Wiecie, po czym poznać dobry konwent? W moim odczuciu po trzech rzeczach: programie tak bogatym, że nie wiadomo, na co się wybrać; zróżnicowaniu tematycznym atrakcji; poziomem organizacyjnym i otwartością organizatorów. Właśnie opisałam cały tegoroczny Copernicon. Od teraz na konwenty jeżdżę tylko do Torunia!

Z nowymi doświadczeniami jest jak z kupowaniem czekolady bez podglądania: albo kupimy dobrą czekoladę, albo kupimy złą. Nie każda czekolada będzie nam smakować, nie każde nowe doświadczenie będzie nam się podobać. Właśnie dlatego mocno obawiałam się swojego zaplanowanego wyjazdu na daleką polską północ, na konwent, którego nie znam, i do miasta, w który jeszcze nigdy nie byłam. Do tego nie lubię podróży samych w sobie, a moje ostatnie spotkania z konwentami kończyły raczej dość wyraźnym rozczarowaniem. Na swoje szczęście mój debiutancki Copernicon, nawet jak na konwent zasadniczo mi nieznany, miał na swoją obronę aż trzy rzeczy jeszcze zanim w ogóle spakowałam walizkę: pozytywną renomę wśród fandomu (nie znam osoby, która była na Coperniconie i miała o nim złe rzeczy do powiedzenia); obecność wielu internetowych i konwentowych znajomych; oraz fakt, że w zasadzie zostałam na niego zaproszona tak, jak jeszcze nigdy nie zaprosił mnie żaden konwent. Trochę głupio się przyznać, choć to w sumie żadna tajemnica, ale przyjechałam na toruńską imprezę jako Gość. W efekcie przed przyjazdem stresowałam się straszliwie, nie tylko własnym przywożonym na konwent materiałem (trzy prelekcje, jeden panel, trema przed wystąpieniem publicznym), ale w szczególności faktem, by nie wrócić do Krakowa ze srogim zawodem. Ileż to było nerwów wiedzą tylko ci, którym regularnie wspominałam o tym podczas gry w Final Fantasy XIV. Na całe szczęście nad Toruniem pieczę trzymała jakaś gwiazdka opatrzności – choć lepiej powiedzieć: sztab wspaniałych, wspierających ludzi – którzy zapewnili imprezie maksimum przeżyć, atrakcji i emocji. Mówiąc krotko: działo się!

Konwent ogólno-fantastyczny popkulturowy

Nigdy nie wiem, od czego zacząć pisanie o konwentach: technikaliów czy wrażeń, bo zawsze wydaje mi się, że powinnam zdecydować się na jedno i nie zasypywać Was zbyt dużą ilością zbędnych informacji. Tym razem skupię więc na tym, jakim konwentem ten Copernicon był, bo w świetle moich ostatnich konwentowych doświadczeń wpasował się idealnie w samo sedno. Tegoroczny Copernicon okazał się otóż imprezą wcale nie ogólno-fantastyczną, jak to konwenty nas do siebie przyzwyczaiły, a przede wszystkim popkulturową, pociągając za sobą niemal wszystkie dobra, jakie termin ten może oznaczać. Znalazało się tu zatem miejsce na tradycyjne konwentowe atrakcje takie jak Games Room, RPG-i oraz LARP-y, jak również kilka bloków prelekcyjnych, w tym, naturalnie, literacki – ale tam, gdzie wiele konwentów na tym kończy, Copernicon dopiero się rozkręcał. Pewnie pamiętacie, że wielokrotnie w swoich relacjach wspominałam, jak bardzo brakuje mi na ogólno-fantastycznych imprezach sekcji japońskiej – toruński konwent miał osobny blok poświęcony azjatyckiej popkulturze, w tym niezwykle dobrze zaopatrzone stoisko targowe znanego i lubianego również przez mnie sklepu Yatta. W zasadzie można powiedzieć, że mangowcy dostali swoją własną mini-imprezę, bowiem blok Japan-Korea odbywał się w osobnym (można rzec: odosobnionym) budynku, w którym jednocześnie rozgrywało się kilka bloków prelekcyjnych. Co prawda odległość pozostawiała trochę do życzenia i zasadniczo nie wiem, jak wyglądała frekwencja, ale wskażcie mi inny „ogólny” konwent, który tak dobrze traktuje fanów m&a. Mam szczerą nadzieję, że ci bawili się na Coperniconie co najmniej tak dobrze jak ja, a słowo daję, gdybym miała więcej czasu albo mogła rozdzielić się na trzy, spędziłabym w tej sekcji przynajmniej kilka godzin – taki fajny i ciekawy miała program.

Innym plusem było stworzenie osobnego bloku gier elektronicznych – nie samej strefy wolnego grania, której również na Coperniconie nie zabrakło, ale bloku prelekcyjnego! Jakąż cudną niespodzianką było odkryć w programie prezentację o pochodzeniu summonów z Final Fantasy, a przy okazji dowiedzieć się, że jej autor także gra w Final Fantasy XIV! Ile razy bywałam na kowentach, tylko dwa widziałam w ich programach cokolwiek z FF w tytule – moje dwie, przygotowane niegdyś własnymi rękami punkty. Przybijam więc piątkę i Coperniconowi, za umożliwienie takiego zgłoszenia, jak i autorowi za chwycenie okazji. Szkoda, że gramy na innych serwerach ;) Szkoda też, że blok nie trwał dłużej – zaledwie jedno popołudnie – jednak gdyby mogła, przyszłabym na każdą z jego prelekcji.

Nie mogłam – bo moja uwaga okupowana była gdzie indziej, i to okupywana tak, bym musiała odmierzać sobie czas do przerw z zamiarem zdążenia ze wszystkim na wyznaczoną godzinę. Otóż zdecydowaną większość czasu na konwencie spędziłam błąkając się pomiędzy dwiema atrakcjami, z którego pierwszą był wspólny blok filmowo-serialowy. Poza stricte serialowym Serialkonem oraz Imladrisem, który w tym roku również ciśnie ten temat, seriali jeszcze mi się na konwentach tak dużo nie widuje. Cieszy mnie zatem poświęcone im miejsce, cieszy mnie również ilość serialowych punktów, które znalazły się w ostatecznym programie – punktów koncentrujących się nie tylko na konkretnych tytułach, ale również na analizie i problematyce gatunku. W tym momencie muszę napisać, że z wypiekami na twarzy czekam na recap prelekcji Zwierza popkulturalnego o serialach „kobiecych”, na której nie mogłam się pojawić, bo wygrywałam właśnie konkurs wiedzy o serialach stacji Syfy. Tak czy inaczej, wśrod seriali spędziłam niemal połowę konwentu, tam właśnie znajdowały się wszystkie zgłoszone przeze mnie prelekcje. Jak zwykle głosiłam Słowo Zordona w dwugodzinnej prezentacji o Power Rangers, na którą (ponownie!) przyszła całkiem przyzwoita ilość słuchaczy, do tego słuchaczy niezwykle zaangażowanych w temat. Naprawdę, czasami zaskakuje mnie, że tak bardzo staram się poszerzyć popularność Rangersów w fandomie, a zasadniczo nie muszę, bo ludzie już kochają ten serial – wystarczy ich tylko odnaleźć. To niezwykle podnoszące na duchu uczucie, dodatkowo potęgowane przez życzliwość i żywe zainteresowanie ludzi, którzy mijając mnie później na konwencie posyłali w moją stronę uśmiechnięte „hejki”. Jeśli te słowa czytają, pozdrawiam wszystkich moich powerrangersowych słuchaczy! Pozdrawiam również ekipę miłośników Once Upon a Time – wśród nich znajomego blogera – w towarzystwie których czas zleciał jakby go w ogóle nie było.

Panele kontrowersyjne

Największą atrakcją tegorocznego Coperniconu, i jego największym pożeraczem mojego czasu, były jednak panele dyskusyjne. To właśnie ten rodzaj atrakcji, który powinien moim zdaniem przyciągać najwięcej uwagi – przynajmniej na imprezach poświęconych tak szeroko pojętej popkulturze – bo kiedy indziej niż na konwentach jest okazja zebrać w jednym miejscu tyle głów z konkretnymi opiniami na wiele istotnych dzisiaj tematów. A tematów do dyskusji na Coperniconie nie zabrakło. Były panele o reprezentacji mniejszości w popkulturze, twórczości fanowskiej w fanfikach, paranormalnych wątkach romantycznych, postaciach czarnych charakterów; wszystkie omawiane przez osoby w tematach obeznane i doświadczone – że wspomnę Myszę z MyszaMovie/Myszmasza i Zwierza popkulturalnego z zakątka popkulturowego, czy też Ewę Białołęcką, Pawła Majkę czy Rafała Orkana z zakątka literackiego. Bodajże największą popularnością cieszyły się jednak dyskusje o remake’ach i retellingach, a na deser jeszcze o silnych kobietach w hollywoodzkich blockbusterach – prawdopodobnie przez wzgląd na kontrowersje, jakie zebrały wokół siebie przed i po konwencie. W pierwszym przypadku doszło do zaciętej wymiany zdań, którą sami możecie prześledzić w nagraniach Myszmasza tutaj i tutaj. Z racji obecności na innym punkcie programu widziałam tylko jedną godzinę, jednak całkowicie wartą swojego czasu. Sam przebieg dyskusji czy dobór tematów trudno przypisać Coperniconowi jako takiemu, jednak dokładnie takiego rodzaju wystąpień mi na konwentach brakowało: z dużą ilością argumentów, dwiema stronami barykady, zagłębianiem się w temat, a przede wszystkim wywoływaniem emocji. Jako geek, niczego na świecie nie lubię bardziej niż wzbudzania i szerzenia pasji na innych.

Pod tym względem „wygrał” mimo wszystko panel o kobietach w Hollywood, głównie z racji tej, że sama w nim uczestniczyłam. Być może już wiecie, do czego zmierzam, szczególnie, jeśli czytacie Pawła Opydo, Myszę czy Catus Geekus. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy odkryłam, że wśród uczestników owego panelu, łącznie z prowadzącym, miałam być jedyną kobietą w gronie. Panel o silnych kobietach w blockbusterach – tylko jedna kobieta do dyskusji. Już na długo przed startem dość wyraźnie kręciłam nosem, nie mogąc zrozumieć, dlaczego – wśród tylu zaproszonych panelistek – nie znalazła się choć jedna więcej do wzięcia udziału w tej dyskusji. Z dobrego źródła wiem, że nie byłam jedyną blogerką zgłaszającą chęć swojego udziału i mającą wtedy czas, więc czy poszło o jakieś zakulisowe kwestie organizacyjne? Nie wiem i nie rozumiem i żałuję, że wśrod tylu pozytywów Copernicon nie zadbał o dobrą reprezentację w tak zapalnym i aktualnym (nawet w samym Hollywood!) temacie dotyczącym, de facto, kobiet. Gorzej, tuż po starcie do dyskutantów dołączyła jeszcze trójka nowych osób – też facetów. Na całe szczęście był wśród nich Paweł Opydo, od zawsze propagujący zdroworsądkowy femimizm, który zasadniczo na samym panelu tematu nie zamknął. Gorąco zachęcam Was do obejrzenia jego podsumowania, bo w sposób idalnie bezbłędny wytyka największe problemy tej dyskusji, jak i całej kwestii reprezentacji kobiet w kinie. A co do samego panelu? Bardzo chciałabym wypowiedzieć się pozytywnie chociażby o jego prowadzeniu, ale już sam brak kierunku tej dyskusji pozwolił sprowadzić ją w kilka różnych zakątków problemu, przez co nie dało się ani go przedstawić, ani go omówić, ani wyciągnąć jakichkolwiek konstruktywnych wniosków. Pewnie już słyszeliście o argumencie, że pięć kobiecych bohaterek w Hollywood zamyka sprawę, bo wszystko jest przecież ok? Ogromnie żałuję, że punkt, który mógł stać się highlightem konwentu został potraktowany po pierwsze po macoszemu, po drugie nie na poważnie. Jeśli coś dobrego ma z niego jescze wyjsć, niech będzie tym lekcja na przyszłość.

Klasa organizacyjna

Wracając do pozytywów: bywałam na wielu konwentach i na kilku z nich widziałam naprawdę dobrą organizację. Żadna jednak nie zapisała się w mojej pamięci tak pozytywnie jak z ta Torunia, bo na tyle sprawdzonych i działających elementów tradycyjnie obecnych na tego typu imprezach, Copernicon – przynajmniej w odczuciu osoby, która zjawiła się na nim po raz pierwszy – zachwycił mnie ilością „pierwszych razów”. Pierwszy raz widziałam, żeby przed salą prelekcyjną przed rozpoczęciem prelekcji czekało – czekało! – dwóch gdżaczy technicznych odpowiedzialnych za podłączenie osobie prowadzącej sprzętu. Pierwszy raz nie musiałam specjalnie upewniać się, że będę w sali miała internet – po prostu go miałam. Pierwszy raz dostałam od organizatorów smsa z przypomnieniem o godzinach swojej prelekcji w celu upewnienia się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Pomijam zakwaterowanie w hotelu i dojazd z i na dworzec, bo to charakterystyka przyjmowania gości, ale już samą dostępnością, otwartością i ciągłym trzymaniem ręki na pulsie organizatorzy Coperniconu zdobyli sobie moją dozgonną sympatię. O otwartości mówię specjalnie: nie przypominam sobie, żeby na całym konwencie było coś takiego jak tradycyjny „org room”, zamiast tego organizatorzy odpowiedzialni za bloki popkulturowe i panelowe (bo w takich się przewijałam) byli dostępni na wyciągnięcie ręki, bo kręcili się w okolicach swojego rewiru. Żaden konwent nie minął mi jeszcze w tak sympatycznej, życzliwej atmosferze, a to, nawet pomimo mniejszych i większych wpadek, jest dla mnie połową sukcesu.

Co więcej. Czy wspominałam, że w ten sam weekend odbywał się w Toruniu gwiezdnowojenny StarForce, którego od terenu Coperniconu dzieliło tylko kilka minut piechotą, a wstęp był całkowicie wolny? Albo że popularność konwentowego targowiska sięgała takich poziomów, że z ledwością dało się przecisnąć przez tłumy? Albo że furorę zrobiła sieć Rubicon, której szeroki wybór kaw i herbat był dostępny na stoiskach w każdym z konwentowych budynków? Albo że program imprezy miał spis treści? Co prawda na początku strasznie ciężko było ogarnąć nawigację rozłożoną na informator i tzw. dziennik pokładowy, czyli wydrukowaną osobno książeczkę programową, ale dzięki zatrważającej ilości „zakładek” w tym pierwszym szybko dało się do tego przyzwyczaić. W dodatku sam fakt, że Copernicon odbywał się tuż przy Starym Mieście w budynkach akademickich Collegium Maius i Collegium Minus zasługuje na osobną pochwałę z punktu widzenia toruńskiej turystycznej świeżynki, bo możliwość zwiedzenia tego pięknego miasta to wartość sama w sobie. Być może odczuwam to wrażenie nowości i świeżości tak silnie, bo nie bywam na konwentach aż tak często, jednak dokładnie tak je odczułam, więc uważam za godne pochwalenia. Brawo, Copernicon, za wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom i utrzymanie tego weekendu w ryzach.

Wszystko, co opisałam, to jednak zaledwie wierzchołek góry loodowej, więc na koniec jeszcze kilka losowych wspominek:

  • Jednym z najbarwniejszych elementów konwentu był Paweł Opydo randomowo dosiadający się do paneli dyskusyjnych. Nie tylko dodał temu konwentowi swojego unikalnego głosu, ale spontaniczności i wyjątkowego humoru.
  • Przed przyjazdem do Torunia – w towarzystwie i dzięki gościnie Myszy i jej Lubego – obejrzałam Więźnia labiryntu i później Próby ognia. O rany, jakież to było zabawne! I nudne. Ale zabawne!
  • Toruński Manekin rozkochał mnie w sobie forever and ever swymi absolutnie cudownymi spaghtetti naleśnikowymi. Napisałam im potem maila, kiedy będzie oddział w Krakowie, ale jeszcze nie dostałam odpowiedzi. Wciąż czekam.
  • Wielkie pozdrowienia dla Magdy z Catus Geekus, Krzyśka z Przemyśleń Maniaka, Salantora z Bobrowni oraz Ichaboda z Ichaboda (!), których miałam okazję poznać na żywo! Dzięki za hugi, pierniczki i doborowe towarzystwo! Przede wszystkim jednak wielkie buziaki dla Myszy za opiekę i gościnę :)
  • Dziewczynie, która zrobiła konkurs wiedzy o serialach Syfy oraz Defiance (ten drugi przegrałam z kretesem) będę za nie dozgonnie wdzięczna, bo raz, cieszy mnie szerzenie popularności tych tytułow, dwa, wygrałam dzięki nim dwie świetne koszulki z Gry o tron. Dokładnie takie, jakie chciałam, w dokładnie takim rozmiarze, jaki potrzebowałam i dokładnie w damskiej wersji, jakiej szukałam. Niedzielne ostatki w sklepiku konwentowym, proszę państwa.
  • Uwielbiam niespodzianki. Zwłaszcza niespodziankowo rozbrzmiewające dźwięki „Duel of the Fates” podczas pokazu przy fontannach.
  • Pomysł z wieczornym puszczaniem epickich kawałków z najlepszych filmowych soundtracków tak, żeby było słychać w salach prelekcyjnych był zarówno błogosławieństwem, jak przekleństwem. Spróbujcie skupić się na treści swojej prezentacji słysząc zza okna „Now We Are Free” z Gladiatora. I dare you.
  • Niezbędnik panelistki? Lizak od organizatora.
  • Na koniec wielkie podziękowania dla Ani, Anety i Alfreda za pełną opiekę i dbanie o nasze bezpieczeństwo. Jesteście wspaniali :)

Nic dodać, nic ująć. Konwent nabrzmiały od atrakcji, pełen niesamowitych ludzi i znajomych twarzy, wypełniony towarem, a przede wszystkim bogaty w serce – taki był mój pierwszy w życiu Copernicon. Jeśli z wszystkich konwentów w danym roku miałabym wybrać tylko jeden, od dzisiaj wybieram tylko ten. I Serialkon. Wiadomo.

  • Cała przyjemność po naszej stronie. Wiesz, że zawsze jak jesteś w Warszawie, masz gdzie spać #wmrocznejpiwnicy ;)