Mówi się, że coś się kończy, a coś się zaczyna. Jeśli chodzi o Warehouse 13, wiem dlaczego się kończy i wiem, że dzięki temu coś się zacznie – i to jedyna rzecz, która osładza mi pożegnanie z tym serialem. Finał wycisnął ze mnie ostatnie łzy, ale prawdę powiedziawszy, jeśli to ma być koniec, to nie mógł się skończyć lepiej.

6 odcinków na zakończenie udanego i lubianego serialu to nie jest fair. 6 odcinków to ledwie rozgrzewka, stopniowe serwowanie napięcia, zarysowanie tempa, oswojenie z tematem. Po 6-ciu odcinkach równie dobrze można serial porzucić i już do niego nie wracać, bo wydaje się, że wie się o nim wszystko. I nawet, jeśli te 6 odcinków ogląda się już z bagażem wszystkich poprzednich, czuć, że tego miejsca jest za mało na wielki bang. Właśnie dlatego Warehouse 13, skoro już miał pożgnać się w tej nieszczęsnej liczbie, nie pożegnał się z żadnym hukiem. Nie było ratowania świata, ostatniej misji, wielkiego napięcia, dowodów najwyższego heroizmu. To wszystko już się stało i to wszystko już widzieliśmy. Tym razem Warehouse 13 postanowił powiedzieć więc oczywiste, ale tak oczywiste, że aż zaniedbane, ukryte, niewypowiedziane. Postanowił pokazać nam, za co pokochaliśmy tą historię i tych bohaterów, dając nam okazję pożegnać ich w najlepszych chwilach swojego życia – i dokładnie tam, gdzie jest ich miejsce.

Dowodem tej tezy niech będzie już pierwsza scena, właśnie tak zupełnie oczywista, że aż zapomniana – H. G. Wells! Jedna z najbardziej charakterystycznych i uwielbianych postaci w serialu, a ja przez cały finałowy sezon zupełnie o niej zapomniałam! Jakże wspaniałą niespodzianką było zobaczyć ją w akcji – wraz ze swoim magazynowym mentorem granym przez niezastąpionego Ericka Avari – a jakże wspanialszą zobaczyć ją na sam koniec, na samo pożegnanie, w przypomnieniu, jak wielce stała się integralną częścią tego serialu. Nie potrzeba było pisać dla niej osobnego wątku, silić się na splatanie jej losów z aktualnym stanem rzeczy, czy nawet sprowadzać ją do Magazynu w formie fizycznej – samo wpomnienie, tak dla bohaterów, jak dla nas, było wystarczająco wymowne (nie wspominając, że totalnie radosne). Jednak to był dopiero samiuteńki początek, a finałowy „Endless” dopiero zaczął pokazywać, co trzymał w zapasie. I nawet nie przypuszczałam, że kolejne niespodzianki okażą się tak emocjonalne.

Bo widzicie, gdy okazało się, że cały odcinek będzie rozgrywał się w Magazynie, a bohaterowie, na polecenie pani Frederic, zaczną dzielić się swoimi wspomnieniami, by odkryć swoje definiujące chwile jako agentów, sądziłam, że odwiedzimy po prostu kilka wcześniejszych odcinków i razem z nimi powspominamy najlepsze sceny serialu. Wręcz się na tę myśl ucieszyłam, stwierdzając, że tak, to wspaniały pomysł, pożegnać się z Warehouse 13 w sposób „best of the best”. Ale potem, ku jeszcze większemu zdumieniu z mojej strony okazało się, że nie-e, takie oczywiste wcale to nie będzie. Nie dostaliśmy więc starych, ale całkiem nowe, nieznane przygody, których najwspanialszą zaletą było jak doskonale – w tej swojej „nowości” – były nam znane. Choć nigdy jej wcześniej nie widziałam, totalnie zwariowana i kompletnie nieziemska scena ze strumieniem stepujących tancerek zalewających alejki Magazynu była aż hołdem do tych wszystkich uroczych dziwactw, którymi bawiło nas 63 wcześniejszych odcinków. Steve zadumany nad niesamowitością przebywania w ludzkim sercu pokazał nam nie tylko swą własną wrażliwość, tak odruchowo przez niego chowaną, ale przypomniał, jak nadzwyczajna i wspaniała jest praca magazynowego agenta. Claudia i Artie porozumieli się wreszcie na rodzicielskiej linii, akceptując wzajemną rolę w swoich życiach i przypominając, że praca w Magazynie to tylko jedna strona medalu. A Pete i Myka ostatecznie zrozumieli, że nic nie musi się kończyć, by mogło się zacząć. Do wątku ich zejścia jeszcze wrócę, ale już teraz mogę pogratulować scenarzystom za to, że potrafili okręcić kontrowersyjną decyzję wokół czegoś znacznie bardziej satysfakcjonującego.

To wszystko i jeszcze więcej – chociażby cudowne podrażnienie się z widzami „zdradzeniem” tożsamości pana Frederica oraz sentymentalne spotkanie z Leeną – było przemiłą słodko-gorzko wyprawą po przeszłości, takim przejechaniem dłonią po obrazach, od patrzenia na które zbiera się człowiekowi na wruszenie. Im dalej w odcinek, tym bardziej nie umiałam powstrzymać łez, bo ostatnie 20 minut było prawdziwą huśtawką emocji. Nic nie zapowiadało, że to już koniec, wszystko utrzymane jest w tym starym, ukochanym klimacie, ale jednak, gdzieś pod powierzchnią, czai się bolesna świadomość, że to pożegnanie. Bohaterowie śmieją się, żartują i wspominają, ale również nad nimi wisi groźba końca. Pomysł, żeby Magazyn miał chylić się ku końcowi, odchodząc i przenosząc się w nieznane miejsce w ręce nieznanych ludzi, wzbudził w nich skrajne emocje, stając się katalizatorem wyznań, akceptacji i pogodzeń.

Żadna scena w „Endless” nie oddaje tego lepiej niż rozgoryczony monolog Artiego, który wylewa swoje żale bezpośrednio w głuchą przestrzeń Magazynu. Saul Rubinek przeszedł samego siebie, kiedy z wiecznie zrzędliwego i nie znoszącego sprzeciwu nadzorcy zmienia się w zdesperowanego samotnika, który poświęcił Magazynowi całe swoje życie, stracił dla niego przyjaciół i widział śmierci bliskich tylko po to, by na koniec musieć zostać z niczym. Uniesiony gniewiem, nazywa Magazyn dziwką sprzedającą się temu, kto zapłaci najwięcej, ale tak naprawdę pragnie od niego jedynie odrobiny miłości, uznania tych lat poświęcenia i troski, które zapewniał mu jak inny na świecie. I gdy Magazyn w odpowiedzi turla mu pod nogi jabłko – nie tylko „prezent”, ale i symbol wieczności – razem z Artiem dostajemy od całego serialu największy możliwy podarunek: zamknięcie. Świadomość, że to coś znaczy, że to, przez co przechodziliśmy razem z bohaterami, nie znika w próżni bez powiedzenia swojego ostatniego słowa. Zużyłam dwie nowe chusteczki pisząc ten akapit i musiałam sobie zrobić krótką przerwę, ale jeśli serial miałby się nigdy nie skończyć, a ja miałabym nigdy nie obejrzeć ten sceny – to wolałabym, żeby się skończył. Właśnie po to, by móc obejrzeć to najważniejsze wyznanie.

Jednak w finale znalazło się jeszcze jedno wyznanie, po ilekroć skomentowane już jako niepotrzebne, niepasujące i narzucone. Za każdym negatywnym komentarzem na temat zejścia się Pete’a i Myki mam wrażenie, że komentujący mijają się z sensem, a w każdym razie poświęcają mu znacznie więcej miejsca i energii niż jest tego wart. Bo czy naprawdę stało się coś aż tak strasznego? Ja wiem, że ich cross-genderowa przyjaźń i partnerstwo stanowi jeden z największych atutów serialu, że przyszło nam patrzeć na nich jak na rodzeństwo, wiecznie sobie dogadujące, ale i wiecznie się wspierające – co więcej, wiem nawet, że mnie samej dość nieswojo patrzyło się na niektóre sceny – ale z drugiej strony jest to przecież logicznym następstwem wspólnych przeżyć. Żadne z nich nie rozumie się z nikim tak jak ze sobą nazwajem, żadne z nich nie znajdzie nikogo, kto mógłby dzielić ich szalone życie, żadne z nich nie trafi już na nikogo, kogo mógłby tak dobrze, tak na wylot poznać. Nie jest to zresztą nic, czego Warehouse 13 już nam nie pokazał – a na dodatek czy miłość wspierana przez przyjaźń, zaufanie i partnerstwo nie jest tym silniejsza? Poza tym come on, scena wyznania miłości była w równej mierze romantyczna, jak dowcipna, pokazując, że Pete i Myka nie stracili na nim ani grama swojej starej dobrej osobowiści.

Warto też wspomnieć, że „Endless” wcale tej miłości w finale nie priorytetyzował. Problemem Pete’a nie było rozstanie z Myką, ale opuszczenie życia, które dało mu cel, zrozumienie i akceptację. Myka była tu zaledwie częścią, integralnym kawałkiem tego życia, kompasem, bez którego Pete mógłby się kompletnie zagubić. Gdy powiedziała mu, że go kocha, nie zaczęła jechać o uczuciach, głębii czy banałach o szczęściu, tylko o byciu razem. Tak jak byli przecież od zawsze. Więc jeśli ktoś mówi, że finał Warehouse 13 był zły, naciągany i niszczący, bo Pete i Myka nigdy nie powinni być razem, odbieram to tak, jakby negował całą istotę tego serialu.

I tak właśnie kończy się Warehouse 13: razem. Po dniu pełnym wspomnień, wzruszeń, rozmów i wyznań, bohaterowie otrzymują kolejny ping i czas im wyruszyć na nowe zadanie. Kiedy widzimy ich po raz ostatni, przekomarzają się na temat kursu akcji, a potem rozpływają się w powietrzu, ich duch wiecznie utrwalony na swoich miejscach. Chwilę później, parę dekad później, w tym samym miejscu widzimy nowe – „stare” – twarze w towarzystwie Claudii, nowej Opiekunki Magazynu, która jednym uśmiechem przypomina nam, że ta historia wcale się nie kończy. Trwa, nieskończenie, zupełnie tak jak nieskończone cuda, w które uwierzyliśmy w pierwszym odcinku.

I wiecie co? Obiektywnie, to nie był najlepszy sezon. Przyspieszone wątki, nagłe olśnienia, wyciągane z kapelusza siostry i nieznani synowie były ewidentnie słabym ogniwem, który wyraźnie gonił do finałowej konkluzji. Ale było warto. Było warto oglądać cały ten serial i było warta wylać morze łez, kiedy się skończył, bo zrobił to w najlepszy możliwy sposób: z miłością. Do serialu, do bohaterów, do historii, do zwariowanych, absurdalnych pomysłów, które bawiły nas przez pięć sezonów. Dlatego, zamiast „żegnaj”, powiem po prostu „dziękuję”. Warehouse 13, to była niekończąca się frajda móc się z tobą zapoznać.

  • Misiael

    Płakałem, przyznam się szczerze i bez wstydu. W13 udało się przywiązać mnie do swoich bohaterów tak mocno, jak jeszcze nigdy żaden inny serial. I zgadzam się z niemal wszystkim, co napisałaś wyżej – jeśli już ta opowieść musiała się skończyć, to dobrze, że się skończyła w taki właśnie sposób.

  • Myka i Pete byli dla mnie jak rodzeństwo – ale w tym finałowym odcinku doskonale pokazano to, że właściwie oni bez siebie nie będą szczęśliwi, że z nikim innym nie będą szczęśliwi. Także gdyby ktoś przed tym sezonem powiedziałby mi, że będą razem, byłabym złą fanką. Ale teraz widzę, że to jedyna możliwość

    Uwielbiam W13 za te wszystkie historie. Fantastyczne artefakty, podróże w czasie, bohaterowie których nie sposób nie polubić. Nic więcej nie mogę powiedzieć, bo robi mi się autentycznie smutno. Czuję, że w wakacje będzie czas na powtórkę wszystkich sezonów.

    • Dokładnie tak, jak piszesz – jeśli nie byliby z sobą, nigdy nie byliby szczęśliwi. Dlatego kudos dla scenarzystów za to, że potrafili sprawić, że w to uwierzyliśmy :)

  • Muszę w końcu nadrobić. Oglądałam ciurkiem kilka sezonów i w pewnym momencie już nie dałam rady emocjonalnie. Ale mam do tego serialu nadal mnóstwo sentymentu.

  • Cathia

    To był bardzo bardzo piękny finał :)

  • Pingback: Warehouse 13 – Endless – Recap / Review | Spoiler TV()