Defiance: Defiance, Defiance, co z ciebie wyrośnie

defiance-f

[1×01-02 „Pilot”] Myśląc o Defiance trudno powstrzymać się przed nazwaniem go jedną z najbardziej oczekiwanych premier tego roku. Od czasu anulowania Stargate Universe prawdziwe science fiction nie ma szczęścia w przebiciu się z powrotem na mały ekran, dla miłośników gatunku miał to być zatem jego wielki powrót do ramówki. Dobrze widać, że stacja SyFy chciała z tego powrotu zrobić hit – ale równie dobrze widać, że Defiance jeszcze do niego daleko.

Mimo wszystko nawet przy zachowaniu największej ostrożności trudno było mi się całkowicie przed tymi oczekiwaniami ustrzec. Pomimo tego, że pierwsze obawy wzbudzała we mnie już sama stacja, a w wypuszczanych po kolei trailerach straszliwie raziła mnie sztuczność i pompatyczność, do końca nie potrafiłam wyzbyć się nadziei, że ten serial może okazać się właśnie tym, na co czekałam. Po pilocie ta nadzieja zostaje ze mną nadal, a choć teoretycznie nie powinno być to złe, szkoda, że Defiance już na starcie musiał mi te wszystkie obawy – zamiast rozwiać – potwierdzić. Tym samym od samego początku muszę zaznaczyć, że jeśli szukacie serialu science fiction z prawdziwego zdarzenia, poczekajcie, aż Defiance nieco podrośnie. Może wtedy coś z niego wyrośnie.

Problemów mam tym serialem kilka, a każdy z nich poważny. Warto zacząć od tego, w jak banalny sposób zostało zrujnowane wspaniałe otwarcie – jedno z najfajniejszych i najlepszych, jakie zdarzyło mi się w serialach widzieć. Otóż główny bohater, Nolan, i jego votańska córka Irisa zmierzają w stronę wraku, który spadł z orbity. Wraków takich jest sporo, bo kosmiczne śmieci, zostawione po wojnie na pastwę losu, dryfują w przestrzeni aż nie ściągnie ich grawitacja planety, można więc zrobić z nich życiowy biznes i parać się powszechnym zbieractwem. Takim właśnie zbieractwem zajmuje się para bohaterów. Tak czy inaczej, Irisa jest na Nolana wściekła za jakieś wcześniejsze wydarzenie, i się do ojca nie odzywa. Ten próbuje złagodzić sprawę, więc puszcza wesołą piosenkę i zaczyna śpiewać. Widać, że to piosenka, która coś dla dziewczyny znaczy. Chwilę się opiera, ale gdy przychodzi nowa zwrotka, przyłącza się do śpiewania bez słowa. Wszelkie fochy od razu topnieją, atmosfera robi się weselsza i można się naprawdę uśmiechnąć – ale co ważniejsze, od razu zostaje pokazana cała natura relacji pomiędzy tą dwójką. Nie trzeba jej mówić, wystarczy ją tylko pokazać. Niestety, szybko okazuje się, że ten fragment był tylko przejawem błyskotliwości scenarzystów, bo cała reszta pilotowego odcinka niemal nachalnie podstawia nam pod nos wszystko, czego gdzie indziej moglibyśmy się powoli domyślić.

Irisa i Nolan już po kilku minutach trafiają do miasteczka Defiance, ale zanim dochodzi do przekroczenia jego bram, włącza się kolejne światełko ostrzegawcze. Wrak, który z powodzeniem udało im się ograbić, zostaje oczywiście odnaleziony przez inną, znacznie liczebniejszą grupę. Okradzeni i zmuszeni do ucieczki, bohaterowie ledwo umykają z życiem. W ostatniej chwili zostają uratowani przez tajemniczą trójkę, która od razu zapewnia, że są z nimi bezpieczni – na co Nolan tylko oddycha z ulgą, jakby to oznaczało cały koniec jego zmartwień. W pierwszym momencie okropnie się zdziwiłam, że jak to, ratuje ich grupa nieznajomych i momentalnie zostają najlepszymi przyjaciółmi? Musiałam sobie ten fragment przewinąć, inaczej uciekłby mi fakt, że przywódca miał przypiętą do płaszcza odznakę szeryfa. Wszystko się, rzecz jasna, dobrze kończy – tylko trochę zabrakło informacji, która w pełni by te wątpliwości rozwiała.

defiance-02

W każdym razie bohaterowie trafiają do Defiance akurat w momencie, gdy odbywają się uroczystości związane z rocznicą zawieszenia broni. Na podium przemawia właśnie świeżo mianowana pani burmistrz, Amanda, szczegółowo opowiadając o tym, jak to wojna z Votanami została zakończona, w międzyczasie przedstawiając zgromadzonej publice (i zarazem widzom) dwie ważne dla miasta rodziny: McCawleyów, ludzkich właścicieli tutejszych kopalni, oraz Tarrów, castithańskich przedsiębiorców. Po tajnych spojrzeniach, jakie przesyłają sobie ich nastoletnie dzieci od razu widać, że mamy do czynienia z rodzinami Monteccich i Capuletich, tym bardziej, że głowy rodów nawet podczas pozowania do tłumu nie przegapią okazji, żeby sobie dogryźć. Chwilę później następuje scena, jak to Amanda obawia się swojej nowej roli, bo przecież nigdy nie była burmistrzem, i bla bla bla – dokładnie w tym momencie pojęłam, że Defiance będzie chciał prowadzić mnie po fabule jak za rączkę, przy każdej możliwej okazji niemal tłukąc mnie po głowie oczywistościami. Niezgrabny, wystudiowany, sztuczny, płytki i pozbawiony polotu to tylko kilka przymiotników, jakie nasuwają mi się na określenie tego scenariusza.

Niemal każda scena – zwłaszcza dialogu – jest w tym pilocie dokładnie zaplanowana, ale tak dokładnie, że wydaje się całkowicie wyprana z jakiekolwiek naturalności. Aranżacja większości z nich jest tak dosadna, że nie zostawia żadnego marginesu dla odrobiny subtelności. Nie trzeba się tu domyślać, że Amanda obawia się rządzenia miastem, bo nam to dokładnie mówi. Nie trzeba się domyślać, jak wiele napracowała się Kenya, żeby uruchomić swój przybytek, bo od razu się tym chwali. I nie trzeba prawie żadnego myślenia, żeby od początku do końca przewidzieć przebieg praktycznie wszystkich wydarzeń. W pilocie Defiance nie ma prawie grama oryginalności – wszystko jest tylko kalką znanych motywów, odpowiednio przemieloną na potrzeby postapokaliptycznego otoczenia.

Ale brak oryginalności to jeszcze nic, gdyby pilot w jakiś sposób nadrabiał aktorstwem. Tymczasem znalazłam tu tylko trzy postacie, w których można zauważyć jakąś iskrę: to Irisa (Stephanie Leonidas), to do pewnego stopnia Nolan (Grant Bowler), oraz z całą pewnością Stahma Tarr (Jaime Murray), żona castithańskiego przedsiębiorcy. U nich jedynych udało mi się dostrzec szczyptę charakteru, a już zwłaszcza na tle obsady drugoplanowej. Trójka nastolatków błąka się pomiędzy kadrami zupełnie bez pomysłu, ojciec nie zmienia wyrazu twarzy bez względu na teoretycznie targające nim emocje, a pozostali kurczowo trzymają się nałożonych ich postaciom ram, przez co nie wyróżniają się absolutnie niczym. Julie Benz z kolei wydaje się, jakby zupełnie nie czuła jeszcze swojej roli, bo choć gra poprawnie, to Amanda jest póki co pozbawiona głębszego wyrazu. Byłoby naprawdę fajnie, gdyby się wszyscy ostatecznie rozkręcili, bo w końcu nawet na ogranych postaciach można stworzyć ciekawy materiał.

To jeszcze jednak nie koniec. Aktorstwo aktorstwem, ale nie można zapominać, co się pod nim kryje, a bohaterowie Defiance akurat też nieszczególnie mają się czym pochwalić. Wysuwający się na pierwszy plan Nolan to były żołnierz, jeden z pierwszych, którzy propagowali zawieszenie broni, ale który od czasu wojny błąka się po świecie, zbierając złom i wychowując uratowaną z rąk oprawców Votankę. Ale poza tym, że pozuje na cwaniaka i twardziela, w gruncie rzeczy ma dobre serce i wie, że czasem trzeba się w imię dobra poświęcić. Żadna niespodzianka, przy odpowiednim przedstawieniu sprawy jestem w stanie to kupić. Problem w tym, że pilot na razie tej sprawy odpowiednio nie postawia, bo Nolan jest jaki jest, bo tak. W trakcie odcinka dowiadujemy się oczywiście tych czy innych faktów z jego przeszłości, ale to dalej są same fakty. Emocjonalnego odniesienia można tu szukać ze świecą. I to problem, bo czemu ma mnie interesować postać zupełnie papierowa, choćby była i fajnie zagrana? A jeszcze bardziej szkoda faktu, że najciekawsza dynamika w Defiance, która Nolana najlepiej definiuje – czyli pomiędzy nim a Irisą – spada później na dalszy plan.

defiance-03

Znacznie lepiej prezentuje się sama Irisa. Buntownicza, małomówna, cynicznie nastawiona do świata i pozbawiona złudzeń co do jego kształtu – a więc nie nieznośny bachor plątający się pod nogami – to chyba jedyna postać, której charakter jest wyraźnie skonstruowany w oparciu o konkretne wydarzenia z przeszłości (które w dużym stopniu w pilocie poznajemy). Dzięki temu jej zachowanie od razu wydaje się naturalne, tym bardziej że Stephanie Leonidas faktycznie nieźle sobie z tą rolą radzi. Jednak najlepiej, i to ze wszystkim, radzi sobie Stahma Tarr, która jest uległą żoną swojego męża tylko na pierwszy rzut oka. Tak, jak większość dialogów w Defiance, tak i jej pokrętne słówka szeptane do ucha brzmią nieco zbyt wymownie, ale nie ulega wątpliwości, że zdołała pokazać się jako podstępna manipulatorka, która jest rzeczywistym mózgiem swojej rodziny. Stahma już na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo złożoną postacią – matka, żona, polityczny mastermind – więc tu akurat tylko czekać, co z jej planów się urodzi.

Zresztą, cała intryga zarysowana w Defiance na szczęście wykracza poza „niechętny szeryf obejmuje kontrolę nad kipiącym od wewnętrznych nienawiści miasteczkiem” – a intryga ta rysuje się nawet smakowicie – jednak problem w tym, że to, co zaprezentował mi pilot serialu stawia mnie w dość ostrożnej pozycji. Na ten moment mogę Defiance jedynie życzyć sukcesu, ale niekoniecznie sama go dostrzegam. Zbyt powierzchowny scenariusz, zbyt powierzchowni bohaterowie i nawet zbyt powierzchownie przedstawiony świat nie nastrajają mnie szczególnie optymistycznie. Nie mówię nie, na ten moment na pewno będę oglądać dalej, ale czar prysł, pozostaje teraz tylko wymarzyć nowy.

Choć Defiance w pilocie nie spalił się całkowicie, a wręcz zawarł kilka interesujących elementów i nakreślił obiecującą fabułę, ewidentnie można dostrzec, że premierowy odcinek nie udźwignął spoczywającego na nim ciężaru. Jedynym sposobem, w jaki stacja SyFy może rzeczywiście zagwarantować sobie hit będzie znaczące popracowanie nad scenariuszem, bohaterami i kreacją swojego świata. W przeciwnym wypadku ich serial, science fiction czy nie, po prostu zniknie w tłumie całkowitej przeciętności.

  • Się zastanawiałem, czy obejrzeć, czy może jednak zaczekać. Teraz już wiem, że lepiej będzie poczekać. Się poprawi, to obejrzę :]

  • Jak widać każdy patrzy na coś innego.

    Powiem tak – bardzo chciałem, żeby mi się Defiance podobało i miałem wrażenie, że Ty jesteś bardzo optymistycznie nastawiona, podczas gdy ja miałem okropne przeczucia. :)

    Ogólnie jestem zachęcony, ale to chyba zasługa autoincepcji ;)

    Gdzieś u podstaw mamy bardzo ciekawy pomysł – obca rasa przybywa na Ziemię pchnięta koniecznością, nie chcieli wojny, w ogóle nie wiedzieli, że ktoś tu jest, oczywiście wszystko się sypie i mamy ciekawy świat – trochę zterraformowany (czy raczej trochę zvotaformowany?), niegościnny dla wszystkich, zrujnowany wojną.

    Tylko co z tego, skoro pomijając naciąganie motywu fefnastu ras Votan, są one tak niesamowicie nudziarsko i nieciekawie przemyślane. Bladzi kosmici, rudzi kosmici (myślałem, że chociaż malunki będą mieli inne, ale szybko okazało się, że krewni Irisy mają jednakową kropkę i łuk), biali kosmici z siateczką na skórze… bleh. Do tego nawet nie próbują być nieludzcy. Ja wiem, że stereotypy są fajne, ale można by chociaż stworzyć jakieś pozory, że mamy tu obcych.

    Nierówne efekty specjalne – miejscami super, miejscami dramat.

    Irisa fajna choć niewiele pokazała. Nolan wpierw mnie wystraszył udawaniem cpt. Reynoldsa, ale jednak nie jest kalką, są podobieństwa ale nie ma poczucia wtórności, wiele sobie obiecuję po tym gościu, chociaż jako stróż prawa będzie mu trudniej funkcjonować tak jak w pilocie. Julie Benz jest drażniąca niestety. Poza rozmową w gabinecie z Nolanem, gdzie było fajnie. Siostra wypadła fajniej. Chętnie zobaczę też więcej orangutana z małym pieskiem.

    Muzycznie baardzo czuć BSG :)

    Fabularnie… ehhh no zobaczymy, ale utykanie na jedną nogę… strasznie lamerskie i pisane na kolanie :) Niestety serial jest drogi i już widać, że Romeo i Julia dla nastoletniej widowni zostali dopchnięci i nie zapowiada się tam nic oryginalnego. Maksymalizacja targetu jak mniemam. Przede wszystkim zobaczymy, co też planowane jest jako metaplot, jak się okazało kulka była tylko do pilota.

    Generalnie chyba błędem jest oczekiwanie tutaj „prawdziwego science fiction” jak piszesz w pierwszym akapicie. Ale są kosmici i kosmiczni kowboje nawet jeśli nie latają rozklekotanym firefly ;). Dlatego Defiance zdecydowanie nie przekreślam pomimo całego tego marudzenia.

  • Odrobinę się będę pastwić:

    „coś niego wyrośnie” – coś z niego wyrośnie

    „aż nie ściągnie ich atmosfera planety” – aż nie ściągnie ich grawitacja planety, atmosfera może co najwyżej przyczynić się w wyniku tarcia do spowolnienia względnie spalenia

    „za wściekła za” – wściekła za

    „fochy od razu topnieją” – lody topnieją, fochy mijają – Wiedźma przecież to nie brzmi, czytałaś ten tekst na głos?

    „Nie trzeba jej mówić” – o niej mówić/jej pokazywać

    „dwa ważne dla miasta rodziny” – dwie

    „Po tajnych spojrzeniach” – skrytych/ukradkowych/utajonych

    To tak na szybko. ;)

    Co do serialu to „imba syf”, że zacytuję klasyka. Nie nastawiałem się mając na uwadze stację i dobrze zrobiłem.
    Mam również silne przeczucie, że kolejny ich projekt – Helix – zostanie spartolony w podobny sposób.

  • Aeth

    @Marcin, dzięki, fajnie, że zwracasz uwagę na szczegóły :)

    Ale nie krępuj się, możesz spokojnie sprawdzić cały tekst „na wolno”. Przy okazji może masz ochotę sprawdzić wszystkie pozostałe? Na pewno porobiłam w nim mnóstwo błędów ;)

    @Craven, jeśli miałabym zliczyć wartość mojego oczekiwania, wyszłoby mi tal 60% na nie, 40% na tak. Teraz jestem 70% na nie, 30% na tak, czyli niewiele się zmieniło ;)

    Generalnie nawet nie wysuwam się z porównaniem jednego kosmicznego westernu do drugiego, bo „Defiance” i „Firefly” to dwa zupełnie inne klimaty, ale domieszka rasowego sf jest dla mnie na tyle duża, że oczekiwania wzrosły. Ale kosmitów mogli rzeczywiście zróżnicować ;) (choć to tak naprawdę tylko dodatek, scenariusz i fabuła są dla mnie najważniejsze).

  • Mam jak Craven – obcy nie są obcy (równie dobrze mogłyby to być zwykłe gangi), niczym się nie wyróżniają. Są nudni, nic nie wnoszą i mogłoby ich nie być. Jedyni interesujący to Volge – mają mechy i ciut się kojarzą z Mutant Chronicles (RPG, nie filmem :P). Ogólnie jestem zawiedziony, szansę dam, ale będzie pewnie z tego drugi pierwszy sezon Falling Skies.

    Aeth, zobacz „Borealis” – niestety, tylko pilot raczej będzie: koncepcja w pewien sposób podobna (x frakcji w jednym miejscu), za to wykonanie lepsze i silniej zarysowany ciekawy konflikt ze sporą dawką polityki.

  • Aeth

    Uuu, w „Borealis” gra Ty Olsson, plus widzę parę kanadyjskich nazwisk, które kojarzę z ichnich seriali. Zdecydowanie obejrzę – ale to ma byś serial czy po prostu film telewizyjny? W necie są sprzeczne informacje…

    • O ile wiem, miał być serial, powstał tylko pilot. Ponoć wątpliwe, żeby wyprodukowali dalsze odcinki, ale kto wie.

  • Ja jestem dobrej myśli. Może i jestem naiwny i chcę żeby to był dobry serial dlatego wolę patrzeć na pozytywy i wmawiać sobie że pilot to tylko przedsmak, drobne zarysowanie postaci i świata, a kolejne warstwy będą nakładane później. Może i bohaterowie są płytcy bez wyraźnej historii, ale w zaprezentowanych ramach można dużo zaprezentować. Przy odrobienie umiejętności przerodzą się w prawdziwych ludzi. Liczę też, że niektóre wątki nie będą ciągnęły się w nieskończoność. Mam obawy, że serial pójdzie bardziej w kierunku Terra Nova, ale wierzę że będzie inaczej.
    Co do kosmitów i całego backgroundu – podoba mi się. Zniszczona Ziemia w połowie terraformowania, z nowymi instytucjami państwowymi i zdziesiątkowaną ludnością. Obce rasy to humanoidzie i na razie mało zróżnicowani, ale tylko z pozoru. Cieszy mnie ogromnie że mówią swoimi językami i z biegiem czasu serial będzie się zagłębiał w ich kulturę i społeczeństwo i powinni wyjść poza przedstawione archetypy.
    Może nie będzie tak źle. Może…

  • Jak dla mnie Defiance to wielkie rozczarowanie. Po pilocie obejrzałem jeszcze jeden odcinek, i niestety, odrzuciło mnie. Tak naprawdę jedyne, do czego można nie mieć zastrzeżeń to muzyka Beara McCrearyego.