Tydzień temu powróciłam z dziesiątej edycji konwentu Avangarda. Z ciekawości zajrzałam do swojej relacji z poprzedniej edycji, żeby porównać notatki etc. – i głupia sprawa, teraz będę musiała się praktycznie powtórzyć. Bo niestety, dziesiąta Avangarda, przy całej mojej sympatii do kowentu, tym razem nie zdobyła u mnie punktów.

Dla jasności powtórzę: faktycznie darzę Avangardę dużymi pokładami sympatii, bo to właśnie ten kownent, w swojej szóstej edycji, otworzył mi oczy na wspaniałość wspólnego weekendowania w towarzystwie ludzkich mas fantastów. Żaden konwent, ani wcześniej, ani później, nie zapewnił mi aż tylu rozrywwek i nigdy nie zapomnę tej dawki energii, z jaką wróciłam wtedy do domu. Niestety, od tego czasu sporo się zmieniło i trzy kolejne edycje, w których uczestniczyłam (8, 9 i 10, bez Polconu) stopniowo gasiły mój entuzjazm. Mimo wszystko nadal lubię przyjeżdżać do Warszawy i przynajmniej sprawdzić, czy w tym roku coś zmieni się na lepsze. W tym przypadku zmienić mogło się bardzo wiele, jednak mieszanka kwestii organizacyjnych oraz nieszczęśliwych przypadków sprawiła, że Avangarda X – i wierzcie, piszę to z bólem serca, ale napisać muszę – z wszystkich moich konwentowych doświadczeń okazała się stosunkowo bezbarwnym przeżyciem.

Program obfitości

Pierwszym sygnałem nadchodzących problemów była prawdopodobnie mikroskopijna ilość osób przybyłych na konwent w czwartkowe popołudnie. Zasadniczo nie działo się wtedy nic specjalnego – program był otwarty dopiero w piątek o 12:00 (!) – ale już wtedy poczułam się dość zaskoczona tak niewielkim odzewem. Wówczas dowiedziałam się, że w ten sam weekend odbywa się we Wrocławiu mangowo-fantastyczny Niucon, zaś ledwie trzy tygodnie dzielą Avangardę od najnowszego poznańskiego Polconu. Nie jest to pierwszy i ostatni raz, kiedy w jednym czasie, a już zwłaszcza w lecie, zbiega się kilka podobnych tematycznie imprez, ale najwyraźniej w kręgu miłośników fantastyki nastąpiło pewne zmęczenie materiału i z trzech konwentów do wyboru wybiera się tylko jeden. Teoretycznie Avangarda i tak zanotowała ok. 1400 uczestników, jednak ponowne rozproszenie programu na kilka osobnych sekcji i tak sprawiało wrażenie pustości. Ale o programie za moment, bo to wymaga dłuższego komentarza i w zasadzie przejścia do sedna problemu, o którym chciałabym się szerzej wypowiedzieć.

Dziesiąta Avangarda odbywała się w tym samym miejscu, co rok temu, czyli na terenie Politechniki Warszawskiej – z wyjątkiem budynku głównego, który w zeszłym roku świetnie sprawdzał się jako miejscówka dla wystawców. Narzekałam wtedy, że trzy sporych rozmiarów lokacje umniejszały atmosferę konwentu, ale nawet z dwoma sytuacja wcale nie wydawała się lepsza (chyba, że liczyć krótsze dystanse, które w te nieziemskie upały wydawały się jak zesłane z nieba). Na plus zaliczyć trzeba ocieniony park (i tradycyjną fontannę z ławeczkami), na minus – cóż, nawet przy krótkich dystansach zasadniczo nie miałam na co na tej Avangardzie chodzić. Widzicie – i jak często wspominałam – jestem konwentowiczem uzależnionym programowo. Jeżdżę na konwenty nie tylko po to, żeby spotkać się z rzadko widywanymi znajomymi, poznać nowych ludzi i nakupować sobie dużo tzw. konwentowego lootu, ale również, by uczestniczyć w ciekawych prelekcjach i brać udział w fajnych konkursach. Tym razem sale prelekcyjne odwiedziłam sześć razy, z czego dwie okupowałam sama na własnych (lub wspólnych) punktach programu. Trzy dni programu, dziesięć bloków, ledwie sześć interesujących mnie tematów. Gdybym grała w RPG, poszłabym na sesję. Gdybym była LARP-owcem, zagrałabym w LARP-a. Gdybym potrafiła spędzić więcej niż godzinę przy jednej planszówce, siedziałabym w Games Roomie. Mogłabym bardziej lubić Star Treki i Star Warsy, wtedy pewnie nie ruszałabym się z TrekSfery i bloku Gwiezdnych wojen. Ale nie jestem. Nie interesuje mnie też specjalnie polska literatura. Można się zastanowić, po co w ogóle jeżdżę na te konwenty. W tym momencie nawet „bo będzie fajnie” nie brzmi już przekonująco.

Konwent od wszystkiego

I tutaj leży mój największy problem: Avangarda, jako konwent ogólnofantastyczny – tworzony w dodatku w okresie największego natężenia konwentów w roku – tak naprawdę nie miała mi do zaoferowania niczego specjalnego, unikalnego ani charakterystycznego. Poza TrekSferą, czyli rokrocznym zjazdem miłośników Star Treka, i być może darmowymi Dniami Nauki (które skądinąd wydają się imprezą bardziej lokalną), nie wyróżniało ją zasadniczo nic, czym mogłaby przyciągnąć sobie większe rzesze uczestników. Patrząc na swoje wyjazdy w zeszłym roku, i jeszcze rok wcześniej, jak nic wychodzi mi, że najlepiej bawiłam się na tematycznym Serialkonie, stosunkowo kameralnym Imladrisie, czy, kurczę, mangowym Magnificonie. Tak, wszystkie były w Krakowie, ale za to wszystkie miały program wypełniony dokładnie tym rodzajem atrakcji, jakich łaknę. Przyjeżdżając na tegoroczną Avangardę właściwie nie spojrzałam na jej program, optymistycznie zakładając, że to konwent, więc na pewno będzie coś fajnego. Cóż, czas uskuteczniania tej postawy właśnie przeminął, tak samo jak przemijać wydaje mi się czas „ogólnej fantastyki”. Znacie tą starą śpiewkę,  że jak coś jest od wszystkiego, i tak dalej. Przy tak wielkiej ilości konwentów, zwłaszcza w okresie letnim, oferujących podobny lub praktycznie ten sam rodzaj rozrywki mam wrażenie, że nie jest metodą oferować więcej tego samego – ale może mniej czegoś konkretnego. Więc Avangardo, moja rada: next time, go smaller. Zamiast poszerzać swoją ofertę o wszystko, czemu nie zmienisz się po prostu w konwent miłośników fantastyki naukowej? Masz do tego już TrekSferę i Dni Nauki. Po co ci trzy różne konkursy Gry o tron? Po co ci pojedyncze prelekcje o yaoi? Po co ci retrogralnia, kilka dyskusji o Marvelu i DC i siejące pustkami sale akademickie? Spróbuj przyciągnąć konkretnych fanów – a nie tylko fanów. Może wtedy uda ci się poprawić pogarszającą się z roku na rok sytuację.

Powyższe to zresztą nie jest problem tylko Avangardy – trafiło jej się tylko dlatego, że to właśnie na niej byłam. Drżę już jednak na myśl o innych ogólnofantastycznych konwentach pozbawionych chociaż jednego atrakcyjnego bloku, który wpisywałby się w dokładnie moją sferę zainteresowań.

Niestety to nie koniec moich uwag. Jedną z największych bolączek na konwencie był całkowity brak sensownych nagród w konkursach – a przez „sensownych” mam oczywiście na myśli walutę konwentową, którą w sklepiku można byłoby wydać na podarunek najbardziej odpowiadający gustom. Tym razem nic z tego, tym razem wręczano nam randomowe nagrody rzeczowe, zazwyczaj pomniejsze planszówki albo (wcale nie najnowszej daty) książki. Piszę „randomowe”, bo doszło aż do ciekawej sytuacji, kiedy nagrodą w moim konkursie był komiks Amerykański wampir – podczas gdy dosłownie w tym samym czasie odbywał się konkurs właśnie o krwiopijcach (swoją drogą świetnie przygotowany przez Myszę). Komiks o wampirach wydawał się na nim nagrodą zdecydowanie bardziej adekwatną. Szkoda, że organizatorzy nie zwrócili na takie drobnostki uwagi – dobrze, że zwróciliśmy ją my i w odpowiednim czasie zdołaliśmy sytuację załatać.

W programie zabrakło również jakichkolwiek paneli dyskusyjnych – punktów, które na wielu konwentach wzbudzają zazwyczaj duże zainteresowanie. Podobno byli na konwencie jacyś goście – poza trójką sympatycznych cosplayerów z Węgier, nie uświadczyłam ich obecności. Pokazy ograniczały się do planszówek, były też jakieś bitewniaki i strefa Magic the Gathering – ale już nie gier konsolowych czy chociaż mat do poskakania przy muzyce. Jestem pewna, że osobom siedzącym w tych konkretnych tematach impreza dostarczyła wrażeń, ale mnie, jako miłośniczce popkultury, rozrywek zdecydowanie nie starczało. Było za to darmowe wi-fi. Darmowe wi-fi to zawsze dobra rzecz.

Mimo wszystko trzeba przyznać, że Avangarda miała w tym roku również wielkiego pecha. Kwestie organizacyjne można było faktycznie obmyślić nieco inaczej, ale nikt nie przewidział gigantycznych upałów, jakie miały nam towarzyszyć przez cały weekend. Temperatura z pewnością wpłynęła na frekwencję, niestety nie tylko uczestników, ale, co gorsza, również prelegentów. We wszystkich swoich konwentowych przygodach razem wziętych nie widziałam jeszcze tak dużej ilości przesuniętych bądź całkowicie odwołanych prezentacji. W jednym przypadku – akurat tematu, który mnie interesował – dowiedzieliśmy się po piętnastu minutach czekania, że „prowadzącego pokonał upał”. Prowadzący, przyszli, obecni: jeśli już musicie odwołać swój punkt, nieważne z jakiego powodu, postarajcie się poinformować o tym zawczasu. Zasadniczo nie zrobiło nam to wielkiej różnicy, plus nikt nie miał zastrzeżeń do obsługi, która dzielnie starała się uruchomić sprzęt, ale mimo wszystko niesmak pozostał.

Go, go, Power Rangers!

A gdzie pozostał smak? Otóż jak wspaniale udała się moja i Misiaela prezentacja o Power Rangers! Cieszę się tym bardziej, że dla Misiaela był to konwentowy debiut prelekcyjny, a po jego sukcesie już zaczyna kombinować, co i kiedy poprowadzić by raz jeszcze. Tymczasem na naszej dwugodzinnej prezentacji zebrała się, jak na Avangardę, całkiem spora liczba słuchaczy, który, co więcej, byli do Power Rangers nastawieni bardzo pozytywnie. W efekcie wytworzyła się szalenie sympatyczna atmosfera, która pozwoliła nawet na wspólne duszenie się ze śmiechu podczas oglądania najbardziej szalonych sekwencji przyzywania zordów. Wierzcie, nie spodziewałam się aż tak miłego odzewu. To daje nadzieję, że kolejne prelekcje o Power Rangers również odniosą sukces! Fantastycznie bawiłam się też na drugiej edycji myszowego konkursu o melodiach Disneya – entuzjaści piosenek pojawili się w takiej ilości, jakiej w jednym miejscu na tej Avangardzie wówczas nie widziałam. Nie wiem, czy Mysza jeszcze kiedykolwiek wpuści nasz Dream Team na ten konkurs – ale warto było!

Bo żeby nie było: narzekam na Avangardę i wytykam jej błędy (mam nadzieję, że w sposób kreatywny), ale tak naprawdę wcale nie bawiłam się na niej źle. Nie żałuję też, że się na konwent wybrałam – nie był dla mnie udaną edycją, nie oszołomił mnie ilością atrakcji ani nie zaoferował mi ciekawych zakupów (z chlubnym wyjątkiem cudownej funko pop Aveline z Assassin’s Creed Liberation), ale każdy konwent, nieważne, jak nieudany, ma swoje saving grace w postaci ludzi. Ludzie, dziękuję Wam, że uczyniliście te cztery słoneczne dni w Warszawie kolejnym niezapomnianym przeżyciem :) Ostatecznie nie wiem jeszcze, czy wybiorę się na Avangardę w przyszłym roku – moja reakcja będzie wprost proporcjonalna do oferowanych w programie atrakcji – za to nie przestanę za konwent trzymać kciuków, bo byłoby mi naprawdę szkoda, jeśli nie podniesie się jak feniks z popiołów.

  • Cała przyjemność po naszej stronie – zawsze jesteś w Warszawie mile widziana.
    A co do Dream Team, może w przyszłym roku Was porozsadzam do osobnych drużyń żeby wyrównać poziom? ;)

    • Cóż, obiecałyśmy sobie z Oceansoul, że przez następny rok będziemy regularnie częstować się piosenkami z Disneyków – więc może być wtedy ostra walka ^^

  • Jakub ‚borg’ Rzepecki

    Tak pro forma: Nazwa RetroGralnia została użyta na Avangardzie bezprawnie, bez konsultacji z ekipą RetroGralni.pl :) (nie było nas na tym konwencie)