Zagrałam już w sześć różnych części Assassin’s Creed. Więcej razy spotkałam się z tylko z serią Resident Evil i oczywiście Final Fantasy, ale w przypadku skrytobójców z ukrytym ostrzem, te sześć wciąż mnie zadziwia. To sześć różnych gier, choć wszystkie takie same – i każda mi się na swój sposób podobała. Ale muszę Wam powiedzieć, że dopiero Assassin’s Creed: Liberation HD podobała mi się na wskroś.

Od razu powiem jedną rzecz: Assassin’s Creed to seria straszna. Bardzo, moim zdaniem, dobra i naprawdę ją uwielbiam – ale straszna. To, co potrafi ze mną zrobić czasem wychodzi poza zakres mojego pojmowania. Zaczynam ganiać jak głupia za jakimiś kartkami, wspinać się na drzewa, żeby okradać ptaki, biegać po okolicy tylko po to, żeby odkryć granice mapy, a do tego dla własnej przyjemności kombinować, jak przechytrzyć komputer – gdzie w innej grze absolutnie przechytrzać nikogo by mi się nie chciało. Ale w Assassinach mi się chce. Mało tego, czerpię z tego niesamowitą frajdę. I tak w szóstej grze z rzędu wyczekiwałam tego wszystkiego z błyszczącymi oczami, w pełni świadoma, że przecież robiłam to już tysiąc razy. Tylko że tym razem nowy Assassin miał mi też dostarczyć czegoś innego, czegoś świeżego i całkowicie w serii bezprecedensowego – Asasynki. I gdyby nawet nowa gra z jakiegoś powodu zupełnie mi nie podeszła – a podeszła ogromnie – postawiłabym ją na podium tylko z tego powodu. Miałam z bohaterami Assassinów problem, ale Assassin’s Creed: Liberation już na samym starcie trafił w dziesiątkę. Aveline de Grandpré to cud na wirtualnej ziemi.

Teraz już to wiem, ale rany, jak ja się na początku bałam. Bałam się, że kobieta wrzucona w ugruntowany przez mężczyzn świat będzie marną podróbką prawdziwej postaci, facetem ubranym w kobiecie ciało, albo gorzej, typową kobietką z powierzchownym charakterem i „kobiecymi” ambicjami. Nie zniosłabym takiej bohaterki, takiego sztucznego tworu wyobrażeń, które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego. Ale jednocześnie byłam ogromnie ciekawa i pełna nadziei, że może jednak nie – jak mogłabym nie być, skoro uwielbiam nie mieć w tych kwestiach racji. Wystarczyło mi zatem pół godziny, żeby wyrzucić wszystkie swoje obawy do kosza i mniej-więcej drugie tyle, żeby się w Asasynce absolutnie zakochać. To nie tylko świetna, godna swojego tytułu członkini Zakonu, ale przede wszystkim dobrze skonstruowana, autentyczna i interesująca postać, która z powodzeniem pociągnęłaby każdą „dużą” część serii. Wielka szkoda, że Liberation trafiła najpierw do wąskiej dystrybucji, ale wielka radość, że wersja HD daje szansę przedstawić Aveline szerszej publiczności. Jest tego warta. Ale przede wszystkim, w świecie gier video, jest warta uwagi.

Żeby wyjaśnić, dlaczego, trzeba się na początku przyjrzeć samej konstrukcji gry. Liberation to niejako spin-off głównej serii, musiał więc w związku z tym wymyślić coś innego niż grzebanie we wspomnieniach przodków Desmonda. W rezultacie gra przyjmuje formę oprogramowania, które Abstergo sprzedaje miłośnikom historycznych wrażeń. Podepnij się do Animusa, przeżyj historię na własnej skórze, coś w tym stylu. Dzięki temu przygoda Aveline zaczyna się praktycznie od razu – jest tylko krótkie info, w kogo wciela się użytkownik Animusa, potem błyskawiczny tutorial z dzieciństwa, a potem od razu wykradamy się nocą na dachy Nowego Orleanu. I przyznam szczerze, przez kilkanaście pierwszych minut byłam nieco zbita z tropu – poczułam się tak, jakby gra od razu wstawiła mnie w szóstą czy siódmą sekwencję i z radością płatającego figiel dziecka powiedziała „masz, baw się”. Ale potem załapałam, że po pięciu częściach serii już się przecież nie muszę zastanawiać, jak mam się bawić, tylko po prostu się bawić.

Taki brak jednoznacznego wprowadzenia i postawienie gracza przed faktem dokonanym okazał się rewelacją, bo zamiast poznawać bohaterkę – i grę – poprzez towarzyszenie jej w kolejnych rozdziałach życia, odkrywamy jej charakter poprzez czyny, jakich dokonuje. Bez żadnych wyjaśnień, tłumaczeń, prologów czy narracji, Aveline bierze się do swojej asasyńskiej roboty jak gdyby nic i już za moment dokładnie widać, że to inteligentna, zdecydowana, rozsądna, cięta, silna i niezależna kobieta, która z równą wprawą posługuje się tak ostrzem, jak i słowem. A że system rozgrywki znałam już na wylot, przez całą długość gry nie mogłam wyjść z podziwu, jak wiele dobrych decyzji podjęto w trakcie jej przygotowywania.

I tak na początku nietrudno zauważyć, że Aveline to nie tylko pierwsza protagonistka serii, ale i protagonistka o mieszanym pochodzeniu – jest córką zamożnego francuskiego kupca i jego byłej niewolnicy. Za młodu wraz z matką wyzwolona z niewolnictwa, wychowała się ze wszystkimi przywilejami przysługującymi pannie z dobrego domu, ale też nie w automatycznym szacunku otoczenia. W pewnym momencie gra bardzo zgrabnie pokazuje, jak bardzo niektóre kręgi społeczne wytykają ją palcem. Patrząc jednak na zachowanie i podejście, jakie ma do tego Aveline, dokładnie widać, że przez lata nauczyła się z tym żyć – choć w zasadzie nie tylko żyć, ale pomiędzy tym lawirować.

Z jednej strony jest więc prawdziwą damą, która zawsze wie, jak się zachować i co powiedzieć, z drugiej swobodnie ściąga swoją maskę nawet nie musząc zamieniać koronkowego „przebrania” na wygodny asasyński strój. Przez cały czas jest w pełni świadoma swojego miejsca, swojej pozycji i swoich możliwości (przy ojcu jest na przykład bardziej skora do żartów i niepowagi), ale nigdy nie pozbawiona szacunku – zawiść i nieżyczliwość nie leżą w jej naturze. To momentami wpływało nawet na mnie, bo uczestnicząc w balu nie będę przecież biegać wokół w długiej sukni – choć mogłabym. Wyraźnie jest jednak pokazane, że serce bohaterki należy do wolności, ale mimo tego doskonale zdaje sobie sprawę, że nie wszystko da się osiągnąć skokiem z dachu. Ta akceptacja swojego położenia i swoich okoliczności, umiejętność świadomego wyboru pomiędzy jedną a drugą możliwością, a przy tym pełne oddanie sprawie, w którą wierzy całym sercem czynią z Aveline postać bardzo autentyczną i wielowymiarową – a do osiągnięcia tego poziomu niektórym Asasynom nie wystarczyła nawet jedna „duża” gra.

Zatrzymajmy się jednak na tym oddaniu sprawie, bo ważne jest, by zaznaczyć, że Aveline od początku do końca ma swój własny rozum i odwagę do podejmowania swoich decyzji. W grze powoli rodzi się konflikt pomiędzy lojalnością a prawdą – coś podobnego do rozterek Connora, ale lepiej skonstruowanego – podczas którego Aveline nie miota się w obie strony jak jej wiatr zawieje, ale trzeźwo bierze sprawy w swoje ręce, a potem umie pogodzić się z konsekwencjami. Patrząc wstecz, oglądanie drogi od zera do bohatera we wcześniejszych grach było fajne i pomocne, ale zdecydowanie i charyzma, jakie biją od Aveline już na samym starcie w znacznie bardziej wyrazisty sposób osadzają ją jako wiodącą siłę w grze. Tak samo, jak w Ezio zakochałam się dopiero, gdy podjął w końcu konkretną, dojrzałą decyzję, tak w Aveline, w której ta decyzja jest już podjęta w domyśle, zakochałam się niemal od pierwszego wrażenia.

Innym, moim zdaniem, genialnym posunięciem w Liberation było stworzenie systemu person, czyli przebrań, jakie przywdziać może bohaterka, choć w tym przypadku nie chodzi wcale o mechaniczne możliwości gry. Ogromnie przypadł mi do gustu fakt, że Aveline może wykonać kilka misji na kilka sposobów (szkoda, że nie wszystkie), ale przede wszystkim ucieszyła mnie wieść, że jako kobieta, w sprytny i świadomy sposób wykorzystuje atuty swojej płci. Uwielbiam postacie kobiece, które ze swojego seksapilu potrafią zrobić narzędzie, a przy okazji pokazać światu, jak łatwo mogą manipulować dzięki niemu swoim otoczeniem – i przy okazji uwielbiam gry, które seksualność bohaterek pokazują nie jako „miły dla oka” dodatek, ale jako mającą faktyczny cel i zastosowanie wartość.

Przy czym należy dodać, że seksapil Aveline nie wynika bezpośrednio z jej fizycznej atrakcyjności, ale ze sposobu jej mówienia, z jej śmiałości, z jej przebiegłości, z jej bystrości. Potrafi być tak samo przekonująca jako Asasynka czy jako dama, niezależnie od stroju, jaki akurat ma na sobie. I tutaj znów Liberation stawia nas przed faktem dokonanym, w którym nie stara się udowadniać, dlaczego jego protagonistka jest kobietą i jaką w związku z tym powinna przyjmować postawę, ale po prostu pokazuje nam ją w jej środowisku. Nikt nie traktuje jej przedmiotowo, a jeśli już, to tylko dlatego, że sama Aveline na to przyzwala.

Jednak wisienka na torcie jest najbardziej oczywista, czyli popatrzcie tylko, jak Aveline WYGLĄDA. A konkretniej, jak jest ubrana. Jej asasyńskie odzienie to nie damska wersja stroju męskiego – z wyraźnym dekoltem, krótszymi rękawami i podkreślającymi krągłości wcięciami – ale po prostu asasyńskie odzienie. Wygodne, praktyczne, zapewniające ochronę, jednocześnie eleganckie i ozdobne (szczególnie podoba mi się szarfa przewiązana przez biodra), ale w żadnym wypadku nie krzyczące „seksem”. Aveline jest zapięta pod samą szyję, nosi długie rękawy, ma nawet skórzane rękawiczki bez palców, bo przecież poharatałaby sobie dłonie wieszając się na tylu drzewach i budynkach. Biegając nią po mieście, kończą się też wymówki o „patrzeniu na zgrabny tyłek”, bo powiewają za nią sięgające kolan końcówki płaszcza. No i oczywiście, że nie nosi butów na obcasie; która kobieta przy zdrowych zmysłach nosiłaby do walki buty na obcasie? (na was patrzę, inne gry i filmy). Rozumiecie więc piękno tej sytuacji: bohaterka nie tylko posiada niezależny umysł i własną siłę, ale w dodatku dokładnie na taką wygląda. I jeśli nie da się o niej powiedzieć, że jest prawdziwym, śmiertelnie niebezpiecznym wojownikiem (w tym bezrodzajowym wymiarze), to tak, jakby nie można było powiedzieć o niej nic.

A zatem zakochałam się. W postaci, która jest tak samo kobietą, jak i protagonistą, w grze, która nie zrobiła z tej sytuacji wielkiego halo, w developerach, którzy lekką ręką stworzyli po prostu dobrą, ciekawą i wiarygodną postać nie potrzebującą tak naprawdę obrony. Ale piszę o niej, bo chcę, żeby ten głos poszedł dalej. Przy okazji usłyszycie pewnie – albo już usłyszeliście – że sama gra nie dorównuje „dużym” częściom, że jest znacznie prostsza, mechanicznie ograniczona, fabularnie niedociągnięta, a nawet graficznie podrzędna. Ja ukończyłam ją na 100%, bo była pierwszym Assassinem, w którym sterowanie takim, a nie innym bohaterem było przyjemnością samą w sobie. Chciałabym móc grać w Liberation przez kolejne dwadzieścia godzin. I co z tego, że mieliśmy kilku Asasynów w kilku lepszych tytułach – Asasynka jest tylko jedna i dla mnie jest absolutnie bezkonkurencyjna.

P.S. Pewnie wyłapaliście, że nie grałam jeszcze w Assassin’s Creed IV – i w sumie bardzo się z tego cieszę, bo podoba mi się obserwowanie rozwoju serii w jej chronologicznej kolejności. No spoilers!

  • Aveline to jedyne co mogłoby mnie skłonić do zagrania w tą część. Bo też czekałam na kobietę, a jak się już wreszcie doczekałam to dopiero wtedy gdy zaczęłam dostawać drgawek na samo słowo „Asasyn”. Szkoda. Może jak się trochę oddtruję to dam Aveline szansę.

  • Wiktoria

    Lubię Assassin’s Creed a najbardziej tą historię która dzieje się w renesansie. Kiedy usłyszałam, że będzie gra z kobietą jako główną bohaterką, byłam naprawdę mile zaskoczona. Czytając początek twojego wpisu zastanawiałam się jak ty ją oceniłaś. Mogę wypuścić wstrzymywane powietrze, bo gra wydaje się odlotowa (nareszcie będę mogła w pełni wczuć się w rolę:))I naprawdę mam, przez to co napisałaś, taką ochotę w tą grę zagrać!

    • Graj, graj, jak tylko masz możliwość, to graj. Nie gwarantuję, że gra czy Aveline spodoba Ci się tak jak mnie, ale sądzę, że jest na bardzo duża szansa ;)

  • Nooo… To może w końcu zamiast ciupać drugi raz w Mass Effect (Aeth! Aeth! A ja wzięłam Legion na quest na Wędrującej flocie! Była zadyma ^^) zmotywuję się do ukończenia Ezio-story?
    Nie to, że nie lubię. Po prostu ja AC tak zrywami.

    • Legion do Floty? Naughty :P

    • Puuvilla

      Oj ciesz się, że możesz ukończyć Ezio story i nie robić to po raz setny, tak jak ja, tylko po raz 1. Korzystaj ;-).

  • Pytanie laika: sądzisz, że dla kogoś kto nigdy nie grał w żadnego Assasina, ale bardzo chce zagrać w Liberation, decyzja ta ma sens?

    • Powiedziałabym, że możesz zaryzykować :)

      Gameplayowo i fabularnie gra powinna Ci się spodobać (zwłaszcza z uwagi na ten zmniejszony poziom trudności), ale musiałabyś zwrócić szczególną uwagę na tutorial. Jak mówiłam, nie jest on tak szczegółowy jak w poprzednich częściach, więc pewne rzeczy mogą nie być najlepiej dla laika wytłumaczone. Ale w chwilach wątpliwości, zwróć się do mnie (mailem, privem, etc.) – pobiegnę Ci na pomoc :)

      • Dzięki za wyjaśnienia.
        Z pewnością zwrócę się w razie problemów. Ewentualnie pojęczę by Luby pomógł – on chyba grał w kilka Asasynów :)

  • Pingback: Grób nieznanej asasynki - Bobrownia()