Stało się. Moment, przed którym drżałam praktycznie od premiery w końcu nadszedł, bezpowrotnie kasując jeden z moich ulubionych nowych seriali w tym sezonie. Once Upon a Time in Wonderland nie był produkcją wybitną, nie był też przesadnie ambitną czy specjalnie oryginalną – ale był nad wyraz sympatyczną wyprawą w krainę magii, miecza i przygody, za którą będę bardzo tęsknić.

Zupełnie nie przewidziałam, że aż tak polubię ten serial. Po pierwszym odcinku o mało co nie powiesiłam na nim psów, wytykając mu idiotycznie głupie dziury logiczne, nieudany casting głównej bohaterki i rażącą sztuczność dialogów, scenografii i interakcji. Myślałam, że będzie to tania, a przy tym niepotrzebna podróbka Once Upon a Time, który dopiero w 3. sezonie naprawdę pokazał, na co go stać. Przeżyłam więc ogromny szok, kiedy po drugim odcinku praktycznie zakochałam się w spin-offie na amen. Niespodziewanie okazało się, że to wartka, awanturnicza przygoda w kolorowym świecie pełnym barwnych postaci, dziwnych stworzeń i magicznych przedmiotów. A przede wszystkim – że to serial już na starcie o wiele bardziej dojrzały od serialu-matki, nie bojący się podejmować ciężkich decyzji i pod powłoką tandetnych strojów i klisz, traktujący swoich bohaterów o wiele bardziej poważnie. Dziś więc, tuż po zgrabnie kończącym tę opowieść finale, składam mu skromny, cało-wpisowy hołd, robiąc przegląd jego największych zalet. Bez przesadnych spoilerów, bo może ktoś zechce dać mu szansę.

Ahoj, przygodo

Ile razy piszę o Once Upon a Time in Wonderland, tyle razy podkreślam ten jego awanturniczy klimat. Nie ucieknę do tego, bo zwyczajnie nie umiem odpuścić największej niespodzianki, jaką mi ten serial zgotował. Tak bardzo kocham wszystko, co przygodowe – od filmów po sesje RPG – że natychmiast po przyjrzeniu się kreacji świata (mało psychodelicznej, ale wyraźnie fantastycznej) i sposobu pokonywania rozstawionych w nim przeszkód zrozumiałam, że będę się tu czuć jak u siebie w domu. Były więc skomplikowane zagadki, podstępne fortele, pojedynki na miecze, brawurowe ucieczki, niespodziewane rozwiązania, wartkie dialogi, bystry humor, a przede wszystkim wyraźny, konsekwentny charakter, który co odcinek testował swoich bohaterów i co odcinek pozwalał im umacniać ich motywacje. To była pełna emocji podróż, nie pozbawiona wzlotów i upadków – ani odważnych, niespodziewanych decyzji – która w nieskomplikowany, ale uroczy sposób podkreślała potęgę przyjaźni, miłości i szlachetności. Nie ma się co oszukiwać, że Once Upon a Time in Wonderland podejmuje tematy moralnie wątpliwie – swoją historię o dobrze i źle opowiada za to z wyczuciem, z pomysłem i z tą przygodową lekkością, która co odcinek popycha swoich bohaterów do kolejnego, czasem i ciężko okupionego zwycięstwa.

fot. ABC

Podążaj za białym królikiem

Bohaterowie, bohaterowie, ach jacy świetni to byli bohaterowie. Nieważne, że nie wszyscy, ważne, że w większości, a co ważniejsze – że nawet ci w pierwszej chwili nieudani szybko stali się moimi faworytami. Warto jednak zacząć od Alicji, która jak na młodą, wspaniałomyślną bohaterkę nie okazała się jednocześnie postacią o czystym jak łza sercu. Mówi się, że jest badassowa, bo sprawnie posługuje się mieczem i nie waha się wskoczyć w sam środek niebezpieczeństwa, ale mnie o wiele bardziej zaciekawił jej twardy, a czasem zawistny charakter. Alicja nie tylko stanie u bram piekieł, by ocalić swoich bliskich, ale równą z zawziętością będzie chować urazę wobec tych, którzy ją skrzywdzili. Nierzadko, przez swój upór, będzie musiała być przekonywana do podjęcia najwłaściwszej decyzji, a ten pomysł – żeby bohaterka potrafiła myśleć o sobie, a nie tylko poświęcać się dla innych – urzekł mnie w jej postaci niesłychanie. I nawet fakt, że jej podstawową motywacją jest szczęśliwe życie u boku ukochanego Cyrusa, pięknie mi to podkreśla. Bardzo szybko przyzwyczaiłam się też do Sophie Lowe, której może i brakuje pełni charyzmy, jaką chciałabym u Alicji widzieć, ale za to fajnie się jej słucha i miło na nią patrzy.

Znacznie większą niespodziankę sprawiła mi jednak postać Czerwonej Królowej, która po pierwszym odcinku wydawała mi się największym falstartem w ostatnich latach serialowej historii. Pusta blondynka o słodkim głosiku, która nic, tylko ładnie wygląda i ślicznie się śmieje – opinia, którą zresztą niesłusznie przełożyłam również na odgrywającą ją Emmę Rigby. Słowo daję, w pilocie zupełnie nie wiedziałam, co ta bohaterka ma w tym serialu robić, tym bardziej, że poraził mnie wówczas poziom dialogów. Tymczasem okazało się, że Czerwona Królowa to najbardziej skomplikowana bohaterka Once Upon a Time in Wonderland, którą ukształtowały zarówno własne słabości, jak i podłe okoliczności. Gdy tylko dostrzegłam nikłe światełko w jej przeżartym władzą sercu, błyskawicznie stała się moją ulubienicą i przez swoje wzloty i upadki pozostała nią już do końca. Zresztą i tak trudno było się oprzeć jej słodkiemu „darling”, którym przyozdabiała niemal każdą swoją scenę.

A na koniec Walet, jedyny, niepowtarzalny, cudowny Walet, który swym narzekaniem, komentowaniem i przeklinaniem podbił serca widzów tak bardzo, że Michael Socha wędruje teraz prosto do głównej obsady Once Upon a Time. Ta postać to był strzał w dziesiątkę – głos szydzący niemal wprost z serialu, pozwalając mu na dystans, którego tragicznie zabrakło w pierwszych sezonach serialu-matki. Wielka przyjaźń, jaką połączyła bohatera z Alicją stała się już osobnym tematem moich rozważań, a teraz, po zakończeniu serialu widząc, w jaki sposób się zakończyła, nie mogę pozbyć się wzruszenia. Wspólna przygoda umocniła ich więź znacznie bardziej, niż wielką miłość Alicji z Cyrusem, a próby, jakie razem przeszli – zarówno Walet, jak i Alicja – pięknie pokazały, jak bardzo im na sobie zależy. Jeśli mam oglądać zakończenia seriali, to właśnie takie, podkreślające, jak nic innego, prawdziwą, niezłamaną przyjaźń.

fot. ABC

Czy warto wspominać o tchórzliwym Króliku, bezwyrazowym Cyrusie i Stereotypowym Złym, Jafarze? Może tylko o tyle, że spełnili swoje zadanie i można im za podziękować. Z całej trójki na najwięcej uwagi zasługuje Biały Królik przez wzgląd na swoje ględzenie i marudzenie, które wnosiło do serialu odrobinę więcej humoru. Za to polecę Waszej uwadze szefa miejscowego kartelu, mówiącego głosem Iggy’ego Popa Gąsiennicę; sprytną złodziejkę, kumpelkę z dawnych czasów Waleta, Lizard; oraz Jaberwocky’ego, który pojawia się we własnej, nieco odmienionej osobie. Ta barwna gromadka tworzy żywe, przyjemne tło, które nadaje Once Upon a Time in Wonderland mocno mashupoweg0 charakteru. Oczywiście szkoda, że nie pojawił się Kapelusznik – choć podmiany aktora bym sobie rzeczywiście nie życzyła – ale z całą pewnością ucieszył mnie powrót podstępnej Królowej Kier.

Wszystkie drogi prowadzą do…

No i właśnie, Królowa Kier. A do tego nie jeden, nie dwa, ale całkiem sporo wyraźnych nawiązań do Once Upon a Time, a przy tym na tyle samodzielnych, że znajomość poprzedniczki nie jest absolutnie wymaga. Dla widzów pierwszego serialu znajdą się jednak smakowite kąski ukryte pod pozornie nie mającymi znaczenia wątkami, będzie nawet podróż do Storybrooke, która jednakowoż zasługiwała na niego więcej uwagi. Nie chcę zdradzać najlepszego, ale jeśli widać, że pojawia się Królowa Kier, zdecydowanie można się spodziewać solidnego zatrzęsienia w życiu bohaterów. Tutaj tylko dodam, że było zarówno solidne, jak i wybitnie soczyste.

Co więcej, po Once Upon a Time przygody Alicji odziedziczyły również tę urokliwą zabawę baśniowymi światami, tutaj łącząc bajkową Krainę Czarów z aladynowskim Agrabahem, z którego przywędrował rządny władzy czarnoksiężnik – oraz dżin. Po tym połączeniu nie mogę przestać się zastanawiać, jakie pomysły i jakie światy pokażą nam jeszcze twórcy obu seriali, bo widać, że ich smykałka do mieszania motywów to największa zaleta obu produkcji. Ich pomysły są czasami dziwne, zdecydowanie śmiałe, ale przede wszystkim oryginalne – i w przyjętej konwencji po prostu działające. Skoro istnieje magia, czemu się dziwić, że istnieją również podróże pomiędzy światami? Nie ma potrzeby – tak jak serial nie ma potrzeby zgłębiania żadnych wyjaśnień. To prosta historia o magii, mieczu i miłości, i jako taką pokochałam ją w całości.

fot. ABC

Ściąć jej głowę!

Przyglądam się tekstowi, który napisałam Once Upon a Time in Wonderland z okazji premiery i aż wierzyć mi się nie chce, że oceniałam go wtedy tak surowo. Czy naprawdę potrzebne mi było poważne aktorstwo i dobre efekty specjalne, by cieszyć się skądinąd ciekawie zawiązaną fabułą? Teraz mogę dojść do wniosku, że nie, ale cieszę się, że te kilkanaście tygodni temu dałam serialowi szansę. Już drugi odcinek pozwolił mi poczuć zew przygody, a w serialach takich jak ten – tkwiących w niszy dla konkretnego odbiorcy – wystarczy tylko jedna, wybijająca się nad wszystkie cecha, by zostać przy nim na dobre i na złe. Once a Time in Wonderland może i widownię miał małą, ale zdecydowanie, tak jak ja, wierną.

I być może to fakt, że serial miał zakończyć się na tym trzynastym odcinku, że od początku miał być tylko zamkniętą, odrębną opowieścią poszerzającą rzeczywistość ukazaną w Once Upon a Time, ale jakże bym chciała, by opowiedział jeszcze jedną, a potem jeszcze nową, jeszcze inną historię. To serial, który nie musiał się przez cały sezon starać, nie musiał się dłużyć i nie musiał nużyć, by wreszcie osiągnąć sukces. To serial, który to wszystko miał już na starcie, podane w proporcji, na którą trzeb się tylko otworzyć. Że efekty, aktorstwo, dziury? Cóż, w końcu ma „Once Upon a Time” w tytule.

  • Ja też będę tęsknić za „Once Upon a Time in Wonderland” – taki dobry serial i tak durnie umiejscowiony w ramówce… Zakończenie bardzo mi się podobało – ładnie pozamykali wszystkie wątki, a jednocześnie zostawili małą furtkę na ewentualną kontynuację dla kilku bohaterów.

    Nie zgodzę się tylko, że Dżafar to taki zupełnie stereotypowy czarny charakter. To przecież też postać bardzo złożona i tragiczna; bohater pozbawiony miłości tylko i wyłącznie ze względu na status. I Andrews bardzo fajnie to wszystko oddał.

    • Dodaję mały spam, bo nominowałem Cię do Liebster Blog Award: (http://krzysztofinski.blogspot.com/2014/04/maniak-inaczej-7-liebster-blog-award.html )

    • To znaczy – w kwestii osobistych motywacji Jafara niby tak, to faktycznie było przedstawione i zaakcentowane dosyć ciekawie. Nieszczególnie mi jednak odpowiada pytanie „co dalej”? Bo zdobycie władzy i z nikim się nią nie dzielenie nie wydaje mi się wystarczająco dobrym motywem działania.

      Z kolei zakończenie, jakkolwiek dobre i wzruszające, zgrzytało mi w jednej kwestii:

      SPOILER SPOILER SPOILER SPOILER

      Nie widzę tej kochającej przygody Alicji spokojnie żyjącej sobie w nudnej wiktoriańskiej Anglii, gdzie nikt nie zaakceptuje jej bujnej wyobraźni i na dobrą sprawę wyszydzi również jej córkę. Wybór, by powrócić i osiedlić się domu zupełnie mi do bohaterki nie pasuje, dlatego tak silnie marzyły mi się kolejne sezony i kolejne światy :)

      • Wydaje mi się, że po prostu Dżafar żył w iluzji – możliwość czynienia wszystkiego, czego się zapragnie jest przecież bardzo pociągająca i nie dziwię się, że nie chciał się z nikim taką mocą dzielić. Nie widział tylko, że to bardzo puste.
        Natomiast jeśli chodzi o Alicję, to na pewno tu nie kończy się jej przygoda. Twórcy mieli przecież w zanadrzu jakieś kolejne sezony, ale ABC im wszystko zepsuło. No i zauważ, że bardziej od przygód, pragnęła przede wszystkim jednego – akceptacji swej rodziny. I to na koniec dostała. A to, że świat ją wyszydzi – co z tego? Ma u swojego boku ukochanego i może się z nim ustatkować. O to przecież walczyła.

        • To z tego, że Alicja nigdy nie będzie tak naprawdę w pełni szczęśliwa. Nawet żyjąc szczęśliwego u boku kochającego męża, córki i rodziny będzie tęsknić za przyjaciółmi, przygodami i swobodą. Mówisz, że to nie była jej ostatnia przygoda – ok. Ale mnie zgrzytnęło już w momencie, w którym Alicja postanowiła wrócić do domu. Dla mnie to trochę tak jakby dzikie zwierzę dobrowolnie dało się udomowić ;)

          • Wydaje mi się, że ona od początku dążyła do tego, żeby się ustatkować razem z Cyrusem, a po tym, co przeszła, dojrzała na tyle, by zrozumieć, że spokój u boku ukochanego jest wart więcej niż przygody :)