Kiedy myślę sobie o kobietach w serialach Marvela, myślę o tym, jak bardzo lubię i jak bardzo cenię Peggy Carter, Melindę May, Jemmę Simmons, Skye czy Bobbi Morse. W zasadzie: jak bardzo podoba mi się każda ich serialowa bohaterka. Gdy za to myślę o kobietach DC, muszę zrobić wyliczankę, z której na plus wychodzą mi maksymalnie trzy nazwiska. Co tu jest nie tak?

W ostatnich dniach zaczęłam przepraszać się z Flashem – co jest właściwie inspiracją dla tego wpisu, bo widzicie, Flash to dla mnie bardzo ciężki orzech do zgryzienia. Jeszcze w trakcie oczekiwania na premierę byłam tym serialem bardzo zainteresowana, nie mówiąc, że podekscytowana myślą równoległego oglądania dwóch produkcji dziejących się w tym samym świecie. Te crossovery, te nawiązania, te miksy! Jednogłośnie pozytywne recenzje praktycznie nie pozostawiały wątpliwości, że Flasha będzie naprawdę oglądać warto. Więc obejrzałam i ja – świetnego, dynamicznego pilota, w którym zachwyciło mnie niemal wszystko. Wszystko z wyjątkiem jednej postaci. Kobiecej. Która całą swą osobą i całym swoim wątkiem skutecznie sprawiła, że od przygód Barry’ego Allena trzymałam się na dystans dobre kilka miesięcy. Na pewno zgadniecie, o kogo chodzi. I dare you.

Dziś, po tych kilkunastu nadrobionych odcinkach, naprawdę nie potrafię zrozumieć, jak można narzekać na Laurel z Arrow, kiedy obok jest taka Iris z Flasha. A jeszcze obok mamy przecież Barbarę z Gotham. A na dodatek jest również Zed z serialowej ekranizacji przygód Johna Constantine’a, w końcu też komiksu DC. Jak można było stworzyć tyle kiepskich postaci kobiecych na przestrzeni jednego roku?

Od razu uprzedzę, żeby nie było wątpliwości – nie znam komiksowych pierwowzorów tych seriali (w stopniu pozwalającym mi wypowiadać się pewnie), nie kojarzę też przesadnie komiksowych wersji tych bohaterek. Oglądam je wyłącznie w wymienionych serialach, więc tylko ich serialowym inkarnacjom będzie się obrywać.

Kobieta błądząca

Laurel Lance, Arrow, for. The CW

Rozprawmy się na początek z Laurel, która irytuje kolejne gromady miłośników Arrow już od trzech lat. Otóż jeśli spytacie mnie, Laurel wcale nie jest taka zła. Prawdę mówiąc dosyć dziwiła mnie fala hejtu spadająca na nią już od pierwszych odcinków, ale być może przemawiała (i przemawia) do mnie sympatia do Katie Cassidy, którą do dziś miło wspominam jako jedyną prawdziwą Ruby z Supernatural. Tak czy inaczej zarzucane jej głupota, naiwność, przemądrzałość, ślepota i niezdecydowanie to bodajże tylko kilka z przypisywanych jej grzechów – obecnie zapewne dochodzi do tego nieprzygotowanie, zbytnia pewność siebie i jeszcze większa głupota w myśleniu, że w jakikolwiek sposób będzie w stanie zastąpić siostrę w roli Kanarka. I choć zgadzam się, że Laurel od samego początku nie była najmocniejszym ogniwem serialu, a utkane wokół niej wątki nie należały do najciekawszych, tych zarzutów w większości nie podzielam. Z jednego prostego powodu – bo od zawsze było wiadomo, że ta ścieżka w końcu zaprowadzi błądzącą po wątkach bohaterkę co celu: stania się superbohaterką.

The way I see it, największy problem z Laurel polega na tym, że na początku serialu była przedstawiana niemal wyłącznie w kontekście love interestu dla głównego bohatera. Tym bardziej w mydlącym oczy związku z Tommym, którego śmierć miała się przysłużyć zarówno Oliverowi, jak i jej. Ogólnie rzecz biorąc, nie mam nic przeciwko wątkom romantycznym, wręcz przeciwnie, wspieram je wspieram i popieram. Problem w tym, że w dzisiejszych czasach (jak zobaczycie jeszcze za chwilę) tworzenie postaci kobiecej, która poza relacją z mężczyznami nie ma wiele więcej do zaoferowania, to przepis na porażkę. Poza byciem wierzchołkiem trójkąta, Laurel nie dostała od scenarzystów wystarczająco dużo własnego materiału, by mogła być bohaterką samodzielną. Ktoś chciał oglądać przygody Laurel w Starling City? Nie. Ktoś chciał oglądać przygody pojawiającej się epizodycznie Felicity?

Na szczęście to zaczęło zmieniać się na plus w drugim sezonie, szczególnie w momencie wprowadzenia na scenę Sary. Ujrzenie Laurel w innej niż romantyczna relacji poskutkowało u mnie autentycznym ociepleniem mojego dość obojętnego dotychczas stosunku, do tego stopnia, że w pewnych momentach aż gratulowałam bohaterce pazura. Już wtedy zaczynało świtać, że Lance’ówna zmierza w dobrym kierunku. Zaś gdy nadszedł trzeci sezon i dostaliśmy nagle przyspieszoną origin story nowego Kanarka, stwierdziłam jedno: ta kobieta ma jeszcze mnóstwo do nauczenia, ale teraz przynajmniej zaczęła interesować się swoim własnym życiem zamiast kręcić się tylko wokół cudzych orbit.

Oczywiście natychmiast pojawiła się nowa fala krytyki, bo Laurel nie umie walczyć, bo Laurel trzeba ciągle ratować, bo Laurel porywa się z motyką na słońce, i tak dalej, i tym podobne. Tylko, że tutaj też dobrze się na moment zatrzymać. Warto zauważyć bowiem jedno: Laurel nie lubimy, bo automatycznie porównujemy ją z Sarą, którą znamy jako nieugiętego badassa podejmującego na co dzień trudne decyzje o życiu i śmierci. Przez zdecydowaną większość czasu, jaki z nią spędziliśmy, była już ukształtowaną i zahartowaną postacią, łatwo więc zapomnieć, że poznaliśmy ją jako wystraszoną, bezbronną dziewczynę zostawioną przez świat samą sobie. Sara była fajna, bo niemal od razu do tej fajności przeskoczyliśmy. Przy Laurel nie mamy tego luksusu. Przy Laurel dopiero patrzymy, jak się fajniejszą wersją samej siebie staje. I pewnie zajmie to więcej czasu niżbyśmy sobie życzyli, pewnie jeszcze nie raz i nie dwa będziemy świadkami, jak potyka się i upada, ale nie wiem, jak Wy, ja będę się naprawdę cieszyć, kiedy w końcu się podniesie. Tu nie ma drogi na skróty – ale cel pozostaje ten sam.

Kobieta do kochania

Iris West, The Flash, fot. The CW

Jakże rozkosznie, w kontekście Laurel, będzie mi się teraz omawiać Iris, bo Iris to pod wieloma względami kopia wszystkiego, co Arrow robił z Laurel w pierwszym sezonie. Długoletnia relacja, z romantycznym podtekstem, pomiędzy nią a głównym bohaterem? Jest. Chłopak nie będący głównym bohaterem? Jest. Fascynacja postacią zamaskowanego herosa? Jest też nawet silna relacja z ojcem i konieczność robienia wszystkiego po swojemu. Ale co jest najbardziej charakterystyczną cechą upodabniającą Iris do pierwszosezonowej Laurel? Stopień irytacji, jaki wzbudza swoją obecnością w tym serialu.

Jak pisałam, Iris o mało co nie zrujnowała mi Flasha na zawsze. Ostatecznie zwyciężyła u mnie ciekawość oraz coraz lepsze recenzje za oceanem, ale nie zmieniło to faktu, że przez pierwszą połowę pierwszej połowy sezonu musiałam co odcinek praktycznie zgrzytać zębami. Po pierwsze nie potrafiłam swoim umysłem ogarnąć, jak ta dziewczyna przez lata nie zorientowała się, że Barry czuje do niej miętę – serio, natura obdarowała dziewczyny specjalnym radarem wykrywającym takie rzeczy*. Po drugie o ile łapię, że można być upartym w dążeniu do swojego celu – co samo w sobie nie złe – tak jeśli wszyscy wokół niemalże błagają ją na kolanach, żeby przestała pisać tego bloga, to mogłaby przejść jej przez myśl chwila refleksji. A po trzecie, najgorsze, jest z tych, co chcą mieć ciastko i zjeść ciastko. A nie, jeszcze zostaje fakt, że jest nudna i nieciekawa, nie wnosi swoją osobą nic poza motywacją dla innych bohaterów, aha, no i jest jej pełno i wszystko chce wiedzieć. I pisze najgorszego i najbrzydszego bloga na świecie. Już teraz rozumiem, dlaczego ludzie nie lubili Lany ze Smallville.

Wszystkie te grzechy (prawie) łatwo można by przypisać i pierwszosezonowej Laurel, tylko że przy Laurel od początku wiedzieliśmy (nawet takie komiksowe laiki jak ja), że jej przeznaczeniem jest zostać Kanarkiem. Przeznaczeniem Iris jest za to zostać dziewczyną Barry’ego Allena. Serio, z ciekawości zerknęłam na Wikipedię i ze zdumienia aż przetarłam oczy, że bohaterka jest tam opisana wyłącznie jako „żona”, „ciotka” albo „babcia”. Ewentualnie, że dostaje jakiś kostium pozwalający jej towarzyszyć Barry’emu w biegu. Oczywiście, serial stara się dodać postaci głębi, serialowa Iris jest zatem studentką psychologii oraz przyszłą dziennikarką, ale niech mi ktoś przypomni, kiedy zdarzyło jej się wykorzystać swoją fachową wiedzę do czegokolwiek albo trafić na dobry materiał do gazety samodzielnie, bez podpowiedzi.

I wiecie, to nie jest fajne. Rozumiem, że bohaterka została stworzona w innych czasach i jej rolą w świecie Flasha było zostać domem, do którego ten miałby wracać i za który miałby walczyć, trudno więc spodziewać się, że w serialu ta rola ulegnie diametralnej zmianie. Dobrze też wiedzieć, że scenarzyści chcą nadać Iris nieco więcej głębi i samodzielności, nawet, jeśli im to jeszcze kompletnie nie wychodzi. Ale o ile Westówna będzie tylko plątać się wokół Barry’ego i innych, o ile nie stanie kiedyś na własnych nogach i o ile nie pokaże, że jest nieodzowną i wartościową postacią wnoszącą do serialu coś unikalnego, to ja naprawdę nie chcę przekonać się, że całe te męczarnie w jej towarzystwie posłużą tylko temu, by mogła wyjść za bohatera i żyć u jego boku długo i szczęśliwie. Chciałabym czegoś więcej. Chciałabym, żeby była swoją własną postacią – a nie tylko czyjąś postacią do kochania.

Kobieta-wieszak

Barbara Kean, Gotham, fot. FOX

Tak naprawdę jednak ani Laurel, ani Iris, nawet w swej najbardziej irytującej inkarnacji, nie jest tak kiepską i fatalnie skonstruowaną postacią jak Barbara z Gotham. Inna stacja, inne zasady, ale problem jeszcze gorszy – bo Barbara to bohaterka kompletnie zależna nie tylko od innej postaci, ale w głównej mierze od postaci płci męskiej, bez którego spektakularnie rozpada się jak domek z kart. I piszę „spektakularnie” tylko dla podkreślenia, jak bolesny i ogromny (dla nas) jest to upadek.

Barbara nie ma w tym serialu do zaoferowania dosłownie nic. Mogłabym jeszcze znieść ją jako mniejsze zło idące wraz z większym dobrem w postaci Gordona (pod warunkiem, to znaczy, że jej obecność ograniczałaby się do minimum), ale w momencie gdy scenarzyści postanowili… właściwie nie wiem, co postanowili i dlaczego w ogóle postanowili, bo wątku staczającej się na dno Barbary po prostu kompletnie nie ogarniam. Jest po, żeby potem Gordon miał kogo wyprowadzać na prostą? Czuć się za nią odpowiedzialny? W zasadzie niech mi ktoś najpierw wytłumaczy, jak dorosła, zdawałoby się, kobieta mogłaby domagać się od swojego narzeczonego zdradzenia jej służbowych policyjnych sekretów, nie mogąc się przy okazji domyślić, że to po pierwsze nieetyczne, po drugie nielegalne, po trzecie niebezpieczne, a potem – przez swój własny ośli upór – dostać dokładnie to, czego nie mogła się domyślić, że mogła się spodziewać, i na deser tak bardzo nie umieć poradzić sobie z konsekwencjami, żeby odejść od ukochanego i iść stoczyć się jeszcze niżej. Aż się zmachałam od pisania, tak mnie poniosły emocje.

Jakbym próbowała ten wątek analizować, zastanowiłabym się, że może Gotham jest aż tak strasznym i potwornym miejscem, że przeżuwa niewinnych po to, by ich zahartować? Nie widzieliśmy jeszcze Barbary zahartowanej (i chyba długo nie zobaczymy), ale nawet jeśli, to powodzenia, Gotham, w przekonywaniu widzów, że postać od samego początku figurująca jako mało znaczący dodatek, która w skali serialu pojawiała się tak mało i w tak nieistotnym wymiarze, i która przez ten krótki czas pokazała się od jak najgorszej i wręcz żałosnej strony, jest warta na to zahartowanie czekania. Jeśli Barbara kiedykolwiek miała swoją szansę zabłysnąć, straciła ją już bezpowrotnie.

I już pomijam, że jej przeznaczeniem również jest zostać żoną, a potem (najwyraźniej) eks-żoną Gordona.

Jednak nawet pomijając ten nieszczęsny, kosmiczny wątek (i nawet nie tykając kwestii seksualności, który też jej problematyczny), problem z Barbarą jest taki, że ona po prostu nie istnieje bez oparcia w innej postaci. Najpierw uwieszona na ramieniu Gordona, potem przyklejona do Montoyi, obecnie perfekcyjnie akceptująca wobec dwóch młodocianych włamywaczek, które nielegalnie zamieszkały w jej apartamencie – bo tak nie potrafiąca żyć bez drugiej istoty – Barbara nie ma nic swojego do roboty, nic ważnego do powiedzenia, ani nic wartościowego do dodania (mieszkanie może? mieszkanie jest wartościowe). To nawet nie postać nudna, to po prostu postać zupełnie pusta i nijaka, pozbawiona jakiejkolwiek osobowości. Jestem w stanie polubić próby usamodzielnienia się Laurel, jestem w stanie oglądać nawet przerzucaną z wątku na wątek Iris, ale podczas oglądania Barbary autentycznie krzywię się jakbym miała wypić sok z cytryny. Wcale nie chcę, żeby się poprawiała, ewoluowała czy wydoroślała. Chcę tylko, żeby jej po prostu nie było.

I zanim ktoś zapyta „a gdzie jest Fish Mooney” odpowiem: tam, gdzie (i jeśli) jej totalnie idiotyczny wątek z więzieniem skończył się, by nie powrócić więcej.

Kobieta doskonała?

Co zatem sprawia, że bohaterki takie jak Felicity, Melinda May czy nawet Skye, teraz znacznie bardziej wymiarowa, zyskują sobie tyle sympatii? Gdzie jest ta różnica pomiędzy złą a dobrą postacią? W całkiem sporej ilości drobnostek. W osobowości, pasjach, hobby, zachowaniach, własnych prywatnych quirkach, które czynią każdą z postaci unikalną i nie podobną do nikogo innego. W świadomości, że w swej unikalności postać jest tak ciekawa, zabawna czy zwyczajnie fajna, że z przyjemnością ogląda się ją w niezależnych od innych postaci środowiskach. Przygody to-good-to-be-true Simmons pod przykrywką w Hydrze? Jasne. Prywatne śledztwo zdeterminowanej May, raz rozkopującej groby, raz symulującej perlisty śmiech na luksusowych przyjęciach? Dawajcie. Felicity ratująca sama siebie i przy okazji całe Starling City za pomocą jednego kliknięcia myszą? Więcej. Nawet Thea w ostatnich odcinkach okazała się mieć znacznie więcej warstw pod powłoką wiecznie foszącej się rozpieszczonej siostrzyczki. Te bohaterki – już na starcie posiadającej własne, choćby minimalnie zarysowane charaktery – umieją decydować za siebie, umieją myśleć za siebie, umieją działać za siebie, a do tego stanowią integralną część nie tyle zespołu, ale i serialowej rodziny. I które świetnie sprawdzają się w relacji z każdą inną postacią, a nie istnieją zasadniczo tylko po to, by uzupełniać osobę głównego bohatera.

Ale może to właśnie komiksowość tych seriali jest tu najbardziej szkodliwa. Ten fakt, że bohaterka od lat pełni w komiksach taką a nie inną rolę i w efekcie trudno dostosować ją do dzisiejszego wizerunku bohaterki niezależnej. Kobiety w Agents of S.H.I.E.L.D. to większości postacie oryginalne, Felicity powstała dla Arrow praktycznie od podstaw, nawet flashowa Caitlin wydaje się bohaterką stworzoną dosyć niezależnie od swojego (przyszłego) wizerunku w komiksach (nie mówiąc o Laurel, która w końcu dąży do swojego punktu zaczepienia). Czy więc Iris i Barbara w ogóle mają szansę zerwać ze swoim komiksowym obliczem? Mam szczerą nadzieję, że tak – w innym przypadku byłoby naprawdę szkoda, by z każdym krokiem w przód ich seriali one zostawały, jako kobiety, bohaterki i idolki widzów, daleko w tyle.

* Podobno nie. Podobno to tylko ja tak mam. Lucky me.

  • Konrad Włodarczyk

    Hmm… Zabieram się za Arrowa i Flasha jak sójka za morze. Ciągle gdzieś mi tam śmigają… pomiędzy kolejnymi sezonami Super Sentai. Pytanie brzmi, naprawdę warto? W sensie, spiąć się i oglądnąć? Czy może jednak mieć tych swoich agentów i basta?

    • Konrad, osobiście wychodzę z założenia, że by się przekonać, trzeba spróbować samemu. Nie wiem, czemu się wahasz i czego może się w tych serialach obawiać, tak samo jak nie do końca ogarniam, co Ci się w nich może spodobać, ale spróbować obejrzeć chociaż po pilocie nie zaszkodzi ;)

      • Konrad Włodarczyk

        Bo to jest DC i jakoś mnie nie ciągnie… A jak widzę, że mam ciągle ponad 30 sezonów Super Sentai… Z dugiej strony to super hero i słyszę o nich dobre opinie. Tak mało czasu…

  • Beryl Autumnramble

    „serio, natura obdarowała dziewczyny specjalnym radarem wykrywającym takie rzeczy”
    Dobrze mają, gdzie się taki da dostać?

  • Kurcze dopiero teraz go przeczytałem. Boże jak bardzo się zgadzam i jak bardzo cierpię, gdy patrzę na każdą z wymienionych bohaterek :(

  • „którą do dziś miło wspominam jako jedyną prawdziwą Ruby z Supernatural” dokładnie tak!! ^^
    Oglądałam tylko Flasha i zgadzam się w stu procentach. Iris jest tak niewyobrażalnie denerwującą postacią, że ciężko ogląda się z nią wszelakie momenty w serialu. Ale na szczęście nie spowodowało to tego, że przestałam oglądać serial, jakoś ją po prostu znoszę ;)

  • Nie wiem o co chodzi, ale bohaterek z seriali DC nie lubię. Po części odpowiadają za to źle napisane wątki, Laurel na początku Arrowa dostawała wątki żywcem wyjęte z telenoweli. Mam wrażenie, że DC nie umie pisać zwyczajnych postaci kobiecych.
    Marvel, z jakiegoś powodu, daje sobie z tym radę świetnie. Nawet jeśli punkt wyjściowy jest mało ciekawy (Skye dość powszechnie była oskarżana o merysuizm), to im dalej w las, tym jest lepiej. Może dlatego, że one się na czymś znają? Mają marzenia? Nawiązują kontakty z innymi kobietami w serialu i są one dla nich ważne?

  • Dorota D.

    Ja bym mogła powiedzieć, że to się odnosi ogólnie do bohaterek serialowych czy nawet filmowych, choć tu zdecydowanie dużo rzadziej. Już nie jeden serial został mi nieco obrzydzony, bo pomimo świetnej fabuły, super postaci pierwszo- i drugoplanowych, gdzieś tam przemykała jakaś pojedyncza, strasznie kiepska kobieca bohaterka. Zero charakteru, zero działania, zero ‚tego czegoś’, taka rozmemłana, płaczka lub przylepa. Niestety, takie rzeczy potrafią zniechęcić, zwłaszcza, gdy tego typu postaci przeznacza się zdecydowanie za dużo czasu na ekranie, przez co nagle radość z oglądania przyjemnego fragmentu serialu zmienia się w to całe zgrzytanie i ciągłe wypominanie w danym momencie bohaterce, że jest słaba i najlepiej jakby już wyszła z kadru, a jeszcze lepiej wypadła z obsady.
    Co ciekawe chyba nigdy mi się taka sytuacja nie przytrafiła z żadnym męskim bohaterem.