i chyba narysowano dziesiątki tysięcy mang w tak wielkich zbiorach będą siłą rzeczy dzieła wybitne przeciętne i tak złe że nikt nie wie kto był tak napruty by je wydrukować bądź nakręcić dlatego znajdziemy przegadane mangi i anime niemal bez słowa mangi gdzie akcja się wylewa z każdego kadru i anime gdzie akcja niemal nie występuje w klasycznym rozumieniu tego słowa bo tytuł opowiada o jakimś dramacie np.grobowiec świetlków itd itd tu dochodzi jeszcze kwestia gustu bo co jednego drażni w mandze anime innego może przyciągnąć co zresztą daje potem twórcom do autoparodystcznych zagrań gdzie potrafią bezlitośnie wyszydzać fanowskie zaślepienie ;)co do black lagoon to przyznaje że pierwsza połowa pilota nie co się dłuży ale potem serial się wyrabia moje ulubione epizody to starcie roberty z revy demolka jak się patrzy ;) oba media łączy też szeroki rozrzut od sportu w tym dyscyplin słabo znanych w polsce po heroic fantasy a nawet ostre porno

    • Rob, oczywiście, że upraszczam i naginam rzeczywistość pod własne widzimisię – przecież wiadomo, że nie można sprowadzać formatów treści tylko do jednego albo drugiego. To po prostu taka metoda podkreślenia, co mi się w jednym medium podoba, a co w drugim nie ;)

  • Mam wrażenie, że trafiałaś na same słabe anime i stąd Twoja niechęć do nich, bo cechy, które opisujesz tutaj i w notce „9 rzeczy, które wkurzają mnie w anime” na pewno nie dotyczą wszystkich tytułów, a jedynie pewną część.
    Manga oczywiście ma te wszystkie zalety o których wspominasz, ale znów – nie każda.
    Czarno-białe rysunki oczywiście robią wrażenie, ale też nie w każdej serii, bo niekiedy potrafią być naprawdę paskudne.
    Fabuła zazwyczaj jest skupiona, ale jest też sporo mang (głównie tych dla młodszego odbiorcy), w których wlecze się niemiłosiernie (by wspomnieć choćby o „Bleachu” czy „Shingeki no kyojin”). Z anime jest w gruncie rzeczy tak, że jeśli jest produkcją wieloodcinkową (a takich powstaje obecnie bardzo mało, z tego względu, że się to nie opłaca) opartą na wielotomowej serii mangi, która wydawana jest na bieżąco, to siłą rzeczy muszą się w niej znaleźć jakieś wypełniacze. Natomiast jest też bardzo dużo anime, które opowiadają jedną, konkretną historię i mieszczą ją w kilkunastu, czasem dwudziestu paru odcinkach, nic nie dodając ani nie spowalniając.
    Różnorodność gatunków jest tu argumentem trochę chybionym, ponieważ zarówno manga jak i anime mogą się nim pochwalić.
    Co do formatu, to zgodzę się – takie małe tomiki prezentują się naprawdę dobrze.
    No i kwestia polskiego rynku, który naprawdę się rozrósł i tytułów na nim wydawanych jest dość sporo. Też się cieszę, że jest taki efekt swojskości, choć to akurat zależy od tłumacza. No i w gruncie rzeczy nie przeszkadza mi japońskość (ani w anime ani w mandze), bo będąc po studiach japonistyki jestem do niej przyzwyczajony i gdzieś ją tam rozumiem. Mam też to szczęście, że mogę czytać również w oryginale.
    Na koniec chciałbym Ci polecić dwa tytuły anime, które moim zdaniem warto obejrzeć – może zmienią troszkę Twoje zdanie o tym medium. Są to „Ergo Proxy” oraz „Shin Sekai Yori”. Problem możesz mieć trochę z rozwojem akcji (to trochę psychologiczne anime i nie zawsze akcja stoi tu na pierwszym miejscu), ale jak już wejdziesz w ten świat, to gwarantuję, że ciężko się będzie z niego wyjść. Zwłaszcza, że nie ma tu denerwujących wstawek humorystycznych, cycków i tym podobnych, a obie serie mają po dwadzieścia parę odcinków. Polecam z całego serca, ale oczywiście wybór należy do Ciebie :)

    • Kurcze, czy „Tenchi Muyo”, „The Vision of Escaflowne”, „Neon Genesis Evangelion”, „Dragon Ball”, „Death Note” to są złe anime? Nie sądzę, żeby zdarzyło mi się obejrzeć jakiegoś totalnego gniota, a zawsze starannie wybieram tytuły pod siebie;)

      No i oczywiście, że te i poprzednie rzeczy nie dotyczą wszystkich przypadków, że nie da się tak generalizować i że w ogóle to nawymyślałam. Chciałam jednak wyraźnie podkreślić to, co mi się podoba albo nie pasuje – a jak lepiej niż przez generalizację? ;)

      „Ergo Proxy” próbowałam, ale statyczna animacja mnie zabiła. Ja naprawdę nie mam nerwów do tego stylu :(

      • Takie było tylko moje wrażenie, z tymi kiepskimi anime.
        Szkoda, że się jednak nie przekonałaś do „Ergo Proxy”. Zachęcam w takim razie do „Shin Sekai Yori” Choć z animacją możesz mieć problem, to mimo wszystko bardzo gorąco polecam, bo fabuła jest wyjątkowa i bardzo głęboka – to moje ulubione anime, a wydaje mi się, że jest dość mocno niedocenione. No, a jak się nie spodoba, to zawsze możesz sięgnąć po mangę (nie ma jej na polskim rynku, ale bez problemu znajdziesz w sieci).

      • rob

        na morzu anime na pewno są i takie które by w twoje gusta utrafiły problem jest tylko jak na tym morzu znaleźć swoje wyspy :) (prawie jak coehlo :D )

  • Wiem, że zestawienie subiektywne i wiem, że właściwie jesteś na samym początku swojej przygody z mangą, ale po prostu nie byłabym sobą gdybym nie wypisała kilku kontrprzykładów. Wybacz!

    1. Czarno-białe rysunki owszem są fajne, ale czasami naprawdę zaciemniają obraz. W takim dynamicznym „Attack on Titan” czasami ciężko się skapować co akurat znalazło się w kadrze. A jak się doda kolor (w anime) to problem znika.
    2. Skondensowała fabuła – kłaniają się rozwlekłe tasiemce w stylu „Naruto” czy „Bleach”.
    3. Różnorodność gatunków – niby tak, ale z drugiej strony Japończycy mają niebywałą skłonność do mielenia tych samych historii osadzonych w różnych gatunkach. I tak np. haremówki są identyczne, przygodówki są identyczne itd. Poza tym, anime WYRASTA z mangi, więc różnorodność gatunków jest i ty i tu :p
    4. W anime różnorodność stylów też występuje! Chociażby „Puella Magi Madoka Magica” czy „Obekamonogatari” coby daleko nie szukać. Jest nawet jeszcze lepsza bo wzmocniona animacją i kolorem!
    5. Kompaktowy format zagraca półki :p Ale niech będzie, że jest słodki. Anime też możesz oglądać „po swojemu”.
    6. Polski rynek to padaczka. Całkiem dosłownie. Na serie trzeba czekać nawet po kilka lat, wiele perełek nigdy nie doczekało się wydania nad Wisłą. Wznowień brak. Naprawdę daleko nam do rynków zachodnich.

    No i w mangach są cycki i tak, skaczą. I jest jeszcze dużo innych świństw :p

    • Mogą być tylko narysowane jakby miały skakać – póki na kartkach papieru nie będzie się dało umieszczać animacji, to nie skaczą :P

      • Ale przecież o to chodzi w komiksach, żeby w statycznych kadrach imitować ruch! Więc tak, skaczą :p

  • 11

    Przygodę z kulturą japońską, jak wielu, zaczynałam od anime właśnie. Nudziła mnie jednak ciągnąca się fabuła, trwające kilka odcinków pojedynki i sceny-zapychacze. Nie oglądałam tego wiele, aczkolwiek trafiłam na wyjątek – „Death Note”, od którego nie mogłam się oderwać. Obecnie przerzuciłam się na dramy – i bliżej życia, i kultury.

    • Dramy w sensie telewizyjne seriale aktorskie? Bo takich to zupełnie nie próbowałam, no i chyba wolałabym chińskie ^^

  • rumiko

    Jeżeli chodzi o poszukiwanie brakujących tomików, to można zajrzeć np. na stronę yatta.pl, gdzie pełno tomików z rozmaitych wydawnictw :)