Battleship: Gra w zwycięstwo

battleship-hopper-f

To, że film nie jest „dobry” nie stoi na przeszkodzie, że może się podobać – takimi słowami skomentowałam pewną rozmowę na temat najnowszego blockbustera Petera Berga, i takimi będę podpierać każdą inną opinię na jego temat. Battleship to film, który poza masą czystego funu nie oferuje wiele więcej – i jest to jego głównym celem i podstawową zaletą.

Battleship nie jest filmem dla każdego – trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie już na samym początku. Osoby z uczuleniem na klisze, banały i amerykańskość (do której zaliczają się wszystkie możliwe wariacje powyższych, plus patos i patriotyzm), powinny go raczej unikać („raczej” w ramach procentu prawdopobieństwa). Co więcej, w poniższym tekście na pewno nie znajdzie się nic, co o Battleshipie nie zostało już napisane, ale ponieważ bawiłam się nad nim setnie, zwyczajnie czuję potrzebę napisania o tym, dlaczego. Kluczem do tego mojego prywatnego sukcesu były trzy proste rzeczy: wojsko, kosmici i woda.

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa i można by się nią w zasadzie nie przejmować. Otóż na Ziemię przylatuje pięć statków kosmicznych, ale ponieważ obcy spartaczyli robotę rozwalając swój okręt komunikacyjny o Hong Kong – utrudniając sobie szybką i bezproblemową inwazję – dzielni żołnierze amerykańskiej marynarki wojennej mają szansę stawić im czoła. Szczęśliwym zrządzeniem losu przewodzi im Alex Hopper, który dzięki swym heroicznym wysiłkom może nauczyć się odpowiedzialności, nie zostać wylanym z wojska i w dodatku poślubić piękną córkę admirała. Serio, nie ma sensu patyczkować się z ukrywaniem czegokolwiek, bo cała treść Battleshipa jest do przewidzenia już po pięciu minutach. Ale, jak mówiłam, nie w fabule leży sukces.

Po pierwsze, wojsko. Przy okazji tekstu o cyklu Valor Confederation pisałam, że wojsko uwielbiam. W książkach, w filmach, w każdej możliwej fikcji – jest wojsko, jest fun. W Battleshipie dodatkowo były jeszcze statki, wielkie niszczyciele i pancerniki, które pływały, strzelały, wybuchały i pod odpowiednim kątem kamery pokazywały całą swą destrukcyjną potęgę. A odpowiednich kątów kamery było naprawdę wiele. Do tego dochodzi cały szereg strzelających zabawek, żeby nie było za cicho. No i wojskowe odzywki, które za żadne skarby na świecie nie przeszłyby chyba w rzeczywistości, ale w filmie świetnie się sprawdzają. Militarny background: +1 do funu.

Po drugie, kosmici, czyli sci-fi. Uwielbiam wszelkiego rodzaju inwazje z kosmosu, czasem z mniej, a czasem z bardziej poważnych powodów, ale na pewno dlatego, że obcy dysponują zazwyczaj szeregiem przefajnych maszyn i urządzeń. Mam słabość do technologii, a im bardziej zaawansowana i efektowna, tym lepiej. Generalnie, kocham science-fiction i nie wstydzę się mówić, że duża część tej miłości wynika ze względów wizualnych – a Battleship mało ich nie miał. Obcy ze swoimi zabawkami: +2 do funu.

Po trzecie, woda. To pewnie najtrudniej wyjaśnić, ale kocham wodę. Pływać w wodzie, pływać na wodzie, być nad wodą, patrzeć na wodę – oglądać filmy z wodą. Nieskończonym uwielbieniem darzę głupi jak but Wodny świat z Kevinem Costnerem, cameronowskie podwodne dzieło o imieniu Głębia, jak i bzdurną Piekielną głębię, klasyczne Szczęki, horror Rafa, i wiele innych wodnych, podwodnych i nadwodnych filmów. Woda: +3 do funu.

A więc wojsko walczące z kosmitami na wodzie – o co więcej można jeszcze prosić?

I tym przydługim wstępem mogę przejść do innych zalet filmu. Na czoło wysuwa się przede wszystkim akcja i tak mało przegadanych przerywników, jak tylko się da w celu zachowania przyzwoitego balansu i tła dla postaci. Jest szybko, jest prosto, jest bez owijania w bawełnę. W Battleshipie ma się dziać, to jest film do oglądania heroicznych wyczynów dzielnych amerykańskich bohaterów i nie ma bata, żeby miał być o czymś innym. W trakcie ratowania świata jest także zabawnie, bo wiadomo, ratowanie świata jest wyczerpującym zadaniem, więc odrobina luzu przyczynia się dla zdrowia. Jest również patriotycznie, bo w końcu to amerykańscy bohaterowie – ale w razie, gdyby miało to zostać wzięte za zaletę sprostuję, że owego patriotyzmu nie jest wcale dużo. Zaskakująco, flaga powiewa raczej tylko z oddali, a większość nawiązań jest przekazywana obrazem, w domyśle. Patriotyzm zazwyczaj nie irytuje mnie tak bardzo, jak czasem potrafi irytować innych, ale tutaj nie miałam powodów do narzekań. Dzięki temu mogłam z całkowitym rozluźnieniem wchłaniać przez skórę fenomenalne efekty specjalne.

W kasowym blockbusterze science-fiction efekty specjalne muszą być na najwyższym poziomie, a w widowisku takim jak film o żołnierzach walczących z kosmitami na wodzie najlepiej, żeby były jeszcze lepsze. Pełnometrażowych sci-fi widziałam sporo, ale powiem szczerze, że efekty w Battleshipie przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Tu nie tylko są statki kosmiczne, ale statki kosmiczne wynurzające się z wody – i każda kropelka jest swoim własnym, żywym i oddychającym tworem. Nie byłam w stanie powiedzieć, gdzie zaczyna się ocean, a gdzie efekt. Pół filmu przesiedziałam z otwartą gębą, bo tak gigantyczne robiło to na mnie wrażenie. Ale to nie wszystko. Połączenie efektów specjalnych z efektami dźwiękowymi i muzyką pogłębiły te wrażenia co najmniej trzykrotnie! W pewnym momencie po prostu zaczęłam żałować, że tych scen nie ma więcej. Wielka szkoda, że następnym razem będę to mogła powtórzyć tylko w wydaniu DVD, bo kinowy ekran i jego wielkie głośniki to co najmniej połowa sukcesu Battleshipa.

Innym czynnikiem, który miał tu znaczenie, jest obsadzenie w głównej roli Taylora Kitscha, który ma świetne zacięcie do takich pół-poważnych postaci. Idealnie udowodnił to w Johnie Carterze, a choć jego kreacja w filmie Berga nieszczególnie się od tamtej różni, nie oznacza to wcale, że źle się go ogląda. Wręcz przeciwnie. Gra lekko i niewymuszenie, bez problemu pozwalając na nawiązanie pozytywnej relacji z Hopperem. Inaczej ma się sprawa z jego blond narzeczoną (Brooklyn Decker) ze swoją co najwyżej przeciętną kreacją, a nawet z admirałem (Liam Neeson), który co prawda nie zajmował dużo ekranowego czasu, ale i grał jakby mu się nie chciało. Za to drugą najfajniejszą postacią w Battleshipie była czarnoskóra specjalistka od broni, Raikes, która biegała po całym filmie z twardym kobiecym attitude, a wcielająca się w nią Rihanna całkiem całkiem za nią nadążała. A zatem aktorzy ogólnie nie przeszkadzali w odbiorze czysto rozrywkowego kina z dużą ilością wybuchów, i chwała im za to.

Co jeszcze z zalet? Zdjęcia. Świetne, dynamiczne ujęcia krajobrazu Hawajów sprawiały, że ten film po prostu nie zwalniał, wciągając niejako siłą swojego rozpędu.

Jak nietrudno się domyślić, Battleship ma też sporo wad. Jedną z nich jest wspomniana już wcześniej zbyt mała ilość scen najeżonych efektami specjalnymi, a także fakt, że duża część filmu jednak nie dzieje się na wodzie. Trochę też mało Alexandra Skarsgårda, który w pierwszym trailerze, jaki widziałam kilka miesięcy temu był drugim powodem, dla którego powiedziałam sobie, że muszę ten film obejrzeć. Całościowo jednak  większość tych wad znika pod pokrywą akcji, rozwałek, wybuchów, klimatycznie zwolnionych scen, nie trzymających się kupy, ale fajnie oglądających się rozwiązań fabularnych, sztampowego humoru i nawiązania do gry w statki (ekranizacja musi być!). 7 za czysto odmóżdżający film sam w sobie, plus 1 za poziom funu, czyli 8/10 od miłośniczki prostego kina rozrywkowego, science-fiction i wody.

I na koniec mała historyjka o tym, jak to los nie chciał mi pozwolić, żebym się tak świetnie na Battleshipie bawiła. Pierwszy raz wybrałam się do kina niedługo po premierze, podczas wyprawy do Warszawy i wizyty w kinie w Galerii Mokotów. 10 minut po tym, jak skończyły się reklamy i zaczął lecieć film, ekran niespodziewanie zgasł, a na salę wyszedł średnio wygadany kierownik. Poinformował nas, że ze względu na słabą jakość obrazu (czyli nieco zamazaną, co najpierw zauważył mój kumpel, dopiero później ja), będą musieli przeczyścić całą taśmę, ale nie wiedzą, jak długo to potrwa. Zostawił nam dwie opcje do wyboru: albo zwrot kasy, albo film w kiepskiej jakości obrazu. Ponieważ nie zapłaciliśmy pełnej ceny biletów za film w słabej jakości obrazu, podziękowaliśmy i wyszliśmy. Minęły ze trzy tygodnie i w Cinema City pojawiła się cudowna promocja 1+1. Poszłam przy najbliższej możliwej okazji (żeby jeszcze przypadkiem nie przestali wyświetlać Battleshipa w kinach). Tym razem ekran zgasł po jakiś 5-ciu minutach od zakończenia reklam, ponieważ od samego początku film został wyświetlony… bez dźwięku. Szybka reakcja kumpla pozwoliła na powtórzenie tych 5-ciu minut od nowa. Ale gdy już wydawało się, że mogę odetchnąć w spokoju – po tym, jak zaczęłam wierzyć, że ciąży na mnie jakaś klątwa – sytuacja powtórzyła się po raz trzeci (bo 3 to taka zaczarowana cyferka) akurat w scenie pierwszego kontaktu na wodzie. W ten właśnie sposób dowiedziałam się, że Cinema City ma deficyt operatorów i przełamałam klątwę. Bo nic, absolutnie nic nie mogło mi przeszkodzić przed tonami wylewającej się z ekranu zabawy. Kropka!