Avangarda 8: Słodko-kwaśno

avangarda-8

Avangarda 8 – konwent, na którym byłam tylko półtora dnia – pociągnął za i przed sobą tyle zaległości, że dopiero teraz mam wolną chwilę, żeby cokolwiek napisać. „Cokolwiek” z tego oczywiście nie wyjdzie, bo do napisania mam dużo i na temat, ale na starcie muszę powiedzieć jedno: bawiłam się naprawdę przyjemnie, choć kwestią sporną pozostaje, czy była to zasługa imprezy samej w sobie.

Ze względów pracowych mogłam pojawić się na Avie tylko przez sobotę i kawałek niedzieli, ale tak czy inaczej pojawić się bardzo mi zależało, bo to konwent, który ma u mnie specjalnie miejsce. Avangarda 6 była moim pierwszym dużym konwentem od paru dobrych lat, a ilości pozytywnych wrażeń, jakie z niej wyniosłam, nie udało się jeszcze przebić żadnej późniejszej imprezie (pomijając, że na te największe jakoś nie jeżdżę). Całe mnóstwo atrakcji – prelekcji, konkursów, zabaw, gier, stoisk, niespodzianek, nawet na LARP-a poszłam – że do dziś uśmiecham się na wspomnienie. Wobec ósmej edycji miałam więc całkiem spore oczekiwania, których nie przyćmiewały nawet opinie znajomych o średnio udanej wersji 007. Zresztą, nie brałam udziału w żadnym konwencie od czasu Falkonu 2011, więc byłam zwyczajnie spragniona dobrej zabawy. I w podsumowaniu, Ava 8 ma u mnie kilka plusów, w perspektywie których jestem z wycieczki do Warszawy zadowolona. Kwestia tylko taka, że to bardziej zasługa spotkanych tam ludzi, niż konwentu samego w sobie.

Żeby było po kolei, zacznę od pierwszego z punktów, na który, żeby się nie spóźnić, w zawrotnym tempie przemaszerowałam prawie cały teren kampusu, czyli Star Trek TOS, Jung i okolice prowadzonej przez Cydienne. Choć prelekcja była mówiona, opowiadała o ciekawych smaczkach, których można doszukiwać się w oryginalnym Star Treku. Po raz kolejny zostało mi udowodnione, że oryginalny Star Trek to jednak kawał niebanalnego tworu, w którym non-stop znajdują się nie tylko odważne, jak na tamte czasy, motywy społeczne, ale i szeroko pojęte odniesienia do filozofii. Tym samym otrzymałam dużą dawkę motywacji, żeby wreszcie dokończyć swoje zapoznawanie się z TOS-em, które jakiś czas temu skończyło się po ok. siedmiu odcinkach. Pod koniec wywiązała się również krótka dyskusja z uczestnikami – co było dla mnie pierwszym sygnałem, że na Avangardzie najlepiej udała się TrekSfera.

Na TrekSferze zatrzymałam się też na godzinę na Wszechstronnym konkursie wiedzy o Star Treku, na który właśnie zapisała się nasza krakowska drużyna eMPIR-u (Małopolskiej Prowincji Imperium Romulańskiego). Pytania były masakryczne, dlatego cieszyłam się z bycia dopingującym obserwatorem. Zajęli drugie miejsce!

Ale ponieważ obok Star Treka lubię również Gwiezdne wojny, w połowie konkursu wybrałam się z koleżanką na Wpływ Star Wars na popkulturę. Dobrze, że poszłyśmy razem, bo dzięki wymienianiu się nie wymagającymi komentarza spojrzeniami było nam tę prelekcję łatwiej znieść. Dość powiedzieć, że tytuł okazał się niestety bardzo mylący – zamiast wpływu, jakie Star Wars wywarło na tworzenie i postrzeganie kultury masowej, dostaliśmy zbiór mniej lub bardziej znanych nawiązań, jakie do Gwiezdnych wojen pojawiają się w innych filmowych dziełach (np. w Family Guy, Friends, How I Met Your Mother, Kosmicznych jajach (!)), tudzież faktów z rodzaju, że Star Trek J. J. Abramsa to takie Star Wars, tylko startrekowe, a oryginalna Battlestar Galactica równie dobrze mogła być kopią, bo opierała się na podobnych założeniach. Strasznie mi w tej prelekcji brakowało stwierdzenia, że to nie George Lucas odkrył Amerykę, tylko ją na nowo pokolorował. Zresztą w fazie pytań do prelegentów jeden ze słuchaczy wyraził na głos podobne odczucia, wypełniając liczne luki pominięte przez autorów w prezentacji. Ogólnie nie podobało mi się strasznie; był to niestety najsłabszy punkt programu, jaki widziałam na konwencie kiedykolwiek.

Z ulgą wróciłam więc na TrekSferę, na której zaraz miał odbyć się dość nietypowy punkt programu: Zdjęcie grupowe, celebracja piątej TrekSfery. Powiem szczerze, że był to chyba najmilszy gest, jaki zdarzyło mi się zaobserwować na konwentach – poświęcenie osobnego czasu na to, żeby zebrać wszystkich uczestników w jednym miejscu, i zrobić im cały szereg bardzo fajnych zdjęć. Tutaj wszyscy zebrani na jednym, a tutaj – w czarnej sukience z nadpobudliwym tribblem na kolanach – ja w większym zbliżeniu. Ale żeby tego było mało, potem był jeszcze treksferowy tort! Nie dość, że był absolutnie śliczny, smakował rewelacyjnie, i trafiłam na dokładkę, to po prostu nie mogłam wyjść ze zdumienia, że ktoś pomyślał uczcić w ten sposób rocznicę startrekowego zlotu. Rewelacja!

Aż szkoda było kroić. Zdj.: TrekSfera
Aż szkoda było kroić. Zdj.: TrekSfera

Tutaj dochodzę do refleksji, jaka ciągnęła się za mną przez cały pobyt na Avangardzie. Fani Star Treka są niesamowici. Rok w rok zbierają się w jednym miejscu na specjalnym zlocie, ozdabiają sale gadżetami, grami, książkami, figurkami, ręcznie robionymi rekwizytami, sprzedają treksferowe koszulki, prowadzą aktywne dyskusje w czasie prelekcji, przebierają się w stroje i jest ich po prostu widać. Teoretycznie, w porównaniu do starwarsowców, powinno iść być mniej, ale – przynajmniej w ostatni weekend w Warszawie – startrekowcy byli zdecydowanie górą. Dawno nie widziałam tak zgranej i zorganizowanej grupy fanów. Powiem szczerze, że bardzo ich postawa bardzo mi zaimponowała i teraz mam już absolutne postanowienie, że za rok jadę na konwent z mundurem Uhury spakowanym do walizki.

Niestety, później od TrekSfery już się oddaliłam, bo odbywała się prelekcja O Worldconie słów kilka – czyli przedstawienie największego światowego konwentu fantastyki, zasad nim panujących i wskazówek, jak  właściwie (w domyśle: jak właściwie najtaniej) można się tam znaleźć. Worldcon brzmi naprawdę jak wielka międzynarodowa przygoda, na której zdecydowanie warto się kiedyś pojawić, choć biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, chyba wolę poczekać bliżej 2014 roku. W chwili obecnej ciężko planować takie odległe wyprawy, a wersja najtańsza zakłada finansową decyzję chyba do końca sierpnia. Ale z drugiej strony Londyn + fantastyka brzmią zbyt kusząco, by przejść obok obojętnie.

I tutaj jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie przydarzyły się na Avangardzie – możliwość poznania autorek bloga Fangirls’ Guide to the Galaxy, z którymi bardzo przyjemnie było porozmawiać o szeroko rozwiniętym fangirlostwie. Gorąco pozdrawiam i mam nadzieję, że będziemy się na takich imprezach częściej widywać :)

Później, w towarzystwie Cydienne, spontanicznie wybrałam się na Ciekawe oblicza wampira – drugi niezaplanowany wcześniej punkt, który po nieszczęśliwej prelekcji starwarsowej był niemal jak lek na całe zło. Rzecz okazała się autentycznie ciekawym przekrojem przez wizerunek wampira w filmie i literaturze – przez Brama Stokera, Wywiad z wampirem i nawet Więzy krwi, serial na podstawie książkowej serii Tanyi Huff (od Valor Confederation), którą w niedalekiej przyszłości mam zamiar przeczytać. O ciekawości prelekcji niech poświadczy fakt, że była to godzina 20:00 po dniu pełnym łażenia wte i wewte, kiedy w starciu z jakimkolwiek krzesłem już zaczynała ogarniać mnie senność – po której 10 minut później nie było już śladu. Atutem prezentacji była nie tyle sama jej treść, co sympatyczna i rozeznana w temacie osoba prelegentki. Zwyczajnie miło się jej słuchało.

I nadszedł czas na moje własne w pocie czoła przygotowywane punkty. Pierwszego z nich – 20 najciekawszych easter eggs w filmach science-fiction i fantasy – obawiałam się strasznie, bo przygotowałam chyba zbyt mało ciekawostek, by wypełnić całą godzinę czasu. Okazało się, że rzeczywiście, zamknęłam się w jakiś 40-stu minutach, ale na całe szczęście moja liczna publika nie tylko mnie nie zjadła, ale żywo dokładała własne przykłady. Raz więc, że liczna, dwa, że aktywna – naprawdę, lepszych słuchaczy nie mogłam sobie wymarzyć. Wesoło trajkotałam więc jak opętana, dodatkowo po raz kolejny udowadniając sobie, że ja jednak nie potrafię mówić po polsku. Chyba już do końca życia będą zapominać polskich słów i gadać angielskimi. Ogólnie wyszło super i jestem bardzo zadowolona – na tyle, że już myślę o dodaniu nowych ciekawostek i powiększeniu prelekcji przy okazji następnego konwentu (którym będzie chyba Grojkon).

Ja jeszcze przed słowotokiem. Zdj.: Anna Piotrowska
Ja jeszcze przed słowotokiem. Zdj.: Anna Piotrowska

O ile jednak easter eggi udały się świetnie, tak moje ukochane Fantastyczne cytaty już mniej. Od początku  byłam zawiedziona wstawieniem konkursu na 10:00 rano w niedzielę, co zgodnie z przewidywaniami niestety  nie do końca się sprawdziło. To jest konkurs na dużą ilość uczestników – bo co dwie głowy, a najlepiej trzy, to nie jedna – przy ośmiu skończyło się więc trochę szybko i nie było tak śmiesznie. Mimo tego wydaje mi się, że nie poszło jakoś strasznie źle. Początkowy szereg zer zaczął w końcu przeradzać się w całkiem ładne cyferki, a ja parę razy zostałam mile zaskoczona odgadnięciem kilku trudniejszych cytatów. Przy okazji, w razie, jakbym miała ten konkurs jeszcze kiedyś prowadzić – staram się dobierać takie fragmenty, po których albo można odgadnąć fabułę (jeśli zna się film), albo takie, które są w danej produkcji łatwe do zapamiętania (choć nie oczywiste na pierwszy rzut oka). Nie biorę też filmów niszowych, raczej popularne klasyki i blockbustery. Ogólnie nie ma co, było sympatycznie. Z tego miejsca pragnę też serdecznie pozdrowić moją stałą krakowską publikę, którą na swoich konkursach widzę chyba zawsze :)

Nie mogę też zapomnieć o panu z obsługi technicznej, który pomógł mi aż dwa razy i pewnie nie był z tego powodu przeszczęśliwy, ale nawet jeśli, to do końca trzymał fason . Nie wiem, czy kiedykolwiek nauczę się nie zapisywać plików w formacie Office 2007, bo kto nie używa go obecnie jako standardu (?), ale może zapamiętam, że to jednak ciągle sprawia problemy ^^

Po tych wszystkich pozytywach przychodzi jednak czas na łyżkę dziegciu. Chodzi bowiem o to, że o ile ludzie i atmosfera była super, tak oferowane atrakcje już nie. A ja bardzo lubię konwenty, na których atrakcje nie pozwalają człowiekowi zdecydować, co ma ze sobą zrobić.

Problemy były głównie dwa. Otóż należę do tego typu konwentowiczów, którzy na takie imprezy jeżdżą głównie dla punktów programu. Lubię dowiadywać się nowych rzeczy, wymienić się opiniami, brać udział w konkursach, wchłonąć jakieś nowości i generalnie nie mieć ani chwili na nudę. Przeglądając sobotnio-niedzielny program Avy poczułam się jednak mocno zaskoczona, że znalazłam w nim tylko 1-2 interesujące mnie rzeczy (czwartkowo-piątkowego nie tknęłam, żeby nie płakać, co straciłam). Tknęło mnie wtedy dość nieprzyjemnie uczucie, że coś jest nie tak. Nie zrażałam się jeszcze, bo uznałam, że jak to zwykle na konwentach bywa, plany zmienią się spontanicznie i z samego przypadku trafię na jakąś fajną prelekcję. Ostatecznie trafiłam tak na opisane dwie – jedną bardzo kiepską, drugą bardzo sympatyczną – a resztę czasu  spontanicznie wypełniłam sobie punktami TrekSfery.Mimo tego przez całą obecność na konwencie odczuwałam sporą programową pustkę – jak to wyraził się kolega: „tyle punktów, a nie ma na co iść”. Było to dosyć przykre, bo najlepsze konwenty wspominam właśnie za nasycenie całym mnóstwem interesujących prezentacji, tematów i pokazów. Moje rozczarowanie prawdopodobnie wynika z faktu, że ominęła mnie tak naprawdę połowa konwentu, a znając moje szczęście, najlepsze rzeczy podziały gdzieś w okolicach piątku, ale wciąż – sobota w szwach nie pękała.

Jednak sam brak ciekawych atrakcji nie byłby może tak odczuwalny, gdyby nie pustka fizyczna. To samo uczucie tknęło mnie bowiem po raz drugi, kiedy wkroczyłam do SGGW pierwszy raz. Budynek był naprawdę świetny – nowoczesny, zadbany, ładny, ale niestety przestronny. Konwentowi poświęcone były trzy piętra, ale tylko na jednym można było odczuć, że coś się dzieje – drugim, gdzie rozlokowane były stoiska i games room. Na pozostałych korytarze praktycznie świeciły pustkami. Gdzieniegdzie można było natknąć się na osoby grające przy stolikach, ale za to przechodniów można było liczyć na palcach jednej ręki. Zatłoczone korytarze znane z innych imprez istniały tylko w pamięci, a ich brak niestety odarł Avangardę z typowego konwentowego klimatu. Nie widziałam ludzi w dziwnych koszulkach, nie natrafiałam ciągle na stoiska, nie mijałam znajomych tak często, jakbym chciała (wręcz trafiłam na nich dopiero po kilku godzinach, a innych nie znalazłam w ogóle). Co gorsza, nie było nawet jak przypadkiem natknąć się na jakiś ciekawy punkt programu, bo sal prelekcyjno-konkursowych było chyba tylko cztery albo pięć, z czego każda ulokowana w jakimś dalekim kącie, do którego trzeba było błądzić po identycznie wyglądających korytarzach, trzy razy gubiąc się po drodze. Co więcej, były nie tylko oddalone od siebie, ale od głównego konwentowego ruchu również. Do sal wchodziło się więc tylko wtedy, kiedy wiedziało się, na co iść. A ja czasem lubię przejść obok rozpiski na drzwiach, przeczytać i pomyśleć sobie „o, to może być fajne”.

Dalej, muszę koniecznie opowiedzieć o moim rozczarowaniu brakiem atrakcyjnej sekcji konsolowej, na którą zawsze w chwilach zwątpienia mogłam na konwentach liczyć. Tymczasem na Avangardzie, w sobotę, nie było dostępnej ani pół bijatyki, ani kawałka maty tanecznej, ani odrobiny jakiegoś wirtualnego pistoletu do strzelania – mogłam tylko bezradnie patrzeć, jak jakiś randomowy gracz w zawrotnym tempie przewija polskie dialogi w Mass Effect 3. Sali konsolowej musiałam się też naszukać, bo była skryta w czeluściach labyrintu – nie, jak w przypadku Avangardy 6 i moich poprzednich konwentów, gdzieś w przejściu, na widoku, żeby kusiła i zachęcała. Tutaj nie było więc ani w co pograć, ani jak się na to granie nakręcić, co mnie bardzo zasmuciło.

Niestety nie wiem, jak wyglądała kwestia noclegów, bo z niej nie skorzystałam, ale z rzeczy do pochwalenia na pewno mogę wymienić bufet, który był czynny do całkiem akceptowalnych godzin i serwował całkiem smaczne jedzenie. Szczerze mówiąc, konwentu bez bufetu z ciepłym jedzeniem już sobie jakoś nie wyobrażam. Nie trafiłam też do sklepiku konwentowego (głównie dlatego, że nie umiałam go znaleźć – ale hej, zgubiłam się nawet obok szatni) ani do księgarni Solaris, która gdzieś tam na pewno była. I to jest kolejny problem – brak dobrej nawigacji. Mapka mapką, ale przy tak mylącym układzie pomieszczeń naprawdę bardzo przydałyby się strzałki. Pod względem organizacyjno-technicznym, to chyba jedyna rzecz, jaka rzuciła mi się na oczy. Na pozytywny komentarz zasługuje również obsługa, która za każdym razem pomogła mi dokładnie tak, jak na to liczyłam, a czasem nawet bardziej (zostałam poczęstowana soczkiem w Green Roomie podczas korzystania z cudzego Internetu ^^). Gżdaczy było chyba z milion, a bez nich znalezienie własnej sali prelekcyjnej okazałoby się chyba ponad moje siły.

Ogólnie, to był fajny konwent. Liczyłam na odrobinę więcej zabawy, ale ostatecznie umiałam sobie zastąpić brak ciekawych atrakcji i nie żałuję. Klimat, choć w nieco innej niż zwykle formie – mniej hucznej – tak czy inaczej był sympatyczny. Najbardziej udali się oczywiście ludzie, ale bez nich nie udałby się przecież żaden konwent ;)

Niniejszym więc pozdrawiam – super było Was spotkać, poznać, a nawet odnowić kontakt. Do zobaczenia następnym razem :)

  • Potwierdzasz moje spostrzeżenia z tym że nie będę tak chwalić Treksfery :)))

  • Ja byłam tylko przez pięć godzin na Avie, ale mam bardzo podobne odczucia odnośnie programu i frekwencji. Muszę natomiast pochwalić Marcina Wrońskiego, z którym współpracowałam po raz pierwszy i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, do tego stopnia, że właściwie w ciemno zadeklarowałam przyjazd na Ave w przyszłym roku. Inna sprawa, że potwierdziło się to, o czym spekulowałam podczas prelekcji, że Ava przejmie galę zajdlową na rok 2013, ponieważ Polconu nie będzie.

    Widzimy się we Wrocławiu? :D

  • Obawiam się, że z Polconem niestety nie wyjdzie :( Lada moment jest Krakon, a na początku września Grojkon, na którym miałabym szansę coś poprowadzić, dlatego bardzo chcę jechać. Z przyjazdem do Wrocławia nie dam rady wyrobić się finansowo. Strasznie mi przykro :(