Buffy: Postrach wampirów – starcie 1.

buffy-season-1

Postanowiłam, że wreszcie obejrzę Buffy: Postrach wampirów. Nosiłam się z tą decyzją od dłuższego czasu, ale została uskrzydlona dopiero przez tegoroczne whedonowe premiery filmowe. I choć miałam obawy, czy przełknę sezon z 1997 roku, mogłam się równie dobrze pacnąć w łeb. Trudno jest mi się oderwać!

Na początek trochę genezy. Otóż o Buffy po raz pierwszy  usłyszałam, kiedy wokół niej zdążył już obrosnąć kult. Nigdy jednak nie miałam porządnej okazji, by się z serialem zapoznać, bo zwyczajnie nie leciał w telewizji. Nie czułam też przesadnego impulsu, że obejrzeć go muszę – to były inne czasy, na długo zanim wpadłam w serialowe sidła. Coś-tam w końcu do mnie dotarło, kiedy Buffy pojawiła się bodajże na TV4 albo innym Polsacie – ale i tak oglądałam bez przekonania (ponownie, inne czasy, inna świadomość). Wydaje mi się, że dotarłam w ten sposób nawet do początków trzeciego sezonu, ale już teraz nie pamiętam. Później z jakiś powodów się zniechęciłam, i tak przeszłam przez Firefly, SerenityDr. Horrible’s Sing-Along Blog, Dollhouse, Avengers, Dom w głębi lasu…i nagle zrobiło mi się strasznie wstyd. Uważam się za fankę Jossa Whedona, a nie znam jego sztandarowego tworu? Powiedziałam sobie, że tak nie może być i w końcu wzięłam się w garść.


Powód był też drugi – wspomniane wcześniej obawy. Jestem bowiem dzieckiem współczesnych seriali. Uwielbiam zawiłe scenariusze, rozpisane tajemnice, rozwijanie postaci, nowoczesne techniki kręcenia, muzykę, akcję – nie mówiąc już o współczesnej modzie. Wszystko przez tych Zagubionych. Bardzo ciężko jest mi już cofnąć się w czasie i obejrzeć serial sprzed 2000 roku, bo generalnie szły one w mocno proceduralne i stosunkowo umowne szlaki. Jakiś czas temu próbowałam obejrzeć do końca Stargate SG-1, z którym rozstałam się po szóstym sezonie. Niestety, parę odcinków siódmego wynudziło mnie niemal na śmierć i szybko ów eksperyment zakończyłam. Bałam się więc, że z Buffy będzie jeszcze gorzej – płytko, kiczowato, sztucznie. Im dłużej miałabym więc zwlekać, tym bardziej zatapiałabym się w nowoczesne seriale, tym mniejsze byłyby szanse, że „stara” produkcja by mnie do siebie przekonała. I kajam się, bo powinnam była wierzyć w Jossa Whedona bardziej – nawet w tego sprzed 2000 roku. 

Niniejszym więc rozpoczynam swój wielki maraton z wszystkimi sezonami Buffy, a swoje starcia będę radośnie opisywać na blogu. A po Pogromczyni na pewno rozprawię się też z Angelem (nazywanie tego serialu Aniołem ciemności będzie bardzo bolesne). 

Można powiedzieć, że Buffy pokochałam już od całkowicie pierwszej sceny. Jest noc; pusty, skąpany w ciemności budynek szkoły. Chłopak i dziewczyna zakradają się do środka – chłopak z wiadomymi zamiarami, dziewczyna tradycyjnie niekoniecznie pewna, czy to taki dobry pomysł. W pewnym momencie wydaje jej się, że słyszy jakiś niepokojący odgłos. Chłopak – nie przestając grać pewnego siebie podrywacza – „sprawdza” i zapewnia, że nic – nikogo – tam nie ma. Już chce się zabrać do rzeczy, już dziewczyna mu ulega, już wszystko jest „ok”… gdy nagle dziewczyna zamienia się w wampira i rzuca się chłopakowi do gardła! Piszczałam z radochy. 

Julie Benz w pierwszej scenie, po której wiedziałam, że znając serial czy jeszcze nie, kupuję go od razu w całości.
Julie Benz w pierwszej scenie, po której wiedziałam, że znając serial czy jeszcze nie, kupuję go od razu w całości.

Dalej było już tylko lepiej. Jednak z racji tego, że trudno jest napisać coś świeżego o serialu tak docenionym i tak kultowym, w starciach będzie raczej całe mnóstwo oczywistych ochów i achów, które zwyczajnie zrobią ze mnie kolejnego followersa Buffyverse. Będzie więc dużo obserwacji i mało wniosków, ale przede wszystkim cała wyliczanka podobało mi się/nie podobało mi się. Ze zrozumiałą przewagą tych pierwszych.


A zatem zacznę od Podobało mi się: 

1. Wywracanie do góry nogami ukochanych filmowych stereotypów. Czytałam nieco wpisów na Wikipedii, więc wiem, że Whedonowi dokładnie o to chodziło, ale to, co z tego wyszło jest po prostu czystą niesamowitością. Abstrahując od Buffy – słodkiej blondynki, która powinna zginąć w jakiejś ciemnej alejce – jest niezdarna cheerleaderka, czyli inaczej wiedźma w przebraniu, jest gadająca kukiełka, która ze wszelkich praw horrorów powinna być krwiożerczym mordercą, jest niewidzialna dziewczyna, którą na „leczenie” zabierają „faceci w czerni’, jest potężny wojownik, którego na pozór niełatwo rozpoznać. Innymi słowy – twistów i przekrętów jest tu serialu na potęgę. Co śmieszniejsze, choć po jakimś czasie można się zacząć spodziewać, że za jakimś rozwiązaniem kryje się niespodzianka, wcale się to nie nudzi (jestem obecnie w połowie drugiego sezonu i po prostu chcę więcej). Ogromnie podoba mi się też, że sama Buffy ma szereg wad. Jest – można powiedzieć – tępawa, jeśli chodzi o szkołę, ma słabość do ciuchów i butów, chce się bawić, stroi sobie niepoważne żarty i biedny Giles ciągle ma z nią jakiś kłopot. Uwielbiam tak kreowane postaci, bo dzięki temu są po prostu bardziej wymiarowe i bliższe rzeczywistości. 

Tożsamość Angela akurat nie okazała się dla mnie niespodzianką, bo z jakiś powodów - a nie pamiętam, jakich - wiedziałam o niej jeszcze zanim zaczęłam oglądać Buffy na TV4. Ale scena była i tak przyjemnością.
Tożsamość Angela akurat nie okazała się dla mnie niespodzianką, bo z jakiś powodów – a nie pamiętam, jakich – wiedziałam o niej jeszcze zanim zaczęłam oglądać Buffy na TV4. Ale scena była i tak przyjemnością.

2. Scenariusz. Te odcinki po prostu płyną. Nie dostrzegłam ani pół przestoju, ani pół wciśniętego na siłę zapychacza, ani kawałka sceny, która byłaby do czegoś niepotrzebna. Akcja się nie dłuży, nie ma chwili na nudę, a do tego zazębia się i zamyka w perfekcyjnie pasujących kawałkach. Do tego świetni bohaterowie – każdy inny, każdy ze swoim bzikiem, ale wzajemnie się uzupełniający i idealnie ze sobą grający. Niemal każda scena z Buffy, Willow i Xandrem jest dla mnie perełką, tak świetnie mi się ich ogląda. Chemia pomiędzy nimi to na pewno też zasługa aktorstwa – ani razu nie rzuciło mi się w oczy, by gra aktorska była sztuczna i wymuszona. Tutaj mała dygresja: ostatnio Sarę Michelle Gellar widziałam w Ringerze, w którym sztucznością mnie aż raziła, więc cokolwiek stało jej się w trakcie przerwy od telewizji, dobrze, że stało się to po Buffy.

3. Humor. Rany, ile w Buffy jest humoru. Odzywki Xandra, ironiczne komntarze Buffy, potknięcia Willow, dialogi pomiędzy nimi a Gilesem. Co za raj dla uszu. W życiu nie byłabym w stanie docenić go oglądając serial na TV4, bo znikłby pod warstwą tragicznego tłumaczenia i jeszcze gorszego zagłuszania przez lektora. A ileż tam jest aluzji i nawiązań do popkultury (trafia się nawet Star Trek TNG)! Po raz kolejny scenariusz i po raz kolejny gra aktorska – mieszanka wybuchowa.

4. Powaga. Mimo ciągłych żartów i często lekkiego tonu, w serialu kryje się poważny, nierzadko wręcz mroczny klimat, który wcale nie ma zamiaru rozpieszczać bohaterów. Buffy ma ciągle problemy z dogadaniem się z matką, jest obiektem ciągłych kpin ze strony rówieśników, stale musi ukrywać swoją tożsamość, zmyślać, kłamać i oszukiwać, kiedy najbardziej na świecie pragnęłaby po prostu świętego spokoju i normalnego życia. Ten wątek przewija się nieustannie, co chwila przypominając o tym, że bohaterką jest jednak zwykła dziewczyna, która nie stała się wyjątkowa z wyboru. Poważne tony uderzają jednak nie tylko w Buffy, ale i we wszystko, co się wokół niej dzieje. Na czoło wysuwają mi się tu szczególnie dwa odcinki – „The Pack” i „Prophecy Girl” – które całkiem niespodziewanie wprowadziły do fabuły naprawdę mocne, wręcz przerażające elementy (nawet zjedzenie dyrektora blednie w porównaniu z traumą, jaką przeżyła Willow po masakrze w szkolnej świetlicy). To kolejny plus na przekręcanie schematów – w pozornie lekkiej opowieści o nastolatce kryje się ciężka historia o walce dobra ze złem, w dodatku nie czarno-biała, ale w odcieniach szarości. Za to serial ma u mnie największego plusa.

"The Pack" - odcinek, który skończył z żartami, pokazując, że Buffy to także nieprzewidywalny, niebanalny i mocny klimat.
„The Pack” – odcinek, który skończył z żartami, pokazując, że Buffy to także nieprzewidywalny, niebanalny i mocny klimat.

Nie podobało mi się:

1. Muzyka. Muzyka w pierwszym sezonie po prostu raniła moje uszy. Coś tam brzdęka, coś tam stuka, coś tam skrzeczy, ale w przeważającej ilości przypadków idealnie podkreśla fakt, że pomimo wszystkich innych zalet, serial jednak został nakręcony strasznie dawno temu. Nie mogę też zapomnieć o tandetnych efektach dźwiękowych, czyli głośnych „thud” wciskanych w ramach kopnięć, ciosów i innych uderzeń o ścianę. Były tragiczne, choć w pewnym sensie pociesznie głupiutkie. 

I żebym nie zapomniała jeszcze wspomnieć o młodych twarzach znanych z późniejszych ról aktorów! David Boreanaz, Alyson Hannigan i Charisma Carpenter niespodzianki oczywiście nie sprawiają, ale 24-letnia Julie Benz czy młodziutcy Eric Balfour (Haven) i Eion Bailey (Once Upon a Time) już tak. Ucieszył mnie nawet Andrew J. Ferchland, czyli dzieciak w osady kolonistów w Earth 2

Jest więc jak jest – znów zostałam wciągnięta i wessana w świat wampirów, za którymi tak naprawdę nigdy nie przepadałam (pierwszym przypadkiem wciągnięcia było True Blood), a moje uwielbienie do Jossa Whedona wskoczyło na kolejny wyższy poziom. Tymczasem nie mogę doczekać się dalszych odcinków. I choć w niektórych przypadkach niestety już wiem, co się stanie – bo czytałam spoilery, gdy byłam jeszcze przekonana, że Buffy nigdy nie obejrzę – w większej ilości szczęśliwie mam przed sobą pustkę gotową do zapełnienia (więc bez spoilerów, błagam!) A jak następnym razem zwątpię w Jossa Whedona, można mi dać po głowie. Mocno.

  • Tak… Buffy rządzi :D cokolwiek nie powiesz, dla mnie ten serial i tak będzie serialem nad seriale. Pierwszym wampirycznym serialem jaki obejrzałam, pełnym humoru i – według mnie – całkiem dobrej muzyki. Fascynujący! A późniejsze są jeszcze lepsze- o dziwo!

    Pozdrawiam :*

    • Mam jakieś dziwne wrażenie, że „Buffy” stała się właśnie jednym z moich wszechulubionych seriali ^^ Nie mogę doczekać się kolejnych sezonów :D

  • Dawno, dawno temu, oglądałam „Buffy” w telewizji, aczkolwiek nie specjalnie uważnie (przepuszczone epizody nie były dla mnie problemem), toteż brakowało mi jakiejś fabularnej ciągłości w tym serialu. Myślę, że teraz trudno byłoby mi się przez to przegryźć – za bardzo przyzwyczaiłam się to „nowoczesnych” seriali pokroju Borgiów czy House’a.

    • Ja miałam dokładnie ten sam problem, ale błyskawicznie przekonałam się, że moje obawy nie były konieczne. Ciągłość fabularna tu jak najbardziej występuje – aż się sama zdziwiłam, jak bardzo! – a dodatkowo odcinki „monster of the week” są tak samo świetne. Nie było jeszcze ani pół minuty, żebym się przy oglądaniu nudziła. Ogólnie jest coś w stwierdzeniu, że „Buffy” zrewolucjonizowała podejście do kręcenia seriali ;)

  • Pamiętam, że bardziej zawładnął mną Angel niż Buffy, ale może to dlatego, że przygody pogromczyni wampirów oglądałem od przypadku do przypadku, a wampira z duszą odcinek po odcinku. Ciekawe ile zyska ten serial teraz :P

  • Nakręcacie mnie z każdym komentarzem, a ja już i tak nie mogę doczekać się pozostałych sezonów, łącznie z „Angelem” ^^

  • Już po Tobie, dziewczyno. Wpadłaś. Teraz będziesz oglądać jak opętana do samego końca. A potem zabierzesz się za Angela i znowu będziesz oglądać jak opętana. A jeszcze później dowiesz się, że serial ma oficjalną (pilnowaną przez Whedona) kontynuację w formie komiksu i będziesz czytać jak opętana. Przepadłaś z kretesem.

  • A ja polecam pierwsze podejście Whedona (scenariusz) do tematu, z Donaldem Sutherlandem i Rutgerem Hauerem w obsadzie jako lekturę uzupełniającą http://www.imdb.com/title/tt0103893/. Serial jest podobno pochodną klapy jaką zrobił film. ;P

  • Widziałam ten film i na szczęście widziałam go tylko raz ;) Może miałam wtedy za mało lat, a może film został rzeczywiście zepsuty przez producentów, ale okropnie mnie wynudził, w co wręcz nie mogłam uwierzyć. Już wtedy krążyły ploty, że serial jest kultowy :)

  • O wow! Dzięki, dzięki, dzięki! Wychowałam się na tym serialu, nawet teraz czasem wracam do co lepszych odcinków. Moim zdaniem najlepszy jest sezon drugi, a szczególnie jego finałowy odcinek. Polecam!

  • Ps. W „Ringerze” Sarah moim zdaniem przeszła samą siebie. Strasznie mi się podobała w podwójnej roli, szkoda, że Tobie nie przypadła do gustu:/

    • Ja w sumie nie chcę jechać po SMG, bo bardzo ją lubię, ale miałam spory dylemat przy „Ringerze”. Jedne sceny były super, następne już nie. Może to wina słabego scenariusza, może reżyserii, ale coś w tym serialu po prostu nie grało. Oglądałam z sympatii, bo zdążyłam się przyzwyczaić – nawet żałuję, że skasowali – ale dobrym bym go niestety nie nazwała. Ale SMG lubić nie przestałam ;)

  • Może nie trafił w Twój gust – w mój trafił idealnie, szczególnie Siobhan, bo lubię takie kobiece czarne charaktery:) Ale cieszę się, że na pierwszym sezonie zakończyli, bo mom zdaniem zakończenie było idealne, gdyby kręcili dalej zrobiłaby się z tego telenowela z happy endem.

  • To był kiedyś mój ulubiony serial :) Cieszę się że trafiłam na Twój post, bo nabrałam ochoty, żeby do „Buffy” wrócić. Przyznam szczerze, że chyba nie oglądałam wszystkich odcinków.

  • Buffy <3 zdecydowanie najlepszy serial. Nawet nie wiesz jak ci zazdroszczę że ta piękna przygoda przed tobą. Też nie sądziłem że tak mnie wciągnie, ale jak zacząłem oglądać to nie mogłem przestać póki nie skończyłem. Nawet Lost i Battlestar Galactica są słabsze. W serialu plejada znanych aktorów, mistrzowskie dialogi, pełne humoru i geekowskich żartów. Jak trzeba jest mrocznie jak trzeba zabawnie. Pierwsze 3 sezony to tylko przystawka dużo ciekawiej robi się później. Przed tobą jeszcze Hush, Body, Once More Time with Feeling i masa innych odcinków. Chyba muszą zrobić sobie powtórkę :)