Bad boy jest mitem

Ostatnio chodzi mi po głowie temat, któremu chciałabym się przyjrzeć z bliska. Trudno go obalić – jest zbyt w popkulturze zakorzeniony, trudno odebrać mu sens – dosyć go w sobie ma, a jednak za każdym razem, kiedy go widzę, wierci mi nieznośną dziurę w środku. No bo czy nie jest tak, że twórcy seriali nas oszukują, próbując wcisnąć kit, że bad boy to łotr, któremu za grosz nie można ufać?

Opowiem Wam pewną historię, a Wy powiedzcie, czy ją znacie. Pewnego razu była sobie Dziewczyna. Dziewczyna mogła być główną bohaterką serialu, mogła też być jedną z wielu w produkcji wielo-obsadowej, ale przez swoją nietypowość i wyjątkowość miała dar do skupiania wokół siebie uwagi. Pierwszą osobą, z jaką się zapoznała, był on – bohaterski, szlachetny, o sercu czystym jak zła, wychowany przez matkę w szacunku do kobiet i z poważnym, dojrzałym nastawieniem do świata. Na imię mu było Golden Boy, a Dziewczyna, uratowana przez niego z kiepskiej sytuacji – mógł jej się, na przykład, zepsuć samochód, mógł ją też gonić niewidzialny potwór z dymu – bezwolnie poddała się jego rycerskiemu urokowi. Nawiązawszy znajomość, zaczęła wpatrywać się w niego jak w obrazek – być może nawet sama nie zdając sobie z tego sprawy – a jej serce biło mocniej ilekroć ów pojawiał się tuż obok. Ale później los splótł jej ścieżki z innym – tym drugim, którego rebelianckie nastawienie do świata pozwalało mu bezkarnie z niego szydzić, a luzackie usposobienie przyprawiało mu więcej wrogów niż przyjaciół. Zwali go Bad Boy, dla zaznaczenia jego „złego” systemu wartości i wpływu na bohaterkę. Bo oto nagle okazało się, że Dziewczyna już sama nie wiedziała, czy wolała bezpiecznego, ustatkowanego Golden Boya, czy niebezpiecznego Bad Boya o magnetycznym uroku…

Ale to nie koniec tej historii. Gdy sterujący całą trójką Narratorzy zorientowali się, że wyobraźnią ich widowni zawładnęła wizja Dziewczyny w ramionach Bad Boya – jej bratniej duszy, którego towarzystwo wyzwalało ją z okowów – zapragnęli skomplikować jej życie, by podtrzymać tę historię jak najdłużej. Tak oto nadali Golden Boyowi nowych cech, pogłębiając lub boską ręką tworząc nowe, mroczniejsze strony jego charakteru, byle tylko Dziewczyna dostrzegła nim choćby namiastkę iskry, która łączyła ją z Bad Boyem. Problem był tylko jeden: grzecznemu, ułożonemu Golden Boyowi nowe cechy pasowały jak pięść do nosa, tworząc z niego bohatera – zamiast głębokiego – nadto przekombinowanego. Tymczasem nowe wrażliwości, jakie odkrywał w sobie Bad Boy, zyskiwały mu kolejne punkty tak u Dziewczyny, jak i jego sympatyków, aż w końcu to jemu zaczęły dostawać się najbardziej łakome kąski fabularne. Gdzie jego opowieść się kończy, można zgadywać, pewne będzie tylko jedno: to właśnie on, Bad Boy, okazał się bardziej godzien miłości niż szlachetny rycerz na białym koniu.

Znacie tę historię, prawda? Tą, której początek i środek można przewidzieć z dokładnością do jednego miejsca po przecinku, a odwlekanego w nieskończoność końca nie móc doczekać się tak bardzo, aż się w końcu zepsuje i nikomu nie będzie już zależeć? Znacie? No więc ja mam jej dość. Dość nawet nie jednych i tych samych trójkątów miłosnych, ale ciągłego opieraniach ich na jednym i tym samym schemacie. A dość mam dlatego, że zawsze, ale to zawsze w takich sytuacjach kibicuję temu drugiemu, po czym okazuje się, że zazwyczaj wygrywa ten pierwszy. To też znacie, prawda?

Przypatrzmy się temu z bliska. Nasz serialowy bad boy to przeciwieństwo złotego chłopca – niczego nie bierze na poważnie, bez mrugnięcia okiem potrafi ubrudzić sobie rączki, instynkt przetrwania często wygrywa u niego z morałami, a konfliktowy charakter przeważnie stawia go w opozycji względem pozostałych. Zdecydowanie może też być kobieciarzem, pewnym tego, że żadna nie oprze się jego urokowi. Gdy pojawia się po raz pierwszy, najczęściej od razu zaczyna flirtować z główną bohaterką – w sposób, który jej nie podoba się tylko dla zasady. Po jakimś czasie nawiązuje się pomiędzy nimi nić porozumienia, utkana na przykład podobnymi przeżyciami, pozwalając im odnaleźć wspólny grunt. Od tego momentu mogą zdarzyć się sytuacje, że bohaterka staje w obronie bad boya, co praktycznie od razu wbija w serce złotego chłoptasia wielgachne szpile. Panowie zaczynają się nie lubić i rywalizować o względy swojej wybranki, a my w tym czasie o każdym dowiadujemy się więcej.

I tak odkrywamy na przykład, że rebeliancka postawa bad boya to mechanizm obronny mający uchronić go przed nieudanym dzieciństwem, przeszłymi krzywdami, bolesnymi traumami, i że w głębi serca to bohater niezwykle cierpiący, a na domiar złego duszący swoje bóle w środku. Kawałek po kawałku poznajemy jego tragiczną historię – śmierć bliskich, utrata ukochanej, zmuszenie do przetrwania w trudnych warunkach – i wtedy okazuje się, że bohater skrywa uczucia i wrażliwości, o jakie inni by go na pierwszy rzut oka nie podejrzewali. „Inni” – bo na pewno nie my, widzowie. My, widząc pierwsze przejawy „niegrzecznego” charakteru bad boya, od razu chcemy wiedzieć, co spowodowało, że jest taki, a nie inny. Z ciekawością śledzimy więc każdą wskazówkę, z której można ułożyć pełnię jego osobowości, nierzadko poznając go jako bohatera skomplikowanego, targanego sprzecznościami, pełnowymiarowego. Kochającego mocniej, troszczącego się bardziej, pragnącego żarliwiej. Naturalną koleją rzeczy, zaczynamy mu kibicować, potem rozumieć i usprawiedliwiać, aż w końcu scenarzyści już sami zapomną, że na początku serialu mogła to być zupełnie inna postać. Mało kto zauważa jednak złagodzenie jego charakteru, bo wtedy bad boy nie jest już bad boyem, ale pełnoprawnym bohaterem, któremu lepiej niech włos nie spadnie z głowy.

A co w tym czasie dzieje się ze złotym chłopcem? Angstuje, smuta się, miota, nie potrafi podjąć decyzji. W zależności od klimatu, prędzej czy później „twardnieje” albo „wyluzowuje”, nigdy jednak nie sięga tych samych poziomów co jego rywal. Dlaczego? Bo od początku serialu jest malowany jako wybraniec – losu czy dziewczyny, bez znaczenia. Dostaje jedną naczelną charakterystykę, kilka standardowych przymiotników („dzielny”, „prawy”, „rozsądny”), i zostaje wypuszczony w świat, którego tak naprawdę nigdy na poważnie nie doświadczył. Obserwujemy więc jego nieporadne próby radzenia sobie z rzeczywistością – trzymając się wyniesionych z domu zasad, które w nowych sytuacjach na nic mu się nie zdają – i w dużej ilości przypadków ich wynik zupełnie nas nie interesuje. Nie, kiedy tuż obok jest postać, która to wszystko zrobiłaby szybciej, lepiej, skuteczniej i generalnie rzecz mówiąc, znacznie ciekawiej.

Bo nie jest to wcale kwestia tego, że dobro jest nudne, a kobiety wolą niegrzecznych chłopców – choć w pewnym stopniu też – ale o to, jak bohater jest zbudowany i jak zaprezentowany. Jeśli mam dostać kolejnego wybrańca, który wszystko wie lepiej, a błędy są mu wybaczane (więc później nie ma się z nich jak uczyć), to w konfiguracji on-ona-on jest to już dla mnie postać skończona. Wprowadzony dla równowagi bohater „wadliwy”, ze skazą, jest z kolei dopiero rozpoczęty – to on ma w sobie nie odkryty, „przeszły” potencjał, po co więc ma mnie interesować przyszłość tego pierwszego? Co innego, gdyby ten szlachetny uparciuch był sam jeden. Z przyjemnością mogłabym obserwować, jak się rozwija, jak poznaje świat i jak ten świat go zmienia – byłabym w końcu ciekawa, jak ze dobrotliwego młodzieńca przeobraża się w potarganego życiowo mężczyznę. Byłam tak już ciekawa niejeden raz, ale ta jedna jedyna przeciwwaga w sekundzie zmienia kierunek mojej fascynacji. Czy to lenistwo? Nie chce mi się odkrywać potencjału pana A, skoro mogę się od razu przenieść na pana B? Czy może falstart? Scenarzyści jeszcze się nie nauczyli, że fani odbierają podaną rzeczywistość nierzadko skrajnie inaczej?

Dlatego trójkąty mnie nudzą i dlatego bad boy jest mitem – bo nigdy, przenigdy nie jest bad. To on zawsze bardziej kocha, to jemu zawsze bardziej zależy, to on zawsze bardziej pragnie, choć na początku nie potrafi się do tego przyznać. Ale to on zawsze jako pierwszy zdobywa się na odwagę – tuż po tym, jak dowiedzieliśmy się, ile musiało kosztować go zaakceptowanie zmian. Jak się wtedy nie rozczulić i nie pragnąć jego serialowego szczęścia? Tą sztukę scenarzyści opanowali z kolei do perfekcji.

I oczywiście oczywistym jest, że w serialach nie możemy mieć postaci czysto-złych i jednocześnie żarliwie im w swoim „źle” kibicować. Oczywistym jest, że postacie o zachwianym kompasie moralnym muszą w końcu odszukać swoje wewnętrzne ciepło. Oczywistym jest, że musimy mieć stawki, rywalizację i podstawiane pod nogi kłody, żebyśmy mogli zainwestować w daną historię nasze własne emocje. Ale czy musi to być aż tak oczywiste? Dlaczego nie możemy dostać dwóch ciekawych bohaterów, zamiast tylko jednego? Dlaczego musimy dostawać przeciwieństwa? To znaczy, ok, przeciwieństwa działają, mają swój jasno określony cel – ale w takim razie który bohater jest tym „właściwym”? Odpowiedź jest – znowu – oczywista.

 

  • Magdalena Barańska

    Rzeczywiście, chyba każdy zna tą bajkę. A w ilu serialach się przewinęła? Wow, nie sposób zliczyć. Ja za każdym razem mam słabość do Bad Boya, przywiązuję się i kibicuję coraz bardziej, aż scenarzyści zwykle rozrywają mi serce na kawałki. Świat seriali jest okrutny ;)

  • Kasia

    Wiedźmo bardzo lubię Cię czytać, bo Twoje wnioski często są zgodne z moimi. Ale muszę przyznać, że fakt że nie justujesz tekstów naprawdę utrudnia czytanie, irytuje dekoncentruje. Myślałaś o tym, by to zmienić? :)

    • Kurcze, myśleć, myślałam – ale zawsze dochodziłam do wniosku, że justowanie na blogach męczy oczy i wygląda po prostu sztucznie. W książkach to co innego, ale w necie justowania nie lubię i nie sądzę, żebym się do niego kiedyś przekonała :)

      • Justowanie jest fajne ;)