Avengers: Siedmiu wspaniałych

avengers-f

Prawie miesiąc po światowej premierze o Avengers zostało już pewnie napisane wszystko, co się dało – z wyjątkiem nowych informacji o kolejnych pobijanych rekordach kasowych. Założę się jednak, że żadna pochwała nie jest bezpodstawna. Najnowsze dziecko Jossa Whedona to raj dla każdego, kto ma w sobie choć trochę komiksowego geeka.

Żeby jednak było śmieszniej, tekst ten piszę zupełnie na świeżo, nie przeczytawszy wcześniej ani pół recenzji w jakimkolwiek dostępnym źródle, nawet po obejrzeniu filmu. Chciałam podejść do niego z zupełnie nieskalanym nastawieniem, aby samodzielnie i bez podpowiedzi ocenić jego wartość. I nie sądzę, by moje zdanie specjalnie różniło się od treści dziesiątków nagłówków przewijających się w Internecie: Avengers to chyba najlepsza ekranizacja przygód komiksowych bohaterów, jaką w życiu widziałam. Mogłaby konkurować chyba tylko z nolanowskimi Batmanami, choć pod względem klimatu oba filmy różnią się od siebie jak ogień i woda.

[Możliwe spoilery] Zacznę od tego, że Avengers to przede wszystkim porcja niezmiernie satysfakcjonującej rozrywki na bardzo wysokim poziomie, w której wszystkie elementy są doskonale wyważone. Zostałam wręcz przygnieciona świetną dawką humoru i akcji z jednej strony, a z drugiej przeżyłam to wszystko w towarzystwie pełnokrwistych bohaterów z krwi i kości. Joss Whedon już niejeden raz pokazał, że wie, jak stworzyć wiarygodne i wielowymiarowe postacie, i co więcej – jak sprawić, by żadna z nich nie stała się widzowi obojętna. Biorąc pod uwagę, że aż czwórka bohaterów wyszła prosto ze swoich własnych filmów, miałam pewne obawy, czy uda mu się zrównać ich wagę na ekranie, ale szybko okazało się, że na takie pomyłki nie ma żadnych szans. Jeden bez drugiego, Avengersi nigdzie by nie zaszli. Choć każdy z nich ma swoje pięć minut – nawet niejedno – żaden nie wysuwa się na pierwszy plan. Iron Man błyszczy, ale nie skrada scen, Kapitan Ameryka dowodzi, ale się nie panoszy, Bruce Banner ze swym spokojnym usposobieniem wcale nie ginie w tłumie, a Thor, pomimo powiązań z głównym złym, nie wymądrza się i nie próbuje grać boga. Black Widow i Hawkeye – jedyni, którzy w poprzednich filmach grali role drugoplanowe, tutaj mają znacznie więcej do powiedzenia, zwłaszcza postać Scarlett Johansson, której doświadczenie jako szpiega okazało się dla teamu nieodzowne. A choć Hawkeye pół filmu spędził po drugiej stronie barykady, ostatecznie pokazał chyba najbardziej ludzką stronę – pełną współczucia, zrozumienia i przebaczenia (swoją drogą uwielbiałam jego sceny z Nataszą). Nie mam żadnych wątpliwości, że jednym z kluczy do sukcesu Avengers jest właśnie zachowanie wewnętrznej równowagi pomiędzy całą szóstką kompletnie różnych indywiduów. Nie każdemu filmowi się to udaje. Ale choć to sukces sam w sobie, Avengers mają ich w zanadrzu jeszcze kilka.

Równowaga odnosi się tu bowiem do praktycznie wszystkiego. Film jest pełen uzupełniających się elementów, które współgrają ze sobą w idealnej harmonii. Niczego nie ma za dużo i niczego nie ma za mało. Ani spektakularne sceny akcji, ani rozmowy pomiędzy bohaterami nie dominują czasu ekranowego, przez co Avengers nie jest ani przegadany, ani przesycony. Wszystko to uzupełnia jeszcze solidna dawka humoru. Wielokrotnie byłam zaskoczona poziomem żartów, które wywoływały u mnie fale szczerego i niczym nie wymuszonego śmiechu praktycznie do samego końca. Całe kino rechotało niemal co 10 minut, a w jednej ze scen z udziałem Hulka połowa sali zaczęła z zadowolenia wręcz klaskać! Konwencja filmu został utrzymana w fantastycznie luźnej atmosferze, która ani na moment nie pozwalała zapomnieć, z czym ma się do czynienia – ekranizacją komiksu o superbohaterach. Trudno udawać, że jest to poważny temat, więc zamiast usilnie sprowadzać go na takie grunty, Avengers w stu procentach wykorzystuje je ku swoim celom. Ale co jest jeszcze piękniejsze, ta „niepowaga” zupełnie nie przyćmiewa dojrzałego potraktowania wątków.

Avengers wcale nie jest dla mnie filmem o superbohaterach ratujących świat przed zagładą – to znaczy poza tym, że jest. Przewijającym się wątkiem jest tu przede wszystkim pytanie, co to znaczy być bohaterem. Jak daleko się posunąć, by ratować swój świat? Jak wykorzystać swoje zdolności do czynienia dobra? W jaki sposób zrozumieć się nawzajem i jakich poświęceń wymaga współpraca? Wyraźnie zarysowane konflikty pomiędzy bohaterami udowadniają ich ludzką naturę – nawet pomimo niezwykłości wynikających z posiadanych supermocy. Postacie (nawet Nick Fury) mają swoje ułomności i chwile zwątpienia, swoje wady i zalety, a dochodzi wręcz do tego, że nawet wspólny cel nie okazuje się dla nich wystarczającym argumentem do połączenia sił. Zresztą, wątek tych antagonizmów został pięknie wykorzystany jako element fabuły. Nie muszę chyba mówić, jak ogromną satysfakcję zapewniło mi rozwiązanie tego konfliktu i zobaczenie bohaterów walczących ramię w ramię z hordami pozaziemskich przeciwników – właśnie dlatego, że się dogadali, a nie, że to film akcji i tak musiało być.

Nie skłamię, jeśli powiem, że w życiu nie bawiłam się w kinie tak bardzo, jak na Avengers. Film przerósł moje oczekiwania co najmniej dwukrotnie i jestem przekonana, że spełni je jeszcze niejeden raz podczas kolejnych okazji. Jossa Whedona uwielbiałam już wcześniej – za Firefly, Firefly i Firefly – ale po prostu nie sądziłam, że może być jeszcze lepszy. Jeśli więc dziwiliście się, skąd ten siódmy wspaniały wśród sześciu  „mścicieli”, to już wiecie. Bo jeśli nie Joss Whedon, to kto? ;)

  • Wszystko tak, ale Banner/Hulk generalnie wysuwa się na prowadzenie. I jest najlepszą postacią, zarówno jako opanowany doktor, jak i Mr. Hyde. ;)
    A Thora jest mało, jest drętwy i schodzi na boczny plan trochę. Mam wrażenie, że już Ms. Hill jest więcej, w każdym razie bardziej ją zapamiętałem.
    Co do reszty się zgadzam ;) Miałem momentami łzy szczęścia w oczach jak oglądałem ten film ;)

  • Moim faworytem był i pozostanie Loki ^^, ale jeśli chodzi o Bannera to najpierw byłam ciekawa, co z nim zrobią, a potem rzeczywiście zaskoczona, jak dobrze go wykorzystali. Choć w zasadzie jako Banner bardziej mi zaimponował – miałam wrażenie, że zasłona spokoju była wręcz celowo wymierzaną szyderą ;)

  • Loki… Loki był jaki był. Pure evil. Jak dla mnie za bardzo od boga kłamstw poszedł w stronę boga zniszczenia. Poza tym scena Loki vs Hulk… bezcenne.
    Ja nie byłem ciekawy Bannera, tylko się go obawiałem. Ale został zagrany tak inaczej niż przez Nortona… A jednocześnie nadal świetnie. I teraz mam straszny dylemat w moim małym serduszku.

  • Ja swoją listę ulubieńców już dawno ułożyłam i ze zdziwieniem stwierdziłam, że znalazła się na niej również Pepper Potts :D
    A co do Lokiego – jako kobieta mogę mieć trochę spaczone wrażenia ^^, ale jeśli o „pure evil” chodzi, Loki wcale nie był zły dla samego bycia złym. Jego motywacje nawet bardzo do mnie przemawiały. Kolejny plus do scenariusza. Czy ten film w ogóle ma jakieś wady? :D

  • Drętwą grę tej laski z How I met your mother i kilka nieścisłości logicznych ;)
    Ale i tak wgniatał w ziemię. Reżyser już w Firefly pokazał że potrafi tworzyć świetną dynamikę między postaciami :)

  • miałam podobne odczucia, z tym że ja wycięłabym pierwsze 30-40 minut, które troszkę przynudzało, ale ogólnie wyszłam z kina z uśmiechem powtarzając w kółko jak mantrę imię Lokiego ;))

  • Ja osobiście bym z równowagą nie przesadzał – Kapitan i Thor wypadli zdecydowanie płycej i słabiej niż reszta ekipy.

  • yavi: bo mają gorszych aktorów ;)
    Poza tym coś co już gdzieś pisałem (myślałem, że tutaj, ale jednak nie). Brakuje mi jeszcze jednego filmu z Kapitanem Ameryką, gdzie byłby on faktycznie bohaterem. Bo w swoim filmie jest pokazany jako młody chłopak, który chce wszystkim coś udowodnic i z którego robią błazna. Potem co prawda są te urywkowe sceny walki jak wygrywa on wojnę, ale… to dla mnie jakoś za mało. Za mało, żeby miał taką rangę, że wszyscy superbohaterowie słuchają jego rozkazów.