Battlestar Galactica: Blood & Chrome: Krwisty kosmos & dziurawy metal

Battlestar Galactica: Blood & Chrome

Długo wyczekiwana przez fanów Battlestar Galactica: Blood & Chrome przyszła i odeszła – a ja przestałam zastanawiać się, czemu znikła z radarów tak szybko na długo przed dotarciem do połowy. Bardzo chciałam ją pochwalić, ale dziur w scenariuszu samymi chęciami nie załatam.

Jako zagorzała fanka nowoczesnej wersji Battlestar Galactici, zapowiadanego od dawien dawna prequela z młodym Williamem Adamą u steru oczekiwałam z pewnymi nadziejami. Nie za wysokimi, bo w końcu bardzo ciężko dorównać odświeżonemu serialowi poziomem, ale też nie za niskimi, bo w końcu nazywa się Battlestar Galactica, a to już zobowiązuje. W przeszłości przekonałam się, że jestem osobą dość tolerancyjną względem produkcji na małym i dużym ekranie, tymczasem teraźniejszość coraz bardziej pokazuje, że ładne obrazki już mi oczu nie zamydlają. Blood & Chrome oczy zamydla – miejscami tak skutecznie, że w błyszczące bąbelki można się wpatrywać jak w obrazek i szczerzyć się do nich jakby miały spełniać życzenia – ale potem sam sobie wylewa na głowę kubeł zimnej wody. W rezultacie nie da się powiedzieć nic innego, jak że to jeden z najbardziej rozczarowujących i zmarnowanych projektów w minionym roku. Niestety.

Zaczyna się bardzo bardzo pięknie. Młodego Williama Adamę poznajemy w trakcie sesji treningowej, w której w brawurowy sposób pozbywa się dwóch cylońskich Raiderów. Starcie jest ultra-dynamiczne, kamera skacze, przybliża się i oddala w starym, pięknym stylu Battlestara, a w tle słychać obowiązkowe bębny Beara McCreary. Sekwencja zachwyca, bo na nowo ożywia całą miłość do pierwszego serialu – pomyślałam wręcz, że jak Blood & Chrome może się nie udać, skoro jest tak przesiąknięty duchem Galactici. Ku mojemu zaskoczeniu, to szalone tempo utrzymał też późniejszy dialog z członkami z załogi. Wyłania się z niego obraz pyszałkowatego, przekonanego o własnej wartości młodzieńca, który nie widzi w swoim życiu innego celu niż zająć należne miejsce w trwającej już dziesięć lat wojnie. Chwilę później, gdy on po raz pierwszy podziwia majestatyczną „Galacticę”, my poddajemy się emocjom związanym z powrotem na znany pokład. Jej zatłoczony i zagracony hangar, tętniący od hałasu dziesiątek rozmów i pracy dziesiątek narzędzi, to muzyka dla uszu i balsam dla oczu stęsknionego fana. Już można mieć nadzieję, że to się naprawdę dzieje, że naprawdę wracamy do świata Trzynastu Kolonii i ich zmagań z Cylonami, że najgorsze już minęło i Blood & Chrome nie potrzebuje robić jeszcze lepszego wrażenia – ale potem znienacka atakuje nas scena pod prysznicami i już wiadomo, czemu tak długo wyczekiwany prequel jednak nie dostał zamówienia na pełnoprawny telewizyjny serial.

"Galactica" jakiej jeszcze nie było (zdj. machinima.com).
„Galactica” jakiej jeszcze nie było (zdj. machinima.com).

Oto bowiem młody Adama poznaje tajemniczą panią doktor. Przypadkiem sięgają po ten sam ręcznik, następuje znacząca, wspomagana przez pracę kamery, wymiana spojrzeń, którą kończy figlarny uśmieszek pani doktor i sunący za nią wzrok Adamy. Ta jedna scena – w dwunastej minucie całości – i już wiedziałam, że jakikolwiek scenariusz czekał na bohatera w dalszej części serialu, garściami czerpać będzie z oczywistych i do bólu naiwnych chwytów. I miałam rację – bo oczywiście pani doktor to twarda sztuka, która uwielbia wydawać chłopcom rozkazy, oczywiście musiała przez sen chwycić przypadkiem dłoń Adamy i zwierzyć mu się później z ciążących na jej sercu rozterek, oczywiście musiała się opierać, oczywiście musiała ulec, i oczywiście kumpel bohatera, który cały czas ostrzegał go przed zaangażowaniem, musiał w pewnym momencie odczytać z gwiazd (bo na pewno nie z sytuacji), że bohater się z nią przespał. I to wcale nie jest spoiler – wszystko jest do przewidzenia już w dwunastej minucie całości.

Niestety, na tym banalność scenariusza wcale się nie kończy, choć bez wątpienia zęby bolą od tego najmocniej. Adama, jego co-pilot Coker i pani doktor wyruszają w kosmos z tajną misją mającą zaważyć na losach wojny. Struktura tej misji nigdzie nie zaskakuje – palców obu rąk nie starczy, żeby wyliczyć wszystkie ograne motywy. Nie byłoby to jednak specjalnym problemem – bo fabuła oparta na schematach nie oznacza automatycznie fabuły złej – gdyby te motywy były w dobrze przemyślane. Tymczasem Blood & Chrome pełen jest naprawdę głupich dziur logicznych, których przy odrobinie wysiłku w trakcie pisania scenariusza można było zdecydowanie uniknąć. Bohaterowie, żołnierze na misji, nie czytają rozkazów i nie znają wymaganych w protokole kodów. Pani doktor specjalnie nie dopina kurtki, żeby w odpowiednim momencie mógł jej się wysunąć nieśmiertelnik. W jaskini musi być tajemniczy potwór, którego w ostatniej chwili pokonać może tylko tajemniczy mężczyzna. Takich i innych kwiatków jest tu pełno; co więcej, widać je gołym okiem, jakby scenarzyści poszli po prostu po najmniejszej linii oporu i nawet nie starali się ubarwić ich odrobiną oryginalności. Wszystkie takie triki są tu upchane w tak rażąco sztuczny sposób, że zamiast wzbudzać emocje, wzbudzają politowanie, bo nie ma w nich ani krztyny naturalności. Fabuła oparta na schematach nie oznacza automatycznie fabuły złej, ale te schematy trzeba jeszcze umieć z głową wykorzystać. W Blood & Chrome są wykorzystane topornie, jakby ktoś najwyraźniej uznał, że fabuła to tylko pretekst do wyprawy w kosmos. Nikt nie pomyślał, że to wyprawa w kosmos powinna być pretekstem do fabuły.

Sprawczyni całego bałaganu... (zdj. machinima.com)
Sprawczyni całego bałaganu… (zdj. machinima.com)

Oliwy do ognia dodała mi jeszcze postać Cokera, która prowadzona jest w bardzo niekonsekwentny sposób. Koleś jest naprawdę sympatyczny i gdy polubiłam go raz, trudno było mi go lubić przestać, ale nie zmienia to faktu, że w połowie serialu jego zachowanie zaczęło mnie mocno irytować. Rozumiem, że jako żołnierz o krok od zakończenia służby, pozbawiony złudzeń co do kształtów i żniwa wojny, pragnie tylko jak najszybciej zakończyć ten rozdział swojego życia, ale nie pojmuję zupełnego braku rozwoju w jego charakterze. Oglądając historię o poświęceniu i misji ważniejszej niż wszystko spodziewam się, że wydarzenia na bohaterów wpłyną i ich zmienią. Tymczasem Coker ciągle tylko myśli o tym, by wracać do domu i na nic mu nawet poświęcenie, na jakie zdobywa się jego bliski kumpel. Dzieją się wokół niego dramatyczne rzeczy o wielkiej wadze, a on nic tylko marudzi i narzeka. Aż chciałoby się strzelić mu w pysk i wygłosić patetyczną przemowę, żeby się rozejrzał, gdzie jest, co robi i jak daleko już zaszedł – ale naprawianie bohaterów to nie zadanie moje, tylko scenarzystów. Z Cokera chcieli zrobić cynika i realistę, ale zrobili z niego takiego cynika i takiego realistę, że w momentach, w których się na niego naprawdę liczyło jego zachowanie było dla mnie nieakceptowalne.

Nic złego nie powiem za to na aktora, który rolę Cokera odgrywał. Zresztą zarówno Ben Cotton, jak i wcielający się w młodego Adamę Luke Pasqualino zrobili na mnie bardzo pozytywne wrażenie, bo oboje zagrali z werwą, co – biorąc pod uwagę fakt, że serial filmowano wyłącznie na greenscreenie – wymagało od aktorów niemało wyobraźni. Pasqualino idealnie podpasował mi jako kąpany w gorącej wodzie rekrut, bo jego butny, ognisty temperament świetnie szedł w parze z naiwnym, młodzieńczym wyglądem. Jego kreacja spodobała mi się od samego początku, bo idealnie odwzorowała moje wyobrażenie o tego typu postaci. Razem z Cokerem, Adama widnieje na ekranie najczęściej, a sceny z oboma panami razem to chyba jedyna rzecz, która mnie w tym serialu zupełnie nie gryzła. Zresztą cała „wojskowa” część obsady sprawdziła się bez zarzutu, a znalazły się w niej co najmniej dwie rozpoznawalne twarze: Brian Markinson (Continuum, Caprica) i Mike Dopud (Stargate Universe, Continuum). Wyglądało na to, że gdyby Blood & Chrome dostał zamówienie na cały sezon, obu mieliśmy widzieć częściej – podobnie jak cały, najciekawszy, zespół pilotów z „Galactici”. Tego szkoda mi najbardziej.

battlestar-galactica-blood-and-chrome-05
Panowie w duecie byli najlepsi, nawet pomimo scenariusza (zdj. machinima.com).

Tak czy inaczej, cały dobry poziom aktorstwa niestety blednie w zestawieniu z fatalnym występem pani doktor. Ktokolwiek obsadził w jej roli Lili Bordán powinien przemyśleć swoje powołanie, bo aktorka dostała angaż chyba tylko ze względu na swój wschodnioeuropejski akcent. Wschodnioeuropejski akcent to za mało, żeby przekonująco pociągnąć rolę. W rezultacie pani doktor okropnie sili się na oddanie jakichkolwiek emocji, ale wychodzą z niej tak wystudiowane gesty i słowa, że słuchając jej miałam wrażenie, jakby ktoś jechał po tablicy paznokciami. Kobieta była beznadziejna od początku do końca i samą swoją obecnością – jako jedna z trzech czołowych postaci – położyła połowę tej historii. Idealny przykład na to, jak kiepski casting może zniszczyć obiecującą produkcję. Nie, żeby to był pierwszy raz…

Ile by jednak nie narzekać na scenariusz i aktorskie nieporozumienie z Lili Bordán, uznanie należy się technicznemu wykonaniu Blood & Chrome. Podczas kręcenia serialu nie użyto ani jednego zbudowanego na jego potrzeby planu zdjęciowego – wszystkie zdjęcia kręcono przy użyciu greenscreenu, pod którego później podłożono cyfrowe wnętrza zeskanowane z planu wcześniejszej Battlestar Galactici. Ta metoda pozwoliła na znaczne zwiększenie wewnętrznych przestrzeni starej-nowej „Galactici”, ale przede wszystkim miała za zadanie otworzyć nową ścieżkę dla przyszłych scenarzystów nurtu science-fiction. Twórcy Blood & Chrome wzięli sobie do serca ograniczenia, jakie często blokują scenarzystów podczas tworzenia – wymagających m.in. budowania kosztownych lokacji i wykorzystywania kosztownych technik kręcenia – dlatego postanowili pokazać, że ograniczać powinna ich tylko wyobraźnia. Końcowy efekt ich pracy jest w dużej mierze naprawdę imponujący – przy większości scen można kompletnie zapomnieć, że całe tła są wygenerowane tylko komputerowo. Zatłoczony hangar „Galactici” to dla mnie najlepsza rzecz, jaką widziałam w sci-fi na małym ekranie: ogromna przestrzeń pełna Viperów, Raptorów, sprzętów, kabli, pojazdów, ludzi, w ciągłym poruszeniu ozdobionym moimi ulubionymi flarami, wydaje się prawdziwie żywa i oddychająca. Podobnie wciągające są sceny walk w kosmosie, których klimat jest praktycznie namacalny. Niestety im dalej w las, tym bardziej wyraźny staje się efekt iluzji. Nie wiem, z czego to wynikało, ale akurat pod koniec serialu granica pomiędzy aktorami a bluescreenem zaczęła miejscami aż bić po oczach. Zabrakło czasu na wykończenie? Coś poszło nie tak? Gdyby wszystkie efekty były dopięte na ostatni guzik, końcowy efekt zrobiłby jeszcze lepsze wrażenie, bo całościowo jednak trudno odmówić Blood & Chrome zaliczenia sukcesu.

Klimat jest bez wątpienia (zdj. machinima.com).
Klimat jest bez wątpienia (zdj. machinima.com).

Mimo tego ciężko stwierdzić, czy taka wizja przyszłości filmowego science-fiction, czyli niemal całkowicie zdigitalizowana, to najlepszy kierunek dla gatunku. Trudno zignorować argumentację o ograniczeniach, jakie ramy fantastyki naukowej nakładają na scenarzystów, ale z drugiej strony wszyscy wiemy, jakie wrażenie wywołują na widzach prawdziwe, materialne lokacje. Wystarczy przypomnieć sobie klaustrofobiczne korytarze „Nostromo” czy mroczne zakamarki Miasta w Chmurach na Bespin, i już odzywa się nostalgia do odchodzących w niepamięć technik filmowania. Nie da się jednak zaprzeczyć, że efekty komputerowe są tańsze i częściej można z nimi zrobić więcej niż ze stałymi plenerami, co z roku na rok coraz mocniej udowadniają filmy na dużym ekranie. Ja, szczerze mówiąc, czuję się jeszcze rozdarta. Dobre efekty są w stanie porwać mnie bez pamięci, ale nie chciałabym, by namacalne elementy przedstawianego świata całkowicie zniknęły z procesu produkcyjnego. W końcu science-fiction to też opowieść o rzeczywistości, więc niech nigdy jej nie zatraci.

Tymczasem o Battlestar Galactica: Blood & Chrome mogę powiedzieć jedno: to ładnie zapakowany obrazek, który życzeń niestety nie spełnia. Świetna kosmiczna nawalanka nie wynagradza prawie półtoragodzinnych zmagań z kiepskim scenariuszem, który ilością klisz na kliszach po prostu zamęcza spragniony świeżości mózg. Naprawdę wierzyłam, że będzie fajnie, ale ten scenariusz oddał walkę walkowerem. Fani nowej Battlestar Galactici nie znajdą tu nic więcej poza znajomą atmosferą wojny z Cylonami, pozostali – pustą historyjkę w kosmosie. Jeśli polecam, to tylko dla obejrzenia efektów, za resztę nie ręczę.

Battlestar Galactica: Blood & Chrome, 2012
Reżyseria: Jonas Pate
Scenariusz: Michael Taylor, David Eick, Bradley Thompson, David Weddle
Obsada: Luke Pasqualino, Ben Cotton, Lili Bordán, John Pyper-Ferguson, Brian Markinson
Muzyka: Bear McCreary
Ocena: 5/10

P.S. Nie wierzę, by po emisji całego pilota w lutym czy kiedyś-tam stacja SyFy chciałaby zamawiać sezon, ale gdyby tak się stało, to bym go obejrzała – bo przemycona w Blood & Chrome zapowiedź serialu zapowiadała się trzy razy lepiej niż całe Blood & Chrome razem wzięte.

  • Ja tam byłem zadowolony. Oglądało się fajnie, wizualnie stało jeszcze lepiej. Na dziury w fabule nie zwracałem uwagi – owszem, można było się od początku domyślać, że misja to ściema i ze ktoś musi być zdrajcą, ale po obejrzeniu strasznie żałuję, że serialu nie będzie.

  • Ja się nie zgodzę z wykonaniem. O ile bitwy kosmiczne z pierwszej połowy są super, to od początku razi greenbox miejscami bardzo leniwie kryty oślepiającymi lens flarami. A w połowie serii w ogóle chyba kasa się skończyła i CGI zrobiło się arcybrzydkie. Gdyby nie fanbojstwo BSG pewnie bym nie przemęczył do końca.

    Niestety – jest klimat BSG i chyba nic więcej. Postacie, fabuła, wykonanie tak se.

    • spyderr

      Mam dokładnie to samo wrażenie – flary, flary, flary, blur, flary.
      Akurat warstwa wizualna tego filmu moim zdaniem jest bardzo słabiutka.
      Wszystko jest tak sztuczne i podkrecone w postprodukcji, ze aż oczy pękają ;)

      • Aeth

        Cóż, ja od czasu abramsowego „Star Treka” jestem we flarach strasznie zakochana i tego nie ukrywam. Dają mi poczucie szybkości, pobudzają świadomość, że wszystko dzieje się dużo i naraz, że w światach sf wszystkiego jest za wiele, by ogarnąć to naraz. Ale jednocześnie jako widz doskonale widzę, że to też sprytna sztuczka na maskowanie błędów – co i tak nie przeszkadza mi cieszyć się efektem końcowym ;)

  • Pod koniec efekty były faktycznie widocznie i strasznie to gryzło w oczy, ale jako osoba mająca słabość do lens flare wybaczam ich nadmiar, nawet w miejscach, w których iż użycie było oczywiste ;) Mimo wszystko uważam, że jak na taką skalę (prawie 1,5 h materiału) całościowe użycie CGI się broni. Chętnie bym zobaczyła, jak ta technika może wyglądać lepiej w jakiejś kolejnej produkcji.

    I też żałuję, że nie powstanie serial, bo nie ma co mówić, z takim klimatem i odrobiną więcej wysiłku przy pisaniu mógł z tego wyjść naprawdę fajny kosmiczny shooter. Piloci przedstawieni na początku i pod koniec byli z całej ekipy najfajniejsi.

    • spyderr

      Są flary i są flary. Co innego te piękne prawdziwe flary generowane przez szkła anamorficzne jak dobrze są poustawiane światła, co innego chamskie walenie światłem po oczach wygenerowanym na kompie ;) JJ Abrams używa ich też za dużo, ale jednak jakoś bardziej z umiarem ;) CGI się generalnie broni jak na tak szybko sklecony materiał (w porównaniu do BSG) – tu mozna poczytać o tym więcej http://www.cgsociety.org/index.php/CGSFeatures/CGSFeatureSpecial/battlestar_galactica_blood_chrome

      • Aeth

        Dokładnie ten tekst czytałam przed napisaniem, tylko z innej strony ;) Co do reszty, tru (choć Abrams sam się później przyznał, że w ST nieco przesadził). Generalnie ta metoda kręcenia seriali jeszcze raczkuje, więc ja tu wspaniałomyślnie potknięcia wybaczam ;) Poza tym jak się popatrzy, jakie CGI robią ludzie od „Once Upon a Time”, to w porównaniu z „Blood & Chrome” jest to niebo i ziemia, a to przecież serial mainstreamowy…

        • spyderr

          No początki nie początki… może nie na taką skalę, ale CGI w serialach jest wszędzie nawet jak tego nie zauważamy http://fstoppers.com/115 :)
          ja osobiście wolę trochę kartonu i farby ala Firefly ;)

  • Ja podobnie jak Craven niemalże zmiękłam w połowie – nic mnie nie przykuwało ani do postaci, ani do fabuły. I nawet fanbojstwo (fangirlstwo?) na to nie pomagało. Miło było zanurzyć się jeszcze raz w świecie BSG… ale nawet patrząc przez pryzmat ograniczonego budżetu wyglądało mi to bardziej na reklamówkę jakiegoś serialu odgrzewającego kotlety, niż na sam serial z wykopem. Sniff. Niemniej – nie żałuję, że obejrzałam całość. So say we all!

  • Czytałem, że jest źle, ale nie miałem pojęcia, że aż tak. Obejrzę jak wyjdzie sklejona wersja i wtedy sam ocenię, ale obawiam się, że będę miał podobne wrażenia. Ogromnie szkoda co stało się z marką Battlestar Galactica. Pierw trochę rozczarowujący finał oryginału, potem anulowanie świetnej Capricy i teraz ten potworek.