Buffy: Postrach wampirów – starcie 4.

buffy-season-4

Czwarty sezon Buffy był dla mnie prawie jak nowy serial w ogóle. Tym razem nie miałam już bladego pojęcia, czego się spodziewać, bo wyjście poza teren szkoły kompletnie odebrało mi znany grunt. Ostatecznie wkroczenie bohaterów w wiek dorosły udało się pięknie, ale w porównaniu do wcześniejszych sezonów, ten wydaje mi się jak na razie nieco słabszy.

Absolutnie nie jest słaby jako taki. Chodzi tylko o to, że długo nie mogłam zaakceptować nowej rzeczywistości, bo zbyt mocno tęskniłam za starymi dobrymi czasami. Bohaterowie zostali rozdzieleni i brakowało mi ich codziennych pogawędek, humorystycznych komentarzy i nawet stałego miejsca, które mogłoby zastąpić nieśmiertelną bibliotekę. Dużo minęło też czasu nim zarysował się główny wątek, przez co przez kilka początkowych odcinków nie przeszłam tak swobodnie jak dotychczas. Gdy jednak w końcu przyzwyczaiłam się do nowego tonu, rozwój tej historii znów zabłyszczał dla mnie swoją genialnością. Więc tradycyjnie, oto wyliczanka:

Podobało mi się:

1. Bez niespodzianek – wkroczenie bohaterów w wiek dorosły. Przed obejrzeniem pierwszego odcinka aż kipiałam z ciekawości, jak będzie wyglądało życie Buffy na uniwersytecie. Gdzie w tym wszystkim znajdzie czas na gromienie wampirów, zabijanie demonów i ratowanie świata? Przecież wyleją ją za opuszczanie zajęć, albo w ogóle nie będzie miała czasu na żadne patrole i inne wycieczki. Szybko okazało, że problemy z obowiązkami Pogromczyni przybrały nieco inny kształt – np. zatłoczone studenckie noce – a na czoło wysunął się wątek oddalania się od bliskich. I najpiękniejsze jest w tym to, że nie ma w tym nic dziwnego, tak się właśnie dzieje – nowe życie wciąga, stare zostaje w tyle. Znów mogę tu bić pokłony wobec geniuszu scenariusza, że potrafi w tak zgrabny i naturalny sposób oddać zwykłą szarą rzeczywistość w serialu o walce z nadnaturalnymi zagrożeniami. Nic nie było tu naciągnięte. Odczuwałam bezradność Gilesa, który zaczął czuć się niepotrzebny, współczułam Xandrowi, że nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca, i nawet nie dziwiłam się Buffy, że tak bardzo wciągnęła się w nowe towarzystwo, że zaczęła zaniedbywać starych przyjaciół. I choć najbardziej cieszyłam się z tego, że w końcu każde z nich uświadomiło sobie konsekwencje swojego zachowania i nastąpiła naprawdę urocza scena pojednania (nie wspominając o tym, że w dość nietypowej scenerii), to oglądanie samej drogi ku temu zrozumieniu było prawdziwą przyjemnością.

2. Rozwinięcie postaci Willow. Gdy przeglądałam okładki wszystkich siedmiu sezonów, zdziwiłam się, że o, na okładce czwartego obok Buffy jest tylko Willow, pewnie musi mieć tam jakąś większą rolę. Teraz ma to dla mnie całkowicie zrozumiały sens. Ta postać przeszła w tym sezonie przez swoje własne prawdziwe piekło i nikt jej w tym względzie nie oszczędzał. Ogromnie podoba mi się, że naukowego nerda z początku serialu przekształciła się w pewną siebie młodą kobietę, która odważnie wkracza na zupełnie nowy obszar swojego życia. Podobało mi się, że jej cierpienie po odejściu Oza było naprawdę namacalne (nigdzie w tym sezonie tak nie płakałam, jak na jej podwójnym, można rzec, rozstaniu z Ozem). Podobało mi się, że ukrywała przed gangiem Tarę, bo chciała mieć poczucie posiadania czegoś własnego, prywatnego. Podobało mi się, że obawiała się reakcji pozostałych. Podobało mi się, że wyznała swój sekret bez grama wstydu. Zresztą cały wątek z Tarą – o tym, jak się poznały, jak rozwijały swoją znajomość i jak pogłębiały swoje uczucie – został mi sprzedany bez cienia wątpliwości. Tutaj się szczerze przyznam, że nie lubię, gdy ekranowe produkcje wciskają wątki homoseksualnych związków w sposób nachalny, bo to mnie wtedy tylko szokuje. Dzięki temu, że Buffy poprowadziła go subtelnie i niespiesznie, całkowicie go zaakceptowałam. Choć nie wiem jeszcze, czy Willow z Tarą wolę bardziej od Willow z Ozem, ale z całą pewnością złego słowa o Tarze nie mogę powiedzieć. Choć zastanawia mnie, co ukrywa, bo jakoś nigdzie nie wyjaśniło się, czemu świadomie sabotowała jedno z zaklęć.

Nowa ulubiona scena z czołówki.
Nowa ulubiona scena z czołówki.

3. Spiiiiiiiiiiiiiiiiiike! W głównej obsadzie! Spike w głównej obsadzie! Bomba, miazga i w ogóle taniec radości! Ale żeby tego było mało, Spike ułagodzony, plądrujący lodówkę Gilesa, podgrzewający krew w mikrofalówce i pozujący do zdjęć! To ostatnie wiem, że to tylko sen, ale i ja się wtedy naśmiałam, to do dzisiaj boki zrywam. Ale to jeszcze nie jest najlepsze, bo najlepsze są bez wątpienia zaręczyny z Buffy! Znam, choć nie do końca, pewien duży spoiler dotyczący przyszłych sezonów, więc można powiedzieć, że miałam swego rodzaju przedsmak, ale naprawdę, są w Buffy tak absurdalnie fantastyczne pomysły, że nic, tylko ściągać czapki z głów. Jednak wkroczenie Spike’a w poczet głównych bohaterów to nie tylko wątki humorystyczne. Podobały mi się jego wewnętrzne zmagania ze swoim nowym problemem, przejście przez załamanie i w końcu odnalezienie nowego sensu w życiu, a już na pewno jego ciągłe pozostawanie bad boyem. Co prawda zaskoczyła mnie jego decyzja o zbrataniu się z Adamem, ale to tylko poświadczyło o sile jego charakteru. On się sam nie da złamać. On się złamie, jak dokładnie tego będzie chciał.

4. Inicjatywa. Stosunkowo irytował mnie brak głównego wątku w początkowych odcinkach sezonu – zrobiłam sobie nawet notkę: „6-ty odcinek, dalej nie ma głównego wroga”. Na szczęście jak na spełnienie życzenia dostałam główny wątek w odcinku siódmym, a jak już do dostałam, to znowu zdjęłam z głowy niewidzialną czapkę. Temat tajnego laboratorium zajmującego się badaniem istot nadnaturalnych pozamykanych w sterylnych pomieszczeniach jakoś dziwnie przypominał mi pewien niedawny film podpisany  przed Whedona, dając mi dodatkowy smaczek, ale samo wyciągnięcie Buffy na tak szerokie wody było strzałem w dziesiątkę. Oczywiście nie miałam nic przeciwko temu, że z demonami, potworami i całą maścią nadprzyrodzonych osobników zmaga się tylko garstka bohaterów, jednak pokazanie problemu z całkiem nowej perspektywy dodało serialowi sporo świeżości – i nowy poziom. To już nie jest historia tylko o Pogromczyni i jej niezwykłym przeznaczeniu, ale powoli zmienia się w opowieść o całym sekretnym świecie niewidocznym dla zwykłych śmiertelników, w którym Pogromczyni odgrywa tylko jakąś rolę. Wg mnie świetnie to serialowi zrobiło, i na pewno świetnie zrobi na przyszłość. Choć przyznam, że trochę brakuje mi starych dobrych wampirów, tak cała masa potencjalnych zagrożeń może przyprawić tę opowieść o całe miliony nowych wątków. I nie wiem, może nawet widziałam w tym fajny prztyczek w kierunku odwiecznego konfliktu kulturowego pomiędzy tradycyjną Wielką Brytanią a nowoczesnymi Stanami Zjednoczonymi. Ogólnie, duży plus.

Było całkiem dużo wycia ze śmiechu.
Było całkiem dużo wycia ze śmiechu.

5. Riley Finn. Kurczę, Riley to naprawdę fajna postać. Od początku było wiadomo, że coś połączy go z Buffy, ale cieszyło mnie to, że nie poprowadzono tego wątku w sposób oczywisty. Najbardziej jednak podoba mi się w nim jego prawość – robi to, co uważa za słuszne, nawet kosztem lojalności wobec ludzi, u których ma dług. Szczęśliwie jednak prawość nie robi z niego wyłącznie miłego kolesia. Po mrocznym i cierpiącym Angelu, miły koleś to miła odmiana, ale jeśli byłby za miły, zrobiłby się mdły i karykaturalny. Na szczęście Riley ma głowę na karku, potrafi myśleć za siebie – a czasem działać bez myślenia – popełnia błędy, potrafi być agresywny i ma poczucie humoru, przez co generalnie czuć, że jest postacią z krwi i kości. Podoba mi się. Chciałabym, żeby został na dłużej, ale znów mam to bad feeling about this…

6. Faith! Musiała powrócić, po prostu musiała, nie było innego wyjścia, a jak wróciła, zrobiła to z klasą. Bardzo podobały mi się oba odcinki i przede wszystkim przewrotny sposób, dzięki któremu uświadomiła sobie kilka bolesnych prawd na swój temat. Wreszcie nastąpił przełom w jej postrzeganiu rzeczywistości i mam tylko nadzieję, że w dalszych jej przygodach (teraz to nie mogę doczekać się Angela) to właściwie postrzeganie tylko jej się pogłębi. Najwięcej radochy dostarczyła mi jednak nie scena, w której bezwarunkowo rzuca się na pomoc zakładnikom w kościele, ale w której flirtuje ze Spike’em. Coś mam wrażenie, że ten spoiler, o którym pisałam wyżej, zaczął się własnie w tym momencie. Kipiałam z radochy.

7. Bardzo polubiłam Anyę. Miałam nadzieję na zwiększenie jej obecności już po zakończeniu sezonu trzeciego, dlatego bardzo fajnie, że dostała większą rolę w czwartym. Fakt, że jest kompletnie bezpośrednia, nieczuła, leniwa i wymagająca jest na swój sposób uroczy, ale po odejściu Cordelii brakowałoby w gangu takiej złośliwej postaci. Moim zdaniem dobrze równoważy drużynę, a jej liczne problemy i dziwne zachowania dostarczają serialowi sporo bardzo potrzebnego humoru.

Słowa nie opiszą zajebistości tej sceny.
Słowa nie opiszą zajebistości tej sceny.

8. Smaczki – znane twarze. Strasznie fajnie oglądało mi się Buffy, żeby zaraz potem przełączyć się na Necessary Roughness i oglądać starszą wersję Marca Blucasa. Strasznie fajnie było też oglądać Buffy, żeby zaraz potem przełączyć się na Longmire i oglądać starszą wersję Baileya Chase’a (Graham). Słodko, naprawdę.

9. Ulubione odcinki: „Fear, Itself” – bo końcówka z demonem o rzeczywistym rozmiarze sprawiła, że prawie spadłam z łóżka; „Pangs” – bo wątek z perfekcyjnym Świętem Dziękczynienia ważniejszym niż wszystko był cudownym graniem na kliszach; „Something Blue” – bo zaręczyny Spike’a i Buffy i Spike mówiący do Buffy „pet”; „Hush” – bo w więcej niż jednej scenie wyłam ze śmiechu, i wcale nie chodziło o pokazywanie zabijania kołkiem; „This Year’s Girl” i „Who Are You” – bo Faith; „Superstar” – bo czołówka; „Restless” – za absolutnie genialną, totalnie wspaniałą i niesamowicie fantastyczną parodię Czasu Apokalipsy w wykonaniu Xandra i dyrektora Snydera (chciałam ryczeć ze śmiechu na całe gardło, ale nie mogłam, bo by mnie wszyscy w bloku usłyszeli). I za śpiewającego Gilesa.

10. Mała kwestia techniczna – muzyka zrobiła się trzy razy lepsza, a sceny akcji dostały niezłego kopa. Świetnie się to teraz ogląda, nie tylko ze względu na więcej SMG, ale również za pracę kamery i montaż. Sekwencje są naprawdę dobrze wyreżyserowane i czuć w nich znacznie więcej napięcia.

11. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem okazał się dla mnie gościnny występ Angela w odcinku „The Yoko Factor”. Wcześniejsze pojawienie się go z okazji Dziękczynienia pominę milczeniem, ale tutaj nareszcie nabrał charakteru. Pewny siebie, zadziorny, uszczypliwy, uparty – w porównaniu do trzeciego sezonu zmiana jest wręcz oszałamiająca. Jeśli tak właśnie ma wyglądać ta postać w Angelu, to jestem zdecydowanie za.

12. Dziką radochą była też dla mnie Harmony, będąca cudownym przerysowaniem stereotypu głupiej i pustej blondynki. Przy całym swoim wkurzającym irytowaniu była jasnym, błyszczącym promyczkiem w stylu klasycznych przekrętów z wcześniejszych sezonów, których tak mi brakowało. No i nie zapomnę jej totalnie błyskotliwego starcia z Xandrem. Aż mi się łezka w oku kręci.

Nie podobało się:

1. To, co wspomniałam we wstępie, czyli mniej beztroskiego humoru, do którego tak mocno zdążyłam się przyzwyczaić. Jego brak – w tak dużych ilościach, jak dotychczas – był odczuwalny prawie przez cały sezon. Było to oczywiście naturalne, skoro gang nieco się od siebie oddalił i nie przebywał ze sobą praktycznie stale, ale cóż, nostalgicznie po prostu tęskniłam. Na szczęście tam, gdzie był, zrywałam boki, więc źle nie było.

2. Znów mam ambiwalentne odczucia względem postaci Buffy. Z jednej strony wydoroślała, bardziej poważnie podchodzi do siebie, do swoich obowiązków i do innych, ale z drugiej nie mogłam przejść obojętnie wobec kilku jej decyzji. Szczególnie gryzła mnie sprawa z Parkerem, bo po prostu nie mogłam uwierzyć, jak mogła być aż tak zaślepiona. Czemu ciągle o nim marzyła i czemu ciągle chciała, by do niej wrócił, nie mogłam zrozumieć. Na szczęście rolę przytomnie myślącej osoby wzięła na siebie Willow, w pięknym stylu – i po raz kolejny – udowadniając, że ma głowę na karku. Moja sympatia wobec Buffy niestety nie pogłębiła się zgodnie z oczekiwaniami, ale szczęśliwie są ku temu jeszcze trzy sezony. O rany, jak mało…

Podroż Faith dopiero się zaczyna.
Podroż Faith dopiero się zaczyna.

3. Motyw przewodni. No dobrze, Inicjatywę już pochwaliłam i na pewno tego nie cofnę, ale mimo wszystko czuję, że to poszło jakoś nie tak. Zacierałam rączki na wojnę podchodową pomiędzy Buffy a prof. Walsh, jednak tylko po, by w tym samym odcinku zobaczyć śmierć tej drugiej. Pomysł Adama, i ogólnie całych eksperymentów na nadnaturalach był świetny, ale wstawienie Adama jako głównego złego wyszło jak dla mnie stosunkowo płasko. Nie miałam niestety poczucia aż takiego zagrożenia, jak trójca z drugiego sezonu (ktoś ją w ogóle przebije?), ani nawet jak burmistrz z trzeciego. Przez to sezon trochę mi się ciągnął, a zakończenie nie zrobiło na mnie przesadnie dużego wrażenia. Dopiero odcinek „Restless” – w całym swoim dziwactwie – głębiej się na mnie odcisnął.

W podsumowaniu, czwarty sezon wkroczył na zupełnie nową ścieżkę i zrobił to umiejętnie, choć może stracił gdzieś po drodze odrobinę świeżości. Gdybym miała wystawić ocenę, wystawiłabym tak 7/10 (przy okazji zapomniałam wystawiać ich wcześniej, więc: pierwszy 9/10; drugi 10/10; trzeci 8/10). Najbardziej cieszy mnie otwarcie całego morza nowych możliwości, no i oczywiście kontynuacja. Buffy naprawdę wciąga – przed czym nie zresztą ostrzegano, a ja bez słowa protestu wierzyłam ^^

  • Kiedyś oglądałem, potem przestałem i już prawie nic nie pamiętam… hm :)
    Trza by wznowić. Ostatnio tak zrobiłem z X-files i opłaciło się :)
    (Tylko czas! Czas!)

  • No, z tego co pamiętam to ostatni sezon bez tej głupiej Dawn, która w moim mniemaniu sporo zniszczyła swoją obecnością. Rileya nie lubię – za bardzo przypomina mi ciapowatego Angela, ale podobał mi się motyw studiów, gdzie Buffy z dala od Gilesa sama musiała podejmować najważniejsze decyzje w swoim życiu. No i rzecz jasna Faith:)
    Sezon czwarty trzyma dobry poziom swoich poprzedników.
    Pozdrawiam!

    • Szczerze mówiąc, dla mnie Dawn pasuje to tego serialu idealnie, ale na razie nie będę zaczynać tego tematu, bo o piątym sezonie będzie chyba ogromna notka ^^

  • drusilla

    Miałam skomentować w 2 zdaniach, wyszedł referat. Tak na mnie działa ten serial, co gorsza, czytając Twoje notki, zaczynam mieć ochotę na rewatch.

    4 sezon to wejście na „mój” grunt w serialu – wolę 2 połowę Buffy, a sezony 5-7 są moimi zdecydowanymi faworytami. A przed Tobą sezon 5, który ma mój ulubiony motyw przewodni!:)

    Wątek rozłamu w gangu ma u mnie szczególne miejce w sercu, bo pamiętam, jak strasznie ciężko było mi zaczynać w pewnym sensie nowe życie na studiach, bez przyjaciół i rodziny obok mnie przez cały czas, i jak bardzo mogą się wtedy zepsuć więzi między najbliższymi ludźmi – Whedon jest geniuszem, bo w swoim fantastycznym serialu ukazuje właśnie takie wątki obyczajowe 100 razy lepiej, niż są pokazane w większości dramatów/obyczajówek.
    Bardzo lubię zupełnie zagubioną Buffy, Xandera, który nie umie sobie znaleźć miejsca w nowej rzeczywistości, nabierającą pewności siebie Willow, no i Gilesa, który czuje się na początku zupełnie niepotrzebny – to wszystko wydaje mi się bardzo prawdziwe.

    Kurczę, lubisz Rileya! Większość fanodmu go niecierpi, i ja niestety też miałam przez większość czasu marzenie, żeby wreszcie zginął:) To jest dziwny związek, ale bardzo potrzebny na drodze Buffy i w jakimś sensie udawadniający, że związek ze zwyczajnym (no, nie do końca, ale w porównaniu z poprzednikiem…) chłopakiem nie sprawi, że życie B. nagle stanie się łatwe.

    Mnie właśnie bardzo zdziwiło, że mimo ogromnej miłości do Oza, od razu polubiłam Willow/Tara. I też niecierpię natrętnie wciskanych przez twórców seriali związków homoseksulanych, ale Whedon poradził sobie z tym świetnie.
    Początkowe ukrywanie Tary przed resztą jest tak cudownie prawdziwe i zrozumiałe – uwielbiam ten serial właśnie za takie wątki.
    (A gdy wychodzi na jaw, co ukrywa Tara, polubiłam ją jeszcze bardziej – bardzo bliski mi wątek:))
    Ale Oza mi bardzo żal, mógł w jakiś sposób przywrócić do serialu, jako nie-chłopaka Willow:( Scena ich rozstania niezmiennie łamie mi serce.

    Spike`a uwielbiam, a w tym sezonie jest naprawdę zabawny. Odcinek z zaręczynami z B. jest jednym z absurdalniejszych w serialu, uwielbiam ich zachowanie i reakcje Gilesa:)

    Odcinki z Faith należą do moich ulubionych w serialu. I obie aktorki świetnie dały radę wcielić się nawzajem w swoje role we „Who are you”.

    I teraz rzucam nie dużym, ale jednak SPOILEREM – ale tak strasznie kocham scenę, gdy Spike i Faith (już we właściwym ciele:)) się poznają i gadają o wymienionej przez Ciebie rozmowie, gdy ona była w ciele Buffy:D

  • drusilla

    Kocham Anyę, kocham Anya/Xander, A. jest jak dla mnie chyba najzabawniejszą postacią w serialu, ale kilka razy jej wątki złamały mi serce:( Ogólnie Anya = samo dobro:)

    Co do braku humoru i cięższej atmosfery – pójdą w tę stronę, kolejne serie są coraz mocniejsze i smutniejsze. Mi to akurat odpowiadało, no i humor jest obecny w tym serialu zawsze, ale późniejsze serie są o wiele bardziej smutne i poważne.

    Harmony<3 Jest tak strasznie głupia, że chcąc nie chcąc, uwielbiam ją!

    Dokładnie to samo miałam z Angelem – w „Buffy..” w pewnym momencie nie mogłam już na niego patrzeć, po czym bardzo sie zdumiałam tym, że naprawdę ucieszyły mnie jego gościnne występy. Ale od odejścia z „Buffy…” w ogóle lubię tę postać sto razy bardziej.

    Kocham „Restless” a ten odcinek bardzo dzieli fanów – znalazłby się w mojej prywatnej 10 ulubionych.

    Co do Buffy – od początku ją lubiłam, ale mniej od pozostałych, dużo mniej. Aż od 5 serii, gdzie nagle naprawdę ją pokochałam. Nie da się bez spoilerów, ale w 5 i 6 serii B. zostaje bardzo uczłowieczona i jej postać staje się moim zdaniem ciekawsza.

    Co do villainów – w serii 5 mamy chyba moją ulubioną przeciwniczkę Buffy, w serii 6 – ogromne zaskoczenie, a w 7 – powiem tylko, że dali radę, jak na końcowego Big Bada serialu:)
    Co do przebicia 2-sezonowej trócjy – to już kwestia gustu, ale Adam był jednym z najnudniejszych „złych”.

    Widzę po komentarzu, że już zaczęłaś 5 serię, więc powiem tylko, że motyw z Dawn jest moim ulubionym wątkiem w serialu, a ją samą bardzo lubię jako postać:)

    I czekam na notkę o moim ulubionym sezonie:)

    • Drusilla, powiem krótko, jako teaser przed kolejną notką: 5. sezon właśnie stał się moim faworytem ;)

      Powiem też, że strasznie lubię Twoje komentarze – i całkowicie rozumiem, jakie odczucia wywołuje u Ciebie „Buffy” ^^

  • Z S04 uwielbiam Hush – przegenialny odcinek, chyba jeden z moich ulubionych w ogóle nie tylko tego serialu. Uwielbiam Spike z tego sezonu, uwielbiam finałowy odcinek, uwielbiam ten serial i kropka. Nie lubię tylko Adama – najgorszy przeciwnik Buffy ever :)

  • 2 połowa serialu, w zasadzie tak gdzieś od połowy piątego, jest lepsza, bo bardziej równa. Pierwsze 3 sezony to trochę przeplatanka tak jakby Whedon nie mógł się zdecydować czy chce robić po prostu komedię-pastisz czy coś oryginalnego i z jajem, ale na poważnie. 4 sezon, mam wrażenie, że miał być bardziej serio, ale tak naprawdę od 5 serial wygląda tak jakby się dotarł i poukładał. Sezony 6 i 7 mają już wykrystalizowany charakter. Jeśli chodzi o postacie to Spike w zasadzie kradnie większość scen, Anya dla odmiany wprowadza sporo świeżości. A, jak już przy postaciach jestem, to w sezonie 7 fanów Firefly czeka fajna niespodzianka. ;)

  • Och, ja bardzo chcę Wam powiedzieć, że obejrzałam już do końca, ale nie powiem, bo chcę o każdym sezonie napisać osobno ^^

  • Elka17

    Gdzieś to muszę napisać: nie lubię postaci Tary. A właściwie to chyba nie lubię sposobu, w jaki jest zagrana. Wątek z Willow jest cudowny, ale jej jakoś nie lubię, no…