Beauty and the Beast: Banał i bieda

batb-f

[1×01] Myślałam, że sprawa z pilotem nowej wersji Beauty and the Beast będzie prosta. Krytycy za oceanem nie zostawiają na nim suchej nitki, więc i ja przygotowałam się totalny gniot – nawet pomimo całej mojej sympatii do Kristin Kreuk. Aż tak strasznej tragedii nie ma, ale i tak daleko temu pilotowi do sukcesu.

Dla przypomnienia, fabuła. Główną bohaterką jest Catherine Chandler, twarda pani detektyw w wydziale nowojorskiej policji. Dziewięć lat wcześniej była ofiarą napadu, w wyniku którego jej matka została zamordowana, a ją samą uratował tajemniczy mężczyzna. Dziś natrafia na ślad tego samego osobnika w trakcie rutynowego śledztwa. Okazuje się nim genetycznie zmodyfikowany żołnierz, były lekarz, który udając martwego chowa się przed całym światem i w sekrecie pomaga potrzebującym. W dużym skrócie. Jednocześnie wychodzą na jaw fakty, które mogą doprowadzić Catherine do zabójców jej matki, a ona sama bezwolnie wpada pod urok zagadkowego Vincenta.

Są dwa powody, dla których czekałam na Beauty and the Beast: po pierwsze bardzo lubię Kristin Kreuk, niezależnie od tego, jak średnio gra, a po drugie to serial z elementem supernaturalnym (nie zawierającym wampirów), więc interesujący mnie niejako z defaultu. Forma procedurala mnie nie odstrasza, przyzwyczaiłam się. Gdy jednak zobaczyłam pierwszy pełny trailer, złapałam się za głowę i przez moment było mi aż wstyd, że na ten serial czekałam – tak fatalnie kiczowate, sztuczne i cukierkowe zrobił na mnie wrażenie. Bałam się więc tego pilota. W zasadzie byłam już przygotowana na totalne rozczarowanie, choć tliła się we mnie jeszcze jakaś iskierka nadziei na mimo wszystko dobre zakończenie. Miałam już nawet wymyślony tytuł pod negatywną opinię. Wszystko to piszę zaś dlatego, że ostatecznie aż tak źle nie było. Było kiepsko, ale jak dla mnie jeszcze bez sięgnięcia dna.

Żeby nie było złudzeń, zacznę od wad. Po pierwsze ten odcinek prawie w ogóle się nie klei. Sprawa policyjna wydaje się pisana na kolanie, bo jest mało ciekawa, jeszcze gorzej przedstawiona, a do tego pełno w niej dziur. Moment, w którym panie detektyw odkrywają, że ofiara ma ślady po resuscytacji, a głównym podejrzanym jest lekarz wręcz się prosił o pacnięcie się w czoło, bo bohaterki oczywiście nawet nie wzięły pod uwagę, że może nie był tam po to, by ofiarę zabić. Dalej, sceny, a wraz z nimi rozwój wypadków, przeskakują po sobie chyba tylko dla zasady – naprawdę, dawno nie widziałam takiego braku pomysłu na płynne przedstawienie faktów i zaciekawienie widza wydarzeniami. Nie chodzi już nawet o aktorstwo – nie złe, ale i nie dobre – ale o zwyczajną odrobinę wyobraźni. Tymczasem mam wrażenie, że cała fabuła była tu tylko po to, żeby pochwalić się bezkompromisową bohaterką, każąc jej wypowiadać drętwe i sztampowe kwestie (miejscami nawet żenująco śmieszne) i za wszelką cenę, kosztem jakiegokolwiek mistycyzmu, dać nam do zrozumienia, że Bestia to tylko taki nieszczęśliwy, odizolowany i osamotniony aniołek.

Sama Catherine jeszcze nie jest zła, jest tylko wtórna...
Sama Catherine jeszcze nie jest zła, jest tylko wtórna…

Bohaterowie to bowiem drugi wielki problem. Obojgu niemal całkowicie brakuje ikry. Catherine jest oczywiście pokazana jako niezależna i pewna siebie młoda kobieta, która faceta potrzebuje tylko na chwilę (nie zostało to powiedziane wprost, byłoby za ostro), a Vincent to biedny szczeniaczek, który przecież nikomu krzywdy nie zrobi, bo to nie wypada. Płaskie, puste, nieprzekonujące, nudne, banalne, etc. etc. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć w tym pilocie choć odrobinę mroku – tak wewnętrznego, obrazowanego przez zmagającego się ze swym bestialskim „ja” bohaterem, jak i zewnętrznego, na przykład poprzez pokazanie paskudnego oblicza miasta, które wpłynęło na Catherine tak a nie inaczej – to się srodze zawiedzie. Co gorsza, jeśli para bohaterów wychodzi kiepsko osobno, to co dopiero, gdy połączyć ich razem. Ich wzajemna fascynacja przejawia się w długim spoglądaniu sobie w oczy, które jest albo niedowierzające, albo zszokowane, albo zauroczone. Ogląda się w to skręcającym żołądek bólu.

Poza tym coś tu jest nie tak z logiką. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że Vincent – lekarz – najpierw zapisuje się do wojska jako zwykły szeregowiec, a potem bez problemu zgadza się być obiektem eksperymentu. Co prawda w rozmowie z Catherine wyjawia, że powinien wtedy zadać jakieś pytania, ale sposób, w jaki zostało to przedstawione spowodował u mnie jedynie wzruszenie ramionami. Poza tym, że było to strasznie kiepsko rozwiązane na poziomie scenariusza, zupełnie mnie nie interesowało, co Vincent sobie wtedy myślał. A – no i ta patetyczna łezka spływająca po policzku bohatera, kiedy we wspomnieniach wstrzykują mu to całe genetycznie modyfikujące świństwo. Tania twórcza manipulacja, że aż się robi przykro.

... ale to mnie już zupełnie nie przekonuje.
… ale to mnie już zupełnie nie przekonuje.

Powyższe to problemy najgorsze, ale nie jedyne. Aktorstwo nie zachwyca, zwłaszcza to w wykonaniu Jaya Ryana, choć muszę powiedzieć, że spodziewałam się czegoś znacznie gorszego. Kristin Kreuk wyszła natomiast strasznie nierówno – w jednym momencie była ok, w drugim już zgrzytało. Na jej obronę mogę powiedzieć tyle, że z takim scenariuszem na pewno ciężko wypaść przekonująco. Niezbyt dobrze zostali zarysowani bohaterowie drugoplanowi. Można wywnioskować nieco faktów na temat partnerki i przyjaciółki Catherine oraz tutejszego patologa (granego przez byłego członka obsady Tudorów), który się w bohaterce podkochuje, ale niewiele i w zasadzie nie ma po co – niczego te postacie nie zmieniają.

Poważnym zagrożeniem może też być forma procedurala. O ile sprawy nie dostaną jakiegoś kopa, a Vincent nie będzie ratował Catherine przy każdej możliwej okazji, wzdychając do niej z dachu, z którego potajemnie ją obserwuje, to Beauty and the Beast może się szybko z telewizją pożegnać. Pewnym światełkiem w tunelu jest intryga, w którą wplątany jest zarówno Vincent, jak i nieszczęśliwie zamordowana matka bohaterki (i pewnie FBI, albo „FBI”, również), ale serial musiałby się naprawdę bardzo postarać, żeby to wypaliło. Nie chcę mówić, że to niemożliwe, ale nie robiłabym sobie większych nadziei. Po tym, czego scenarzyści dowiedli w pilocie prędzej spodziewałabym się cudu.

Czy będę oglądać dalej? Będę – głównie po to, żeby się przekonać, czy Beauty and the Beast stać na coś więcej. Jeśli nie, zapewne sam sezonu nie przetrwa, a jeśli tak, to cóż – będzie kolejnym supernaturalnym serialem z romansem i kryminałem w tle, któremu będę mogła do woli wytykać wady. Bo naprawdę, ani romans, ani kryminał mnie w tym pilocie nie zainteresował. Ostatecznie nie jest to najgorszy pilot, jaki w życiu widziałam, ale na więcej niż szkolną trójkę niestety nie zasługuje.

Tekst oryginalnie opublikowany w serwisie Serialowa.

  • Właściwie to zgadzam się ze wszystkim co napisałaś. Najbardziej ciekawi mnie jaki miałaś wymyślony tytuł dla negatywnej recenzji? Mogłabyś zdradzić? :)

    • Teraz już nie wydaje mi się takie fajne, ale było „Nie, nie, nie” :P

  • Dokładnie tego oczekiwałabym po serialu o takiej nazwie i koncepcji ;P Może się poprawią, we’ll see :)

    • Ten komentarz został usunięty przez autora.

    • Właśnie to jest najgorsze, że było słabo ale i tak zobaczymy następny odcinek ;)
      Mam nadzieję, że skupią się bardziej na wątku morderstwa matki Catherine.

  • hmmm jak dla mnie to też była bieda. spodziewałam się czegoś bardziej… fascynującego. jakiegoś napięcia i w ogóle. klimat mi nie odpowiada. sama historia też, póki co, mało porywająca. no, ale tak jak Ty mam zamiar kontynuować. porzuciłam Revolution po 2 odcinku, ale mam nadzieję, że Pięknej i Bestii nie spotka ten sam los.

  • Anonymous

    świetny serial !!!!:D