Buffy: Postrach wampirów – starcie 6.

buffy-season-6

Długo nie mogłam zabrać się do napisania o szóstym sezonie Buffy – dużo bowiem czasu poświęciłam na dojście do porządku, o czym właściwie napisać. Choć sezon ten bez wątpienia stoi na bardzo wysokim poziomie i dostarczył mi tradycyjnie niezapomnianych wrażeń, całościowo mam z nim jednak problem.

Problem ogólnie przedstawia się następująco: o ile naprawdę podoba mi się, że serial wszedł na tak dojrzałe i życiowe poziomy, że porusza tematy przykre i łamie serca każąc nam patrzeć na tragedie i dramaty, które mogą dotknąć każdego człowieka na świecie, to jednak jest to serial, opowieść nieprawdziwa, w której chciałoby się dostać szczęśliwe i ładne zakończenie. Tymczasem oglądanie rozstań, komplikacji w relacjach, oddalania się od siebie, podejmowania najgorszych decyzji i robienia wszystkiego ze złych powodów sprawiało, że momentami chciało mi się płakać nie z wzruszenia, ale z frustracji. Ilość cierpienia, jakie na bohaterów spadało, jak i które – przede wszystkim – sprawiali sobie sami nawzajem, była przytłaczająca i trudna do przełknięcia. Szósty sezon, choć tak bliski szarej codzienności – albo właśnie dlatego – oglądało się po prostu z ciężkim sercem.

Z tego powodu wyjątkowo trudno jest mi ułożyć tradycyjną wyliczankę, bo obok rzeczy, które mi się podobały i tych, które mi się nie podobały są jeszcze rzeczy, które akceptuję w ramach snucia składnej i żywej opowieści, ale które niekoniecznie sprawiały mi frajdę. Wyjątkowo więc pozytywy i negatywy będą się ze sobą mieszać, ale na pewno zostaną odpowiednio wcześniej zaznaczone.

Podobało mi się

1. Nie mam żadnych wątpliwości, że w szóstym sezonie najbardziej podobały mi się zachodzące na siebie wątki uzależnień – widocznego na pierwszy rzut oka uzależnienia Willow od magii oraz mniej oczywistego uzależnienia Buffy od Spike’a (a także od Gilesa). Gdzieś pomiędzy można by wcisnąć jeszcze Anyę, która tak przywykła do świata Xandra, że po jego utracie nie może się nigdzie ponownie odnaleźć, oraz Dawn, która od swoich własnych problemów uciekała do sklepowych kradzieży – choć te miały już nieco inny wydźwięk. Tymczasem dwie najlepsze przyjaciółki stopniowo oddalały się w swoje własne światy, na dodatek obie z przeciwnych powodów: Buffy, bo było jej zbyt źle, Willow, bo było jej zbyt dobrze. Żadna nie mogła porozumieć się z drugą, tak jakby już prawie nie mówiły tym samym językiem, co było okropnie bolesne – patrząc na poprzednie sezony – ale całkowicie logiczne. Żadna nie umiała przyznać się do problemu, a przepaść pogłębiała się w zasadzie od samego początku. Przyznam, że pierwsze dwa odcinki sezonu, „Bargaining” 1 i 2, nie przemówiły do mnie z odpowiednim kopem, ale od razu zwróciłam uwagę na motywację Willow, która nie brała pod uwagi innego scenariusza, niż że Buffy dostała się do piekła. Momentalnie zapaliła mi się w głowie czerwona lampka: ale dlaczego Buffy, za tyle dobrego, co zrobiła na świecie, miałaby iść do piekła? Dlaczego Willow tego nie dostrzegała? Dopiero później, gdy Buffy wyjawiła swoje prawdziwe miejsce pobytu, dotarł do mnie sens tych pierwszych odcinków, i od tego momentu widziałam tylko oddalające się od siebie przyjaciółki. To było straszne. Bardziej przerażające niż apokalipsy,  destrukcje, zniszczenia i godzenie się ze śmiercią.2

Jeden z najlepszych odcinków i jeden z najlepszych przykładów obrazujących zagubienie Buffy.
Jeden z najlepszych odcinków i jeden z najlepszych przykładów obrazujących zagubienie Buffy.

. Ale wracając do uzależnień, bo zrobiłam małą dygresję – wszystkie powody, dla których Buffy weszła w seksualny związek ze Spike’em są dla mnie całkowicie zrozumiałe. Buffy miała coś – szczęście, prawdziwe, spokojne szczęście, na które jak nic sobie zasłużyła – aż nagle zostało jej ono wydarte, i mało tego, zamienione w piętrzące się zmartwienia finansowe (tak proste i tak przyziemne, że to aż nieludzkie) i niemożność zwierzenia się najbliższym osobom na świecie. Nic dziwnego, że chciała od tego uciec, i że uciekała w pustą i pozbawioną emocji relację, byle tylko zaznać choćby chwilowego oderwania od rzeczywistości. To też było straszne. Przedmiotowy sposób, jaki traktowała Spike’a był naprawdę obrzydliwy, ale co gorsza – jednocześnie okropnie wiarygodny. To jest właśnie to, co w tym sezonie tak bardzo mi się podobało: wiarygodność. Mogę nie lubić tego, co stało się z i pomiędzy bohaterami, ale z całą pewnością nie mogę powiedzieć, że było to ubzdurane, wyciągnięte z rękawa i bezpodstawne. Nie było, cholernie nie było. Ale do tego jeszcze wrócę…

3. Myślę, że na osobną uwagę zasługuje cały odcinek „Once More, with Feeling”. W zasadzie nie „myślę”, ale jestem tego pewna. Wyczekiwałam go, bo obrósł już w legendę, która nawet mnie nie ominęła, ale rany święte, jak ja nie wiedziałam, że ta legenda będzie aż tak wspaniała. Znów brak mi słów na opisanie tego wielopoziomowego geniuszu Whedona. Przewrotnie poprowadzona fabuła i gorzkie prawdy przemycone pomiędzy wierszami musicalowych piosenek okazały się niesamowicie udanym eksperymentem. Bohaterowie śpiewający o swoich problemach byli komicznie dramatyczni, a emocje niesione muzyką dało się odczuć trzy razy mocniej niż słowem mówionym. Giles i Tara jednocześnie wyrażający swoje postanowienie odejścia dotknęli mnie chyba najbardziej, tuż po nich Spike ratujący Buffy przed autodestrukcyjnym tańcem, nakazujący jej – on, nieumarły – żyć, na koniec Xander przyznający, że chciał tylko dobrego zakończenia i oczywiście Buffy wyjawiająca przyjaciołom prawdę. Jakie to było pasujące! Jakie oczyszczające, tragiczne i diabelsko sprytnie napisane! Szczerze powiem, że po musicalowym odcinku spodziewałam się niemal wyłącznie oderwania od rzeczywistości i właśnie takiej lekkiej, głupiutkiej historyjki, jakiej oczekiwał Xander, ale to, co dostałam w zamian wgniotło mnie w fotel (łóżko) i nie pozostawiło żadnych wątpliwości, że Buffy jest serialem przewyższającym dziesiątki innych produkcji telewizyjnych. Ten jeden odcinek – jedyny napisany przez Whedona w tym sezonie – wynosi cały serial, już nie tylko sezon, na cholernie wysoki piedestał.

No i Anya z królikami! Bo o co chodzi z tymi całymi marchewkami!?

"She needs backup!"
„She needs backup!”

4. Okropnie lubiłam Trio. W zasadzie okropnie lubiłam duo – Jonathana i Andrew – bo Warren stał się tak zdegradowaną szują, że zupełnie nie czułam żalu po jego bestialskiej śmierci z rąk złej Willow. Zanim jednak wydarzenia przybrały tak tragiczny obrót, Trio oglądało mi się świetnie z uwagi na ich totalną i daleko posuniętą geekowatość – a dlatego oglądało mi się świetnie, bo ja w zasadzie też jestem takim samym geekiem. Rzeczy tak kłótnie o to, który z Bondów był najlepszy i dlaczego nie Timothy Dalton, porównywanie złej Willow do Dark Phoenix, rzucanie bezpośrednimi cytatami z Gwiezdnych wojen w swobodnej konwersacji („Laugh it up, fuzzball”), czy paniczny strach przed utratą wyjątkowej figurki kolekcjonerskiej są mi zupełnie bliskie – może nie w tak ekstremalnym stopniu, ale podobnie. Coś pięknego. Generalnie szósty sezon znów mnie tu zaskoczył, bo na początku Trio wydało mi się kompletnie abstrakcyjne i wrzucone właściwie nie wiadomo po co. Dopiero później dostrzegłam głębię, którą przecież dostrzegałam prawie w każdym innym przypadku – jak wielkimi potworami potrafią stać się ludzie. Przemiana Warrena w bezwzględnego degenerata była czymś podobnym do ostatecznej przemiany Bena w poprzednim sezonie, ale znacznie bardziej dobitny i niepokojący sposób. Zimny, kalkulujący drań, manipulujący przyjaciółmi i mordujący bez mrugnięcia okiem nie zasługiwał w moim odczuciu nawet na odrobinę sympatii, a przecież nie był ani sadystycznym bogiem, potężnym i okrutnym wampirem czy opętanym rządzą władzy czarownikiem. Po raz kolejny: przerażające.

5. A skoro jesteśmy przy tych złych – zła Willow. Bez owijania w bawełnę powiem, że zła Willow była świetna. Podobała mi się droga, która doprowadziła ją do takiego stanu, podobało mi się jej kompletne poddanie się tej tożsamości – jako akt wyzwolenia od tych wszystkich cierpień, tragedii i strat – i podobało mi się, że do końca była prawdziwie zła. Lekkość, z jaką podchodziła do tego stanu – sławetne „bored now” – sprawiła, że była naprawdę złowieszczym i zatrważającym przeciwnikiem, bo przecież doskonale wiedzieliśmy, w jaki sposób się nim stała. Ogromnie cenię przeciwników – zwłaszcza tych do granic okrutnych – którzy zostali ukształtowani przez wydarzenia przeszłe. Właśnie dlatego tak nie mogłam przebaczyć Warrenowi – bo wszystko, co robił, robił z samolubnych pobudek, bo taki właśnie był, podczas gdy Willow całe życie szukała dla siebie miejsca, a gdy wreszcie je znalazła, zostało jej odebrane w najgorszy możliwy sposób (najgorszy i nawet najgłupszy – przez głupi pocisk z głupiej, przyziemnej broni palnej). Po tych wszystkich staraniach, wyrzeczeniach, niezwykłej sile woli, jaką wykazała się po odstawieniu magii, cały jej świat zawalił się jak domek z kart, i ja się naprawdę nie dziwię, że po prostu nie mogła tego wytrzymać. Choć z drugiej strony oczywiście cieszę się, że ta sama wewnętrzna siła pozwoliła jej wrócić do swojego „ja”. Koniec końców Willow to bez dwóch zdań jedna z najciekawszych i najlepiej napisanych serialowych postaci ever.

To jedno spojrzenie jest bardziej złe niż wszystkie dotychczasowe big bady razem wzięte.
To jedno spojrzenie jest bardziej złe niż wszystkie dotychczasowe big bady razem wzięte.

6. Powrót Gilesa! Aż muszę dodać linka, bo słowa po prostu nie oddadzą tego napływu emocji, zaskoczenia i niekontrolowanego wybuchu radości na widok Gilesa ze spokojnym, stoickim, brytyjskim spokojem rzucającego wyzwanie złej Willow. Tak epickiego wejścia nie widziałam chyba jeszcze w żadnej produkcji filmowo-serialowej. Choć w finałowym starciu niewiele w zasadzie zmienił, to jego powrót akurat po to, by rozprawić się z Willow, którą od początku sezonu ostrzegał przed dokładnie tym, był cudownym fabularnym domknięciem, genialnym zwrotem akcji i radochą dla widzów. No bo kto nie ucieszył się z tego powrotu, w tej właśnie scenie? Jest ktoś taki?

7. I na koniec – z rzeczy, które podobały mi się definitywnie – końcówka. Końcówka, nawiązując jeszcze raz do fabularnych domknięć, idealnie wraca do początku tego sezonu, gdzie Buffy, wygrzebawszy się z własnego grobu, zostaje zmuszona do ponownego odnalezienia się w świecie, który jest dla niej niczym jak cierpieniem. Tym razem wygrzebuje się z grobu razem z Dawn, ale już nie po to, by musieć cierpieć, lecz by żyć pełnią życia razem z bliskimi, których kocha. To był piękny przekaz, na tle zielonej natury i promieni słońca, któremu nie były potrzebne żadne słowa. Podobnie życie zaakceptowała również Willow, co ostatecznie, w sam raz na koniec sezonu, pokazało mi, że pomimo tych wszystkich różnic, o których pisałam w punkcie 1., podjęły dokładnie tą samą dobrą decyzję z dokładnie tych samych dobrych powodów. Idealnie domknięcie. Ucieszyło mnie również odwrócenie ról – że tym razem to Xander, ten, który pozornie nic nie robi, uratował świat, i to wcale nie walcząc, ale zwyczajnie kochając. Przy okazji jest to też ciekawe odwrócenie ról wynikających z płci – w serialu to Buffy, kobieta, jest obrońcą ludzkości, ale tym razem zwyciężył facet nie dotykając nawet kawałka broni. Jednak największą niespodzianką – choć poniekąd trochę oszukaną – okazał się prawdziwy cel Spike’a. Moment, w którym tuż przed końcem sezonu Spike – ze wszystkiego na świecie – odzyskuje duszę, dość wysoko podniósł mi ciśnienie. To był, szczerze mówiąc, chyba najmocniejszy cliffhanger całego serialu.

Scena idealna do posikania się ze śmiechu.
Scena idealna do posikania się ze śmiechu.

8. Z rzeczy mniejszych: uwielbiałam Clema! Ciapowaty demon o złotym sercu i przyjaznym usposobieniu rozczulał mnie przy każdym wejściu w ekran, a jego relacja z Dawn była przeurocza i przesympatyczna. W całej tej masie nieszczęść Clem był świetnym rozładowaniem; szkoda tylko, że później było go już tak mało.

9. Ulubiona scena: Tara strofująca Spike’a podczas gry w karty w odcinku „Older and Far Away”. Generalnie moja sympatia wobec Tary powiększyła się chyba trzykrotnie, bo znów pokazała jaką wspaniałą i troskliwą jest przyjaciółką (relacja z Dawn i Buffy po rozstaniu z Willow), jak niezwykle wytrwałą i szczerą kobietą (rozstanie z Willow) i jak kochającą i wspierającą osobą (powrót do Willow). Momentami aż stawała się dla mnie modelem do naśladowania, tak ceniłam sobie jej niezłamany charakter i ewolucję.

10. Ulubione odcinki: „Life Serial” – bo Buffy próbuje sprzedać dłoń mumii, a potem Spike gra w pokera na kociaki; „Once More, with Feeling” – ad. 3.; „Tabula Rasa” – bo genialnie łączy elementy komiczne z dramatycznymi i bo można się w zasadzie posikać ze śmiechu; „Smashed” – bo ogromna dawka emocji; „Doublemeat Palace” – bo jest niepokojąco bliski prawdy o życiu; „Older and Far Away”- bo kolejne prawdy zostały wywleczone na wierzch i rozpoczęła się droga ku uleczeniu ran; „Normal Again” – bo solidnie namieszał w głowie nie tylko Buffy, ale i, jak mniemam, wszystkim; „Entropy” – bo błędy popełnione przez bohaterów udowadniają, że są tylko ludźmi, nawet, jeśli są wampirami; „Seeing Red”, „Villains”, „Two to Go”, „Grave” – bo to jeden wielki i szeroko zakrojony epicki finał.

Nie podobało mi się

1. A teraz najważniejszy, podstawowy i największy problem, jaki mam z tym sezonem. Pisałam wyżej, że mogę nie lubić tego, co stało się z i pomiędzy bohaterami, ale że z całą pewnością nie mogę powiedzieć, że było to ubzdurane, wyciągnięte z rękawa i bezpodstawne. I wszystko tutaj mogę przełknąć i zaakceptować – nawet śmierć Tary i rozstanie Anyi i Xandra – ale nie jestem w stanie zrobić tego samego w stosunku do próby gwałtu na Buffy. Nie byłby to jednak dla mnie tak wielki problem, gdyby mogła po prostu kompletnie ten motyw odrzucić – zniszczyć go w swojej w głowie, całkowicie nie zgadzać na takie postawienie sprawy i generalnie wyrzucić go z tego serialu, jakby go w ogóle nie było. Ale niestety, choćbym chciała, nie mogę zignorować faktu, iż kierunek, w jakim ewoluował Spike, to jego stoczenie się z osoby szczerze i prawdziwie kochającej w opętanego abstrakcyjną ideą miłości szaleńca, nie wzięło się z niczego. Buffy traktowała go paskudnie, przedmiotowo i samolubnie. W „Once More, with Feeling” ich pierwsza scena bliskości była pełna delikatności i uczucia, a nawet później, pomimo gwałtownych seksualnych relacji, Spike szczerze się o nią troszczył (proponując np. zadbać o nią finansowo). Gdzieś po drodze wszystko się jednak posypało, bo Buffy, sama nieszczęśliwa z powodu swojego uzależnienia, uświadomiła sobie, że go zwyczajnie wykorzystuje. Nie mogła go pokochać, ale z całą pewnością nie chciała go krzywdzić. Mam jednak problem z uwierzeniem, czy faktycznie zdawała sobie sprawę z siły uczucia, jakim Spike ją darzył. W końcu dziesiątki raz powtarzała, że jest tylko martwym potworem, więc czy w ogóle brała jego miłość na poważnie? Czy wiedziała, jak bardzo go rzeczywiście krzywdzi? Nie do końca zostałam w tym względzie przekonana, nie do końca to się dla mnie kleiło. Albo, co gorsza, może o to właśnie chodziło? Że nie wiedziała? Tylko jeśli tak, to ten element fabularny – jeśli można go tak w ogóle nazwać – jest tym paskudniejszy i ohydny. O ile więc całkowicie rozumiem, jak bardzo Spike mógł czuć się odrzucony, wzgardzony, nieszczęśliwy i potraktowany niesprawiedliwie, że te wszystkie kłębiące się w nim uczucia w końcu eksplodowały, tak próba gwałtu to było za wiele. Pomimo tego, że na jego zachowanie można w tym sezonie znaleźć usprawiedliwienie, próby gwałtu nie powinno usprawiedliwiać nic. Coś tutaj poszło straszliwie nie tak, że dla zmotywowania postaci do zmian posunięto się do tak drastycznych środków. Nie było to do końca bezpodstawnie – właśnie to jest najgorsze, ta niejednoznaczność – ale zdecydowanie niewłaściwe. I mam z tym problem.

Jeden gest i jedno spojrzenie, a znaczy więcej niż wszystkie zaburzenia w całym sezonie.
Jeden gest i jedno spojrzenie, a znaczy więcej niż wszystkie zaburzenia w całym sezonie.

2. Przy powyższym rozstanie Anyi i Xandra wydaje się już tylko małym ziarenkiem piasku w wielkiej piaskownicy, ale tak czy inaczej muszę napisać, że sprawiło mi to autentyczną przykrość. Ta para była ostoją szczęścia – dokładnie tak, jak dla Buffy – i patrzenie, jak się rozchodzą było wyjątkowo niefajne. Wiadomo, że takie rzeczy się dzieją, że ludzie mają wątpliwości, że pewnych rzeczy po prostu nie są w stanie przeskoczyć – a pewnych nawet nie powinni – ale jak pisałam na początku, to jest serial, gdzie te szczęśliwe zakończenia? To byłoby oczywiście oszukiwanie, wiem, ale ilość nawarstwiających się dramatów tym sezonie była druzgocąca. Co gorsza, ten dało się odczuć od początku, bo zostawiał podpowiedzi tu i tam, a ja do ostatniej chwili chciałam wierzyć, że nic złego nie stanie – i się stało. A to i tak nie było przecież najgorsze… (patrz wyżej).

3. Śmierć Tary. Jakież okrutne było dodawanie Amber Benson do czołówki, tylko po to, żeby w tym samym odcinku zabić jej postać, ale jakim było to jednocześnie pięknym gestem uznania. Pokochałam Tarę, szczerze i prawdziwie, dlatego tak strasznie źle było się z nią rozstawać – ale rozumiem, dlaczego musiała odejść. Nie jestem zła, nie biłam pięściami, było mi po prostu bardzo bardzo smutno. A serial po raz kolejny wzbił się na wyżyny metaforyczności.

I na tym zakończę. Po genialnym finale za sezon siódmy wzięłam się oczywiście od razu i obejrzałam go praktycznie jednym ciągiem. Już teraz napiszę, że udało mu się zatrzeć niesmak pod wydarzeniu z szóstego, ale właśnie przez niego sezon ten oceniam na tylko 8/10.

  • Szósty sezon to jeden z moich ukochanych sezonów Buffy w ogóle. Mimo, iż (paradoksalnie) jako serial wolę Angela.
    Ale nie o tym – z wieloma rzeczami, które napisałaś całkowicie się zgadzam. W zasadzie najbardziej z realnością tych zmian, jakie następują. Relacja Buffy/Spike w tym sezonie wywoływała u mnie najwięcej emocji (w ogóle Spike wywoływał najwięcej w cały serialu, ale to inna kwestia) bo patrzyłam na to bardzo osobiście.
    Doskonale zagrany, doskonale doskonały… Joss <3
    I Once More With Feeling – KOCHAM!

  • Najlepszy sezon, ale tylko jeżeli widziało się wszystkie poprzednie. Nie chodzi wcale o ciągłość fabularną, ale o ewolucję bohaterów. Pomijając wątki owych sezonów zawsze chodzi o to samo, ale pokazane z różnej perspektywy, także czasowej.

    Co do sceny gwałtu, była ona tak oderwana od fabuły, że aż pasująca. Spike był zabawką i przez chwilę też chciał się „zabawić”. Okropnie to brzmi, ale już tłumaczę. Właśnie w tej chwili Spike jest najbardziej ludzki. Zły, ale ludzki. Który wampir, czy inny demon gwałcił? Który miał tak bardzo ukierunkowaną obsesję? Moim zdaniem o to w tej scenie chodziło i to najbardziej Spike’a przeraziło. To doprowadziło do niepokojącej sceny w finale sezonu. Bez tego Spike byłby po prostu zakochanym, cierpiącym wampirem pokroju Angela.

    • Ale właśnie to jest najgorsze – że to jest pasujące. To mnie najbardziej gryzie, bo dla mnie jako kobiety gwałt przekracza wszelkie granice, jakie jestem w stanie zaakceptować w fikcji, ale tutaj – choć mogło to być cokolwiek innego, inna „napaść”, inny wybuch – jest mimo wszystko pasujące. Okropnie mnie to gryzie, bo mi to miesza w głowie – z jednej strony się zgadzam, z drugiej nie. Bardziej nie niż tak, ale mimo wszystko… Na szczęście dobrze się skończyło, więc łatwiej to przełknąć, ale niestety niesmak mi pozostał…

      • michax

        A mam pytanie co z opinią o 7 serii Buffy?teraz dopiero odkryłem blog a nie mogę nigdzie znaleść:-)

    • Jakby nie było to horror w którym to człowiek jest potworem a potwory istnieją tylko dla zmniejszenia napięcia. Najlepszy przykład to Warren, który był człowiekiem do końca. To czemu bezduszny wampir, dla którego ludzkie uczucia są obce, miałby postąpić inaczej? Że się tak wyrażę, siłą tego serialu są silne-słabe kobiety i słabi-silni mężczyźni. Mam nadzieję, że zrozumiesz o co mi chodzi, bo ja niekiedy sam mam z tym problemy. ;)

  • Anonymous

    Sezony 6 i 7 są najlepsze. W 7 mnie osobiście popsuł troche odbiór wątek potencjałek ale nie o tym chciałam pisać. Jako że Spike jest najwspanialszą postacią pod słońcem chciałabym stanąć w jego obronie. Nie zamierzam umniejszać okropności próby gwałtu bo to najgorsze co mógł jej zrobić (poza samym gwałtem), natomiast chciałabym zauważyć ze on nie miał wtedy duszy!! sam fakt ze był w stanie kochać i tak jest godny podziwu, ze nie robił nikomu krzywdy na codzien, ze opiekował sie dawn (nawet po śmierci buffy wiec nie mozecie powiedziec ze chcial sie jej przypodobac). Proste rzeczy które pokazywały jego prawdziwą naturę. W tamtej chwili w tej łazience, po prostu zawładnął nim demon. Chwile później już nie mógł uwierzyć co próbował jej zrobić. Dlatego myślę że mimo tego Spike zasługuje na pewnego rodzaju podziw. A już w 7 sezonie, jego bezinteresowna miłość i ostateczne poświęcenie dowodzą o sile jego charakteru (bo Angel nawet z duszą miał odpały, a Spike zapanował nad swoim demonem zupełnie)oraz pokazują jak wielkim stał się człowiekiem..

  • harpijka

    Och, aż nabrałam ochoty do powrotu do Buffy – z której obejrzałam tylko część odcinków ze Spikiem. Pytanie, czy jako całkowicie dorosła baba będę w stanie rzeczywiście całość obejrzeć? Hmm. Może zacznę od 6. sezonu :)