Buffy: Postrach wampirów – starcie 5.

buffy-season-5

Nie wiem,  co ja sobie myślałam pisząc, że dalsze sezony mogą nie dorównać wcześniejszym. Nie wiem, czy starczy mi wystarczająco dobrych słów, żeby opisać, jak ogromnie podobał mi się piąty. Wiedziałam, że może być lepiej, ale nie wiedziałam, że aż tak. Aż nie wiem, od czego zacząć…

Spróbuję od tego, że wątki przedstawione w piątym sezonie wywarły na mnie tak ogromne wrażenie, że nie byłam w stanie tylko na piątym poprzestać. To pewnie kwestia mojej słabej woli, ale nie mogłam zostawić tej historii w miejscu, w którym się skończyła, i skupić się na moment na czymś innym (do czego, ze smutkiem przyznaję, zaliczało się również napisanie tego tekstu w odpowiednim terminie – stąd ta długa przerwa na blogu). W chwili, w której sięgnęłam po pierwszy odcinek szóstego sezonu możliwe było jedno wyjście – zakończenie na ostatnim odcinku siódmego. Tak, obejrzałam Buffy już do końca. Ale zanim dotrze do mnie całość i wpływ tej historii, zanim przejdę do Angela i zanim zatracę się w czytaniu komiksów (a czytanie komiksów nie należy jakoś do moich ulubionych hobby, więc to będzie wielki krok), robię sobie chwilę przerwy na zadumę.

Długo zastanawiałam się, od czego rozpocząć wyliczankę, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że najlepiej będzie po prostu pójść mniej lub bardziej chronologicznie. Nagromadzenie tak doskonale poprowadzonych wątków i emocji, jakie we mnie wywoływały było po prostu przytłaczające, i w efekcie nie jestem w stanie stwierdzić, które poruszyły mnie najbardziej. Każdy z nich sprowadził Buffy na zupełnie nową płaszczyznę, kompletnie zmieniając moje postrzeganie tego serialu. I choć w dalszym ciągu uwielbiam cudowne bawienie się konwencją w poprzednich sezonach, od piątego – i to prawie niepostrzeżenie – dojrzałe i alegoryczne akcenty zawładnęły moją wyobraźnią doszczętnie. Więc po kolei (i tym razem ostrzegę przed spoilerami):

Podobało mi się:

1. Dawn. Przed obejrzeniem piątego sezonu miałam świadomość, że zostaje w nim wprowadzona siostra Buffy (efekt czytania Wikipedii tam, gdzie nie trzeba), ale nic poza tym. Oczywiście, nie miałam bladego pojęcia, jak, dlaczego i w ogóle, więc wyobrażałam sobie, że może to jakaś zaginiona córka romansującego w przeszłości ojca? Teraz mogę się tylko po raz kolejny pacnąć w łeb, bo jak mogłam nie przewidzieć, że nie ma takich banalnych rozwiązań w tym serialu. Wprowadzenie Dawn jako postaci, która była tam zawsze, tylko o tym nie wiedzieliśmy, było jak dla mnie strzałem w dziesiątkę. Nie będę zaprzeczać, że oglądanie początkowych odcinków momentami wybijało mnie z rytmu, bo z pochodzeniem Dawnstera twórcy wcale się nie spieszyli, ale dzięki pokazaniu, jak mała od zawsze pasowała do tego krajobrazu dostaliśmy szansę poznania i polubienia jej niejako przez terapię szokową. W moim przypadku zadziałało to w stu procentach. Przez te kilka początkowych odcinków z jednej strony uwielbiałam oglądać siostrzane kłótnie dziewczyn (idealne!), z drugiej nie mogłam doczekać się wyjaśnienia, o co tak właściwie chodzi. Pierwsze podejrzenia zrodziły się w okolicach bólów głowy Joyce, ale do czasu ujawnienia prawdy zdążyłam już tak przywyknąć do tej postaci (a to tylko 3-4 odcinki!), że nie wyobrażałam sobie serialu bez niej. I nie chodzi wcale o rolę, jaką odegrała, ale o jej relacje z bohaterami i typowe nastoletnie zachowanie. W swoich buntach, dąsach i potrzebach jest naprawdę słodka, ale przede wszystkim całkowicie prawdziwa. Zapatrzenie w Xandra, świetne porozumienie z Willow i Tarą, przywiązanie do matki, trudna, ale głęboka relacja z siostrą, wreszcie nawet zadurzenie się w Spike’u aż po desperacką potrzebę odnalezienia się tym świecie – gdzie bycie Kluczem jest tylko alegorią na nastoletnie poszukiwanie swojej tożsamości – wszystko to było idealnym odwzorowaniem zwykłej ludzkiej rzeczywistości. Do znudzenia już powtarzałam, że uwielbiam w Buffy to zakorzenienie w normalnym świecie, ale wychodzi na to, że powtarzać to będę jeszcze dziesiątki razy.

2. Jednak Dawn sama w sobie to jedno, ale drugie to sposób, w jaki wyciągnęła z Buffy to, co najlepsze. Absolutnie bezwarunkowa miłość, jaką ją obdarzyła, zażarta obrona przed Glory i potrzeba chronienia jej przed najmniejszym niebezpieczeństwem pokazała, jak wspaniale szlachetne ta dziewczyna ma serce. A już tym bardziej, jeśli popatrzy się na nie przez pryzmat jej dramatów, wyrzeczeń i poczucia ciągłego bycia na krawędzi. Byłam pod ogromnych wrażeniem postępowania Buffy w tym sezonie, kiedy po tych wszystkich ciosach, jakie w nią uderzyły, najważniejsza i tak była dla niej siostra. Ale nie tylko – moment, w którym stawia przez Radą Obserwatorów swoje ultimatum był niesamowitym świadectwem jej wewnętrznej siły, pewności siebie i doskonałej świadomości swojego roli. Nie wspominając już o jej ostatecznym poświęceniu. Płakałam okropnie, ale to była chyba najpiękniejsza rzecz, jaką Buffy w życiu zrobiła – najbardziej czysta, chlubna, a zarazem wyzwalająca rzecz, jaką w życiu zrobiła. Tematu dalszego ciągu, choć to kuszące, tutaj nie poruszę, ale od tego sezonu, aż po sam finał, moja sympatia wobec Buffy już się w zasadzie nie zmniejszyła.

Spokój, nie strach.
Spokój, nie strach.

3. Ten-wielki-spoiler-o-którym-wiedziałam-ale-nie-wypowiadałam-go-na-głos. Spike i jego miłość do Buffy. O rany święte, od czego zacząć? Spoiler oczywiście spoilerem, ale o sposobie jego rozwinięcia wiedziałam jedno wielkie nic. Dlatego też zupełnie niespodziewana scena na końcu jednego z pierwszych odcinków (!) gwałtownie podniosła mi ciśnienie („Out of My Mind”, sen i przebudzenie Spike’a z koszmaru). Gdy ją obejrzałam, mogłabym powiedzieć, że wszystko wskoczyło na swoje miejsce – obsesja Spike’a wobec Pogromczyni, nieustanne narzekania na jej wtrącanie się i nieprzerwane planowanie jej śmierci – ale szczerze mówiąc, te elementy pasowały do siebie od pewnego czasu. Naturę tej obsesji można było dostrzec już spory kawałek temu, co czyni ten wątek o tyle wspanialszym i o tyle bardziej wiarygodnym. Po raz kolejny wielki plus dla twórców, tym razem za stopniowe i cierpliwe – rzekłabym: sumienne – budowanie tej relacji. Nie chcę się nawet zastanawiać, jak jakiekolwiek przyspieszenie akcji zrujnowałoby ten wątek, ale cieszę się, że decyzja o jego ujawnieniu została podjęta tak wcześnie. Tak szybko krok dał szerokie pole do popisu, które na piątym sezonie się zupełnie nie kończy. Dlatego też obserwowanie, jak Spike odcinek po odcinku cierpi, jak próbuje, jak się stara, i jak za każdym razem jest odtrącany, niedoceniany i w brutalny sposób nierozumiany – kiedy my, widzowie, widzimy, jak prawdziwe jest dla niego to uczucie – nie tylko dogłębnie mnie poruszało, ale rozwijało całe pokłady nadziei, że to przecież tylko początek, że to się tak nie zakończy. Oglądanie drobnych, pojedynczych scen – np. ostatniego momentu w „Fool for Love”, kiedy cała jego agresja spływa bez śladu na widok płaczącej Buffy, albo sceny, w której ćwiczy przeprosiny przed manekinem, a potem z dbałością poprawia mu potargane w ataku gniewu włosy – nie tylko praktycznie łamało mi serce, ale nie pozostawało wyboru, jak mu kibicować i z nim sympatyzować. Okrutne odizolowanie od gangu, a potem całkowicie bezinteresowne poświęcenie dla Dawn (nie wspominając o kwiatach, które przyniósł dla Joyce) pokazało, że ta miłość nie potrzebuje słów, że jest o tyle prawdziwsza, głęboka i zwyczajnie piękna. Pięknie napisane, pięknie zagrane. Ponad połowa powodów, dla których nie mogłam oderwać się od dalszych sezonów, to właśnie Spike i Buffy. Nic nie poradzę, też jestem fool for love.

4. Absolutnie fenomenalna postać Glory. Po prostu coś pięknego. Zapatrzona w siebie, kapryśna i całkowicie pewna swojego bogini jest tak krańcowo odmiennym przeciwnikiem od wszystkich poprzednich razem wziętych, że w zasadzie kradła show. Uwielbiałam okrutnego Angelusa – do tej pory był moim ulubionym big badem – ale wyluzowana i sadystyczna Glory ze swoim kompletnym brakiem poszanowania ludzkiego życia i jednoczesną słabością do jedwabiu i designerskich butów pobiła go o głowę. Pewnie ma to jakiś związek z tym, że jest kobietą, i że ja doskonale rozumiem, jak to jest zacząć nagle paplać na kompletnie inny temat po tym, jak wpadł do głowy jednym, a wypadł drugim uchem, ale nawet jeśli, to co z tego. Kobietą jestem i nic co kobiecie nie jest mi obce. Poza tym Clare Kramer rewelacyjnie tę rolę odegrała. Gesty głową, intonacja głosu, ruchy ciała, wszystko, dosłownie wszystko w tej kreacji tworzyło doskonały obraz rozpuszczonej i znudzonej panny, której potęga zbyt mocno uderzyła do głowy. Myślę jednak, że najciekawszym zabiegiem ze strony scenarzystów było uwięzie niej – tej potężnej, niepokonanej kobiety – w ciele nieśmiałego młodzieńca. Fakt, że to nie Glory zostaje pokonana, tylko Ben, jej słabsza powłoka, ma pewnie coś do powiedzenia na temat jednej i drugiej płci (czego chyba Whedon nie ukrywał przy Buffy w ogóle), co z mojej perspektywy bardzo mi się podoba. Jak zauważyła sama Dawn, Glory była potworem, ale to dopiero Ben się nim stał. Na marginesie: już wiem, że jak kiedyś będę chciała pobawić się cosplay z Buffy, to przebiorę się właśnie za Glory.

Sweet, yet sadistic.
Sweet, yet sadistic.

5. I tutaj przyszedł moment, w którym muszę napisać o TYM. Nie wiem, jak to napisać. Że ogląda sobie człowiek odcinek i wszystko pięknie i fajnie, a tu nagle Buffy wraca do domu, a jej mama nie żyje? Że po tym, jak odnajduje ją martwą na kanapie nie mogłam jej potem zostawić samej, wyłączyć odcinek i iść spać, pomimo tego, że byłam już bardzo zmęczona i musiałam wcześnie wstać? Że i tak wiedziałam, że to się stanie, bo dawno temu znów przeczytałam Wikipedię tam, gdzie nie trzeba, ale i tak wstrząsnęło to mną na wskroś? Nie wiem, czy w całym tym serialu poczułam głębsze emocje niż w chwili, w której Buffy, ze słuchawką w ręku, przeżywa najgorsze chwile swojego życia. Jak wszystkie najzwyklejsze elementy normalnej egzystencji bledną w obliczu tak ogromnej, tak nagłej straty. Tego, w jaki sposób nie mogła pojąć znaczenia słowa „ciało” – w odcinku, który nie omieszkiwał nam o tym przypominać – jak musiała powiedzieć o tym Dawn, jak zmuszona została do walki z cholernym wampirem, bo takie jest jej życie, nawet, gdy umiera najbliższa na świecie osoba, nie jestem chyba w stanie opisać. Powiem tylko, że odcinek „The Body”, ze swoim brakiem dźwięku, z Willow, która świruje na punkcie ubrania, z Xandrem, który umie wyładować emocje tylko agresją, z Tarą, która po cichu, w zupełnie prywatny sposób łączy się z Buffy w bólu, z Gilesem, który w samotności słucha tego jedynego kawałka kojarzącego mu się z Joyce, i przede wszystkim z Anyą, która nie rozumie, jak takie rzeczy w ogóle się dzieją, i nie potrafi tego przetworzyć, to chyba najlepszy odcinek, jaki powstał w tym serialu. Najbardziej prawdziwy i najbardziej brutalny, bo najbardziej życiowy. Największym zaserwowanym ciosem dał najsilniejszy przykład paradoksu całej Buffy. To wcale nie jest serial o potworach.

6. Ciężko będzie zejść z tak ciężkich tonów na te nieco lżejsze, ale jest jeszcze kilka rzeczy, które w tym sezonie wywarły na mnie szczególne wrażenie. Do tych mniejszych zalicza się na pewno Riley, a konkretnie sposób, w jaki zdecydowano się usprawiedliwić jego zniknięcie z pola widzenia. Pisałam wcześniej, że całkiem go lubiłam, ale muszę powiedzieć, że scenarzyści odwalili świetną robotę w celu odwrócenia tym sympatii do góry ogonem. Nie całkiem i nie do końca, ale dostatecznie, by za nim nie tęsknić. Otóż z fajnego kolesia przekształcił się w nieznośnego i wiecznie niezadowolonego marudę (choć chciałoby się napisać: egoistę), którego jedynym sposobem na polepszenie sobie nastroju jest zmuszenie Buffy do bezwarunkowej milości. Ja rozumiem, że w trakcie choroby mamy Buffy go nieco zaniedbała, rozumiem, że mógł się z tego powodu czuć odtrącony, ale ścieżka, jaką obrał była daleka od właściwej. Ostatecznie to nie Buffy oddaliła się od niego, tylko on sam od niej – ciągłym kwestionowaniem fundamentów tego związku i brakiem wiary w jej uczucie. Było to dosyć wstrętne i przede wszystkim nie fair. I choć żal mi było widzieć Buffy cierpiącą, choć nawet przemówiło do mnie rozumowanie Xandra w ich szczerej rozmowie (nie mówiąc już o tym, że cieszy mnie, że to zawsze Xander jest tym, który widzi wszystko lepiej niż pozostali), to nie żal mi było odejścia Rileya. I nie, wcale nie dlatego, że na jego miejsce miał wejść Spike. Wcale nie dlatego.

Scena idealna.
Scena idealna.

7. Strasznie, ale to przeokropnie lubiłam tego pana. Lubiłam zresztą wszystkich minionów Glory, cały koncept na minionów Glory ogólnie – z ich wymyślanymi na poczekaniu tytułami i uniżeniem aż do stóp – ale Jinx był wśród nich najfajniejszy. To, jak słodko kulił ramionka, przechylał główkę albo uśmiechał się na końcu zdania dla dodania sobie pewności po prostu roztapiało mi serce. Ogromnie żałowałam, że Jinx nie został do finału i do teraz bardzo za nim tęsknię.

8. Bardzo spodobał mi się również odcinek o Tarze, w którym gang poznaje jej „sekret”. Powiem szczerze, że Tarę ostatecznie polubiłam ogromnie, a zaczęło się to właśnie odtąd. W tym sezonie dopiero zaczęła pokazywać swoją ogromną wewnętrzną siłę, ale każdą jej instancją coraz bardziej mi imponowała. To, jak pocieszała Willow po śmierci Joyce, czy jak odkładała na bok własne przeżycia po stracie matki, by służyć pocieszeniem dla Dawn, czy nawet jak nie bała się poruszyć naprawdę trudnego tematu z Willow, bardzo pięknie pokazywało jej prawdziwie dobre, bez ani krztyny zła, serce. I choć często tak czyste i szlachetne postacie wychodzą nudne i przerysowane, Tara jest dla mnie wyjątkiem, bo nie ma w niej ani kawałka sztuczności.

9. Powrót stałego miejsca spotkań! Po wprowadzeniu na scenę magicznego sklepiku praktycznie już zapomniałam, jak wyglądała stara dobra biblioteka. Naprawdę, w czwartym sezonie okropnie mi brakowało takiej trwałej, przytulnej lokacji, która funkcjonowałaby dla bohaterów jak drugi dom, a Magix Box – ze swoimi półkami, cudami, i kolorowym wnętrzem – wypełnił tę lukę z nawiązką.

10. Ucieszył mnie również inny powrót – luźnych scen początkowych, w których to Buffy podczas patrolu drwi sobie ze swoich przeciwników. Ostatni raz takie momenty widziałam chyba w sezonie trzecim. Później się to, co prawda, znowu zmienia, ale to „później” jest już wtedy, kiedy serial przyjmuje inny punkt skupienia, więc już tego braku nawet nie zauważałam. Ale tak czy inaczej, tutaj był bardzo miłym ukłonem w kierunku początkowego klimatu.

11. Rozpoznawalne gościnne występy: Amy Adams („The Family”). Mało, ale Amy Adams!

Jedna z najmocniejszych walk całego serialu.
Jedna z najmocniejszych walk całego serialu.

12. Ulubione odcinki: „Real Me” – bo wrzuca Dawn do serialu jak gdyby nigdy nic i radośnie, a zarazem skutecznie, oczekuje, że ją polubimy; „Fool for Love” – bo ujawnił wszystkie powody, dla których Spike jest jaki jest, a ja niniejszym oznajmiam, że to mój ulubiony odcinek w całym serialu, i jeden z najlepszych, jakie kiedykolwiek z nim nakręcono; „Triangle” – bo w piękny sposób złagodzono odwieczny konflikt pomiędzy dwiema kobietami, którym zależy na tym samym mężczyźnie; „Crush” – bo pokazuje nie tylko wagę uczucia, jakie Spike czuje do Buffy, ale również fakt, że zupełnie się go nie wstydzi; „The Body” – bo ujmuje tragedię w możliwie najbardziej brutalny i dosłowny sposób, ale przez to najbardziej autentyczny; „Intervention” – bo Spike udowadnia siłę swojego uczucia; „Spiral” – bo zmusza bohaterów do robienia dobrej miny do złej gry i zacieśnia więzy pomiędzy nimi, „The Gift” – bo Buffy zaznaje zasłużony spokój.

13. Ulubiony cytat: „I love what you’ve, um, neglected to do with the place”…

Co powiedzieć na koniec poza tym, że nie ma tu nic, co by mi się naprawdę nie podobało? Nie ma, po prostu. W perspektywie dwóch pozostałych sezonów już teraz mogę powiedzieć, że piąty jest moim ulubionym, i to się już raczej nie zmieni. Przełomowe odkrycia, przełomowe momenty, fantastycznie poprowadzone postacie i fenomenalna przeciwniczka, a przede wszystkim olbrzymia dawka emocji stawiają go wysoko na piedestale. Ten sezon nie tylko zmienił reguły gry, ale niepostrzeżenie sprawił, że zaczęłam oglądać zupełnie nowy, zupełnie lepszy serial.

  • A ja mam ambiwalentny stosunek do tego sezonu – na pewno daleko mu do drugiego i trzeciego, w moim odczuciu. No, ale na moją ocenę znacznie wpłynęła postać Dawn – wolałam, gdy Buffy była jedynaczką. Dla mnie Dawn nie wyróżniała się niczym szczególnym, ot taka bezbarwna postać. Za to uwielbiam odcinek, w którym matka Buffy umiera – wiem, jestem porąbana, ale wolę takie mocniejsze, dołujące momenty w filmach i serialach, aniżeli jakieś smęty z happy endem:)
    Obsesja Spika na punkcie Buffy bardzo mi się podobała, zawsze to jakieś urozmaicenie, choć nie ukrywam, że w roli „tego złego” ciut lepiej się sprawdzał.
    Ogólnie dla mnie może być, ale jakichś większych rewelacji nie dostrzegłam.
    Pozdrawiam!

  • dru;)

    Zostaje mi jedynie przybić *5*, bo zgadzam się dosłownie ze wszystkimi punktami Twojej wypowiedzi;)

    Mój zdecydowanie ulubiony sezon (tuż za nim jest 6), w którym kocham wszystko – drogę, którą przebyły postaci, relacje, główny wątek, główną przeciwniczkę…Dosłownie wszystko.
    I od tego sezonu kocham Buffy-postać – wcześniej bardzo ją lubiłam, ale mniej od pozostałych, tutaj wspanialne ukazane jest jej dojrzewanie do jej roli.

    „The body” to obiektywnie patrząc, chyba najlepszy odcinek w tym serialu i zdecydowanie najstraszniejszy. Nigdy nie spotkałam się z czymś takim ani w tv, ani w kinie – historią o śmierci najbliższej osoby przedstawioną tak przerażająco realistycznie – bo filmy/seriale przyzwyczaiły nas już do ckliwej muzyki w tle, płaczących bohaterów, patetycznych słów. Za to nikt nie przyzwyczaił nas do zmieniania bluzek i rozbijania pięścią ściany:( Reakcje każdego były niesamowicie prawdziwe a Sarah zagrała kilka pierwszych scen w odcinku bezbłędnie – tak bezbronnej Buffy nie było w żadnej sytuacji.
    Przerażający odcinek, w zupełnie innym sensie niż dotychczas, najmocniej wrył mi się w pamięć.

    Dawn bardzo lubię, jej relacja z Buffy jest niesamowicie prawdziwa – też mam młodsze rodzeństwo i dobrze wiem, jak ciężko bywa;) A w ciągu tych 3 serii Dawn przeszła dużą metamorfozę – od nadwrażliwej nastolatki do dojrzałej dziewczyny i pełnowartościowego członka Gangu. Zabieg z nie tłumaczeniem, skąd się wzięła i prowadzeniem akcji tak, jakby zawsze tam była, wyszedł im genialnie.
    A motyw przewodni z Kluczem jest jednym z najlepszych we wszystkich serialach, jakie oglądałam.

    Spike i Buffy – lepiej nie będę zaczynać, bo nie skończę do jutra;) Krótko – uwielbiam to, jak bardzo przekonująca była metamorfoza Spike`a – od 2-sezonowego wroga B., przez comic relief, do kogoś kto szczerze kocha Buffy i jest gotowy zrobić dla niej wszystko. On we wszystkich tych rolach był prawdziwy i te przemiany były bardzo naturalne i wiarygodne.
    I jego historia – to, że był przed spotkaniem Dru, Angela i Darli kimś zupełnie innym, niepewnym siebie „poetą”, pozwalającym sobą pomiatać – nie wymyśliłabym mu lepszej historii:)

    Tara – lepiej bym tego nie ujęła. Tak rzadko zdarza się, żeby postać w 100% dobra aż tak mnie przekonywała i budziła sympatię, nie będąc sztuczna. Uwielbiałam Tarę i Tara/Willow i to był jeden z wątków, które bardziej złamały mi serce w całym serialu:(

    Glory była po prostu mistrzowska:) I fantastycznie zagrana!
    „Jak zauważyła sama Dawn, Glory była potworem, ale to dopiero Ben się nim stał. ” – dokładnie, i to mnie w tym wszystkim najbardziej uderzyło.
    A cosplayowe przebranie się za Glory jest świetnym pomysłem:)

    „Angela” warto obejrzeć, ten serial też ma mnóstwo genialnych wątków, świetne postaci i chwilami łamie serce, ale „Buffy…” pozostaje u mnie zdecydowanie na pierwszym miejscu.
    Tutaj jest trochę podobnie w kwestii poziomu – rośnie z czasem, pierwszy sezon to trochę rozgrzewka przed ciągiem dalszym:)

    No i fajne są gościnne występy postaci z „Buffy…”: sama Buffy, Oz i jeszcze-zły-Spike na początku, Faith!, później Willow i Andrew, a na stałe – zupełnie nowy Weasley + złośliwa jak zawsze Cordy:).
    A i oczywiście Harmony, równie błyskotliwa jak zwykle :D

    Wciąż nie mogę przestawić się z serialu na komiksy:( Czytałam kilka pierwszych i mnóstwo spoilerów dalszych, i może kiedyś zmobilizuje się do sięgnięcia po nie wszystkie po kolei.
    Komiksowy ciąg dalszy ma sporo świetnych wątków (nie spoileruję, ale tak strasznie ucieszyło mnie, z kim ostatecznie związał się Xander! ;D), przez które aż mi żal, że serial skończył się na 7 sezonach, ale też trochę bardzo średnich i dziwnych pomysłów. Ale największy problem miałam z przestawieniem się na komiks i dotąd mi się do końca nie udało.

    I jak zwykle – czekam na ostatnie 2 notki, bo ciekawi mnie Twoja opinia o końcowych sezonach. Pozdrawiam;)

  • No i już wiem, o czym zapomniałam wspomnieć – o Sarze. Dochodziły mnie wcześniej skrajne opinie o jej umiejętnościach. Ci, którzy nie oglądali „Buffy” mówili o niej jako o beztalenciu, ci, którzy „Buffy” oglądali, zachwycali się nią. Teraz muszę szczerze powiedzieć, że rzeczywiście jest się czym zachwycać. Jednym z powodów mojego zachwytu wobec „The Body” jest właśnie gra aktorska SMG. Wyraz jej twarzy, ta pustka, ta agonia, to zagubienie, były zagrane mistrzowsko. Nie wiedziałam, że mogłam się po SMG czegoś takiego spodziewać :)

  • dru

    To chyba trochę kwestia tego, że Sarah nie za bardzo ma szczęscie do dobrych filmów, w większości gra w raczej średnich produkcjach i nie ma okazji się wykazać.
    Pamiętam, że kiedyś jakoś specjalnie za nią nie przepadałam, ale po Buffy właśnie zupelnie zmieniłam zdanie.