Moje pierwsze wrażenie podczas oglądania godzinnego pilota Dominion? O mój boże, jaki bałagan. Moje drugie wrażenie? O mój boże, główny bohater jest beznadziejny. Bez-na-dziej-ny. Na szczęście jest do tego cała reszta, która – choć przedstawia się zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałam – posiada na tyle ciekawych pomysłów, żebym chciała oglądać dalej.

Zacznę chyba od tego, że nie oglądałam Legionu. Może trochę szkoda, może wtedy odrobinę lepiej oientowałabym się w klimacie kontynuującego go serialu, ale z drugiej strony może wcale nie. Moim podstawowym zainteresowaniem Dominion nie był zresztą pełnometrażowy oryginał, ale postapokalityczne wibracje dochodzące z zamurowanych enklaw ludzkości. Czego ja tu sobie nie wyobrażałam. Podupadłych miast wyrwanych strefom wojennym. Skrawków zamieszkiwalnych przestrzeni. Brudnych, prowizorycznych lokacji. Codziennej walki o przetrwanie. W każdym razie nie rozświetlonego, napędzanego reaktorem atomowym dawnego Las Vegas – teraz Vega – którego luksusy i przepych nie odbiegają od wyobrażeń świetlanej przyszłości. W sumie moja wina, mogłam jednak uwierzyć w to, co próbowały powiedzieć mi pierwsze zdjęcia promocyjne. Pstrokate stroje, nienaganne makijaże, twarze wyrażające siłę i bezpieczeństwo. I pychę – a to, okazuje się, ważny wątek tego pilota. Tak czy inaczej, gdy minął pierwszy szok, zaczęłam próbować składać to wszystko w całość i, dość powiedzieć, szło opornie.

Dominion wprowadza w serial ładną animacją, opowiadając o opuszczeniu przez Boga, wojnie ze zbuntowanymi aniołami oraz ukryciu przez archanioła Michaela niemowlęciego wybrańca, którego przeznaczeniem jest poprowadzenie ludzkości ku zwycięstwu. Jeśli widziałam kiedyś większy banał, to aż nie pamiętam. Armia gniewnego Gabriela w końcu wycofała się ofensywy, zostawiając resztki ludzkości do pozbierania się na nogi. 25 lat później archanioł Michael czuwa nad swoimi owieczkami z miasta Vega – jednego z ufortyfikowanych, autonomicznych miast-państw – pilnując, by zagrożenie atakiem z zewnątrz, gdzie wciąż czyhają anioły (przejmujące ludzkie ciała), nie zakłóciło spokoju życia. To jest w wielkim skrócie, zresztą nie jest to tak naprawdę najważniejsze. Na pierwszy plan wysuwa się bowiem wewnętrzna polityka Vegi, która zajmuje w tym pilocie znacznie więcej miejsca niż bym chciała, zupełnie zmieniając kształt moich przyszłych oczekiwań wobec tego serialu.

fot. Syfy

Na pierwszy plan w Vedze wysuwa się jedno: miastem rządzi ścisły system kastowy, klasyfikując mieszkańców wg numerków, które nie wiadomo co dokładnie oznaczają. Główny bohater ma na przykład numerek V-1, i to tylko dlatego, że został żołnierzem, by nie umierać z głodu na ulicach. Dlaczego działa system kastowy? Nie wiadomo, ale obiecuje pewien storytellingowy potencjał. Miastem rządzi z kolei rada, ale tak naprawdę władzę sprawują dwie wielkie rodziny – rodzina Whele’ów, prowadzona przez Anthony’ego Heada (którego amerykański akcent brzmi jak słuchanie bluźnierstw), oraz rodzina Riesenów, prowadzona przez Alana Dale’a, znanego również jako ojca Penny z LOST. Whele ma syna, Riesen ma córkę, wiadomo, do czego to zmierza. Plus, panowie oczywiście tylko udają, że się lubią, a tak naprawdę jeden knuje przeciwko drugiemu, bo jest oślizgłym, żądnym władzy intrygantem, który chce mieć Vegę tylko dla siebie. Układa się też z innym państwem-miastem poprzez uwodzenie jego wysłanniczki (serio, Anthony Head uwodzący co najmniej dwukrotnie młodszą od siebie kobietę… all the wrong feels…), obiecując technologię reaktora w zamian za 500 płodnych kobiet. Nie wiem, z jakiego powodu Vega potrzebuje obcych kobiet do rodzenia dzieci, ale jeśli ma to jakiś związek z tym, że Michael bardzo obawia się spłodzenia potomstwa, to może ma to jakiś sens.

Właśnie, Michael. Archanioł Michael, jedyny skrzydlaty obrońca ludzkości, rezyduje w Vedze jako… w sumie nie wiadomo, jako kto, ale ktoś, z kim na pewno trzeba się liczyć. Posiada swoj własny wojskowy oddział – do którego przynależy oczywiście główny bohater – i jest chyba jedyną istotą, która w całej Vedze zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Jednocześnie skrywa (chyba) sekretny romans z panią radczynią, która przez cały odcinek nie robi wiele więcej poza rzucaniem zaniepokojonych spojrzeń na prawo i lewo. Pani radczyni nie miałaby nic przeciwko dziecku, ale Michael jest tą perspektywą bardzo przerażony. Zaklepuję foreshadowing. Tak czy inaczej, archanioł to jedna z najciekawszych i najbardziej kompetentnych postaci w tym pilocie, a do tego wyjątkowo dobrze obsadzona. Szczupły i wysoki Tom Wisdom nie jest bowiem ani niebiańsko przystojny, ani przesadnie zwyczajny – ma za to bardzo interesujące rysy twarzy, nadające mu odrobinę obojętnego, odrobinę eterycznego, odrobinę „ponad to” wyglądu. Zajęło mi trochę czasu przyzwyczaić się do jego wyglądu, ale gdy go w końcu ogarnęłam, zakochałam się bez cienia wątpliwości. Niech tylko porzuci ten beznadziejny romans, bo jest kompletnie wyblakły i nie wierzę w niego ani na jotę.

fot. Syfy

A skoro mowa o romansach, przejdźmy do tego głównego. Tak więc główa rodu Riesenów ma córkę – piękną, młodą, zakochaną w głównym bohaterze z daleko niższej kasty (a poza tym będącą Doreą z Gry o tron). Główny bohater, Alex, to z kolei nieco zgorzkniały, wkurzony na system i nieszczęśliwy młodzieniec, który pragnie razem z ukochaną uciec z Vegi i rozpocząć życie wolne od zakazów. Jest też ulubieńcem Michaela – zgadnijcie, do czego to prowadzi – a do tego człowiekiem tak egoistycznym, że nawet w obliczu zagłady Vegi myśli tylko o swoich własnych problemach. No dobra, przesadzam – myśli też o swojej kilkuletniej przyjaciółce, sympatycznej i zagłodzonej Bixby, która jest obrazem niesprawiedliwości panującej w mieście. Kiedy więc okazuje się, że jest wiadomo-kim (sorry, ale to żadna niespodzianka), rzecz jasna buntuje się i odrzuca odpowiedzialność jak obrażone dziecko, a do tego kłamie najbliższym. Jest okropnie nudny i przewidywalnie wkurzający i nie rozumiem, dlaczego młoda riesenówna widzi w nim cokolwiek wartościowego (zresztą ten wątek jest narzucony z gracją słonia). Na szczęście to właśnie młoda riesenówna ma tym w związku jaja, bo gdy ukochany chce to wszystko rzucić w cholerę, ona stawia obowiązek i lojalność wobec mieszkańców Vegi poza osobiste animozje. Jest odważna, inteligentna, rozsądna i mam nadzieję, że zajdzie w tym serialu daleko. I pomyśleć, że miałam jej z założenia – bo tak – nie lubić. Lol.

I tak, po jakiś 40-stu kilku minutach polityczno-społecznego wprowadzenia, zaczynają się w końcu dziać jakieś rzeczy. Wynika z nich jedna bardzo fajna potyczka skrzydlatych oraz sporo okazji, w których Syfy może się pochwalić dostatecznymi efektami speclajnymi (choć nie powiem, skrzydła aniołów podobają mi się bardzo!). Batalia w mieście jest też wprowadzeniem do kolejnej wojny, na którą, po 25-ciu latach, ludzkość nie jest już specjalnie przygotowana. Na szczęście ten wątek prezentuje się zdecydowanie ciekawie, na dodatek zawieszając nad Vegą groźbę nie tylko globalnej inwazji, ale zniszczenia od środka. Jeśli tylko serial urozmaici nieco królewskie intrygi, trzepnie swojego bohatera w łeb i zaleje świat krwią, to Dominion będzie się nawet oglądało z przyjemnością.

W tym momencie jednak trudno mi jednoznacznie powiedzieć, czy ten pilot był dobry, czy zły. Z pewnością nie tego się spodziewałam, z pewnością dostałam coś w zamian. W jednej z pierwszych scen poczułam też, że scenarzyści chcą ze mnie zrobić idiotkę, a co gorsza później próbowali to jeszcze powtórzyć. Mimo tego pilot ma interesujący klimat – taki grecko-rzymski – a przy odrobinie szczęścia poprowadzi swoje wątki w ciekawszym kierunku. Plus liczę na to, że po nużącym wprowadzeniu akcja nabierze tempa, bo jest tu ewidentny potencjał na zwiększenie napięcia. W każdym razie dziwne z tego postapo, ale czego się zresztą spodziewać po wojnie z kim jak kim, ale aniołami.