Wybieram się na tegoroczną Avangardę. To już postanowione i zaklepane i w zasadzie cieszę się z tego bardziej niż się spodziewałam. Po części jest to związane z faktem, że Avangardę, jako konwent, zawsze darzyłam szczególną sympatią. Po części – z puntku, którego przeprowadzenia nie mogę się doczekać.

Nie jeździłam na konwenty przez jakieś dwa lata. Poza lokalnie organizowanymi imprezami, moim ostatnim dużym konwentem był chyba Grojkon 6. Z większości mam oczywiście dobre wspomnienia – w końcu nie wybiera się na konwent, żeby się źle bawić – ale właśnie: zazwyczaj bawię się na nich niekoniecznie dzięki nim, ale pomimo nich. Spotkania ze znajomymi, zakupy na stoiskach, oglądanie fajnych rzeczy i przypadkowe rozmowy z przypadkowymi ludźmi, wszystko w atmosferze buzującej geekowej energii zawieszonej w powietrzu, to na każdym konwencie moje ulubione atrakcje. Jednak gdy przypominam sobie swoją młodszą wersję z nadzieją wypatrującą wypełnionych po brzegi konwentowych programów, dziś już czegoś mi na nich brakuje.

Widzicie, nie jestem już erpegowcem, nie interesują mnie więc sesje czy prelekcje dla graczy. Nieszczególnie czytam polską fantastykę, po co mam więc chodzić na spotkania z autorami. Granie w planszówki nudzi mi się po pół godzinie, na nic mi zatem otwarte 24/7 games roomy. Bitewniaki, karcianki i turnieje omijam szerokim łukiem, cosplaye wystarczą mi na korytarzach, LARP-y rejestruję tylko jednym okiem. Po brzegi wypełniony program, a w nim może dwie, trzy propozycje, które mają szanse mnie zainteresować. W pewnym momencie energia do robienia czegoś fantastycznego przestała mi wystarczać – bo chciałam też jednocześnie robić coś fajnego.

Zapytacie tutaj: ale to co znaczy „coś fajnego”? Dobrze wiem, że trudno to zdefiniować, ale dajcie mi chwilkę. Przeglądając programy ostatnich konwentów moją uwagę najczęściej przykuwały nazwiska zaproszonych gości, tytuły paneli dyskusyjnych, tematy ważne, głębokie i ciekawe, które można rozważać jeszcze długo po zakończeniu konwentu. Kiedyś sama tak o nich rozważałam, do dziś kilka ciągle mam w głowie. Moja strefa zainteresowań przesunęła się jednak w inne rejony i obecnie trudno mi znaleźć w tych programach kawałek, dla którego dałabym sobie uciąć rękę. Nie jeździłam więc – z tych i innych powodów – bo ogarnęło mnie zwątpienie, że faktycznie będę się bawić.

Zanim jednak zrobiłam sobie przerwę, wbiła mi się w pamięć pewna scena właśnie z szóstego Grojkonu. Przechodząc wieczorną porą prawie pustym korytarzem, zajrzałam przez uchylone do drzwi do salki, w której grupa nastolatków entuzjastycznie bawiła się przy karaoke z disneyowskich piosenek. Akurat trafiło im się „I’ll Make a Man Out of You” z Mulan – chyba nawet w wersji angielskiej – a jak może pamiętacie, to jedna z moich ulubionych disneyowskich piosenek. Zajrzałam więc z uśmiechem i chwilę podpatrzyłam, jak grupa świetnie bawi się fałszując i gubiąc słowa, ale i tak radośnie i z uśmiechem drąc się do mikrofonu. Pomyślałam sobie, że ja też tak chcę – tak totalnie się rozluźnić, zwyczajnie się pobawić i całkowicie zapomnieć o całym bożym konwencie obok, a poza tym też tak samo beztrosko pośpiewać sobie te same ukochane piosenki. Pomyślałam też jednak, że nie chcę musieć dołączać się do gromadki nieznajomych i próbować śpiewać disneyowskie piosenki gdzieś w zapomnianym wieczornym kącie imprezy. Chcę móc śpiewać tak, żeby wszyscy o tym wiedzieli, mogli się swobodnie przyłączyć, a nade wszystko nie musieć się krępować, że ktoś – szczególnie grupa nie zainteresowanych tym samym znajomych – Nie Zrozumie.

Wtedy, w tym prawie pustym korytarzu przemierzanym wieczorną porą zdałam sobie sprawę, czego tak brakowało mi dotąd na konwentach: że wśród tych wszystkich zapraszanych gości, wybitnych nazwisk, gal i paneli, dyskusji i prelekcji, trochę jednak tęskniłam za zwykłym, szalonym brakiem powagi. Niby jest wpisany gdzieś ogólną atmosferę każdego konwentu – „przyjedź i się nie przejmuj, bo jesteś wśród swoich” – ale ta szczypta szaleństwa w powietrzu przestała mi wystarczać. Chciałam czegoś więcej, czegoś zaplanowanego, czegoś specjalnie wyznaczonego na wypuszczenie całej tej skondensowanej energii na zewnątrz. Czyżbym jeździła dotąd na złe konwenty? Omijała gdzieś dokładnie taką zabawę? Bardzo możliwe. Ale to wcale nie znaczy, że jest już za późno na doświadczenie tego bzika w towarzystwie każdego, kto tak jak ja chciałby się po prostu nie krępować absolutnie niczym. Brzmi fajnie? Powiedzcie, że brzmi fajnie.

I tak po tamtym Grojkonie za każdym razem, gdy nachodziła mnie ochota na oglądanie youtube’owych piosenek z filmów i kreskówek – czysta geekowa ochota na bawienie się własnym bzikiem – równie silnie nachodziła mnie ochota zrobienia z tym czegoś. W końcu postanowiłam: robię punkt programu, na którym będziemy śpiewać piosenki z filmów i kreskówek! Czemu? Bo to fajne! Puścimy sobie YouTube’a i pośpiewamy o Brygadzie RR, Pinkym, Mózgu i Gumisiach, a potem o wszystkim, co tylko wyciągniemy z naszych nostalgicznych lat młodzieńczych. Będziemy głośni, będziemy radośni, będziemy tak nieskrępowani, że ludzie, którzy będą do nas zaglądać zaciekawieni hałasem za drzwiami, nie tylko nie poklepią się w głowę, ale zaczną śpiewać razem z nami! Taką mam wizję i bardzo, bardzo marzy mi się jej spełnienie – bo wiem, naprawdę wiem, że nie tylko ja chciałabym się tak drzeć na cały głos!

Więc zróbmy to razem! Na najbliższej Avangardzie, moim ulubionym konwencie, za dwa tygodnie, w środku Polski, w gronie znajomych i nieznajomych, starych i młodych, jednej płci czy drugiej, wśród ludzi tak samo zbzikowanych jak ja, Wy, i wszyscy. Zaznaczcie w kalendarzu sobotnią godzinę 16:00 i przyjdźcie zdrzeć sobie gardła. Bo wiecie co?

Cenzura to bzdura!

  • Kamil

    Afaik na 99% mangowych są singstary itp :P A I’ll make a man.. to moje absolutne nr 1. :D Szkoda, ze na awangardę nie dotrę, ale może Polcon? ;)