W ubiegłą niedzielę odbył się finałowy koncert 8. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie, podczas którego mieliśmy okazję obejrzeć Star Treka J.J. Abramsa z muzyką na żywo. O koncercie można powiedzieć w zasadzie tylko jedno: mistrzowski. Ja jednak nie o koncercie, ale o filmach. Ambitnych vs fantastycznych, bo w taką rozmowę niechcący wdałam się ze swoją mamą.

Kilka słów wstępu. Jakiś czas temu w polskiej telewizji leciał sobie jeden z moich bezwstydnie ulubionych filmów, Książę Persji: Piaski Czasu. Nie miałam pojęcia, że będzie, bo generalnie telewizji nie oglądam, ale przy naszych rodzinnych weekendowych obiadach telewizor jest zwykle włączony, więc proszę, oto był. Oczywiście nie omieszkałam głośno ogłosić faktu uwielbienia przeze mnie tego filmu, raz, z faktycznej własnej radości, dwa, być może z chęci polecenia seansu rodzicom. Mogłam się w sumie stuknąć w czoło, że to wysiłek i tak skazany na porażkę, ale w obliczu ulubionego filmu jednak trudno się powstrzymać. Moi rodzicie nie są bowiem przesadnie otwarci na fantastykę, zdecydowanie bardziej interesują ich życiowe dramaty obyczajowe (mama) lub, najlepiej stare, filmy akcji (tata). Mówiąc prosto: rozmijamy się w kulturowych zamiłowaniach tak bardzo jak to tylko możliwe. Cały mój entuzjazm wobec Księcia Persji lecącego w polskiej telewizji oberwał więc prostym skwitowaniem mojej mamy, że ona to woli filmy ambitniejsze. Stwierdziłam, że nie będę wdawać się w dyskusję, a komentarz „ale hej, zaraz” zostawię na niesprecyzowane później, bo żadne argumenty nikogo by tutaj nie przekonały. Został mi jednak wykrzyknik do komentarza.

Już myślałam, że sytuacja zostanie spisana na straty, kiedy niespodziewanym zbiegiem losu moja mama otrzymała od swojej koleżanki zaproszenie na ów pokaz Star Treka, z którego chętnie skorzystała. Żartobliwe „wydawało mi się, że wolisz filmy ambitne” wyrwało mi się oczywiście samo, ale mama wybroniła się chęcią posłuchania dobrej muzyki. Całkiem zresztą słusznie. Po seansie dodawała jeszcze, że zawsze chciała dowiedzieć się, o co chodzi z tym całym Star Trekiem, więc teoretycznie całe doświadczenie wyszło jej na dobre. Ale wyobraźcie sobie teraz mnie, próbującą, w przerwie pomiędzy połówkami seansu, wytłumaczyć dwóm paniom po pięćdziesiątce, o co właściwie chodzi z tym Spockiem, czego w sumie chce Nero, co jest grane z alternatywnymi rzeczywistościami i dlaczego w filmie nie było więcej mamy Kirka, bo fajnie byłoby zobaczyć dorastanie młodego Jima. Podpowiem: przy każdej dobrodusznej próbie wyjaśnienia zawiłości scenariusza witały mnie wybuchy śmiechu, w którego salwach ginęła jakakolwiek szczera próba ogarnięcia sprawy.

Wcale nie mówię, że jest w tym coś złego. Sama śmiałam się z razem z nimi, bo przecież komizm tej sytuacji był pierwszorzędny, a poza tym doskonale wiem, że abramsowy Star Trek nie jest ani dobrym wprowadzeniem do fantastyki, ani dobrym wprowadzeniem do Star Treka. Dla osób mających fantastykę za „takie tam bajeczki”, takimi bajeczkami pozostanie, czy się tego chce, czy nie. Nie ma potrzeby nawracania nikogo na siłę, a warto rozejść się w pokoju. Mimo wszystko został mi w głowie ten wykrzyknik do komentarza, a przeżyta sytuacja pozwoliła mu skręcić się – w swoim skomplikowaniu – do kształtu pytajnika. Bo co to w zasadzie znaczy, że jakiś film jest ambitny? Czym przejawia się ambicja i dlaczego fantastyce tak często obrywa się za jej rzekomy brak? Mam w tym temacie kilka przemyśleń.

Ale na początek mam problem – z samym określeniem „ambitny”. Zasadniczo nie przepadam za tym słowem (i dobrze, że piszę ten tekst, bo coś sobie przy okazji wyjaśnię). Otóż „ambitny” automatycznie kojarzy mi się z „lepszym”, a ten automatycznie prowadzi do „fajniejszego”, a mój problem z „lepszym” a „fajniejszym” opisałam w dokładnie poprzednim tekście. W zamian chętnie używałabym „wartościowy”, bo znacznie trafniej określa, moim zdaniem, istotę wykonania, przekazu czy poziomu artystycznego danej produkcji, a do tego pozwala w jakiś sposób zmierzyć również poziom zadowolenia. Gdy coś oglądam, coś czytam, czy w coś gram, niekoniecznie zastanawiam się, jak bardzo jest to „ambitne” – raczej patrzę, jaką ma wartość, zarówno dla mnie, jak w szerszym kontekście. Nie chcę, żeby ambicja źle się kojarzyła, ale chcę podkreślić wielokrotność znaczeń. „Ambitny” jako „duży”, „złożony” czy „wartościowy” – jak najbardziej; „ambitny” jako wskaźnik „lepszego” już mi się gryzie.

Jest jeszcze jedno znaczenie, które często towarzyszy „ambitnemu”: „poważny”. Poważne dzieła zmuszają nas do refleksji, ukazują głębię jakiegoś problemu, w dojrzały sposób odnoszą się do bohaterów i ich przeżyć. Jeśli coś jest „ambitne”, to prawdopodobnie będzie nie tylko „złożone” i „wartościowe”, ale również „poważne” i „głębokie”. Wszyscy znamy takie przykłady; większość z nich to produkty przeszłości, które uwielbiamy i oglądamy do dziś. Żeby nie było wątpliwości: lubię, gdy fantastyka zmusza mnie do refleksji (tego od niej oczekuję!). Ale – jak pisałam w dokładnie poprzednim tekście – częściej lubię mieć z niej po prostu frajdę. Jeśli dana produkcja jest w stanie zapewnić mi oba warunki, rozbijam bank. Ale jeśli dostaję tylko jeden, zasadniczo może zrobić się jeszcze ciekawiej.

Wróćmy do sedna. Jak wszyscy wiemy, fantastyka potrafi być ambitna lepiej niż jakikolwiek inny gatunek*. Potrafi być dramatem, potrafi być metaforą, potrafi zarysować problemy codziennej rzeczywistości pod kamuflażem nadzwyczajnej niezwykłości, potrafi filozofować na tematy odległe, ważne i fundamentalne, potrafi być przełomowa i w tym wszystkim właśnie wartościowa. Fantastyka potrafi to wszystko i jeszcze więcej – bo potrafi być też fantastyką. Zabierać nas w niesamowite podróże, pokazywać niesamowite istnienia, pobudzać wyobraźnię pokazując nam niesamowite rzeczywistości. Tłumacząc zawiłości Star Treka mojej mamie i jej koleżance wyłożyłam oczywiście źródło popularności oraz znaczenie oryginalnego serialu, bo sam Star Trek jest przecież dokładnie tym, co opisałam. Kwestia w tym, że tamtego wieczoru nie przenieśliśmy się do przełomowych lat 60-tych, ale do fantastyki w ujęciu rozrywkowym – wartkiej, przebojowej, pełnej akcji i widowiskowych efektów specjalnych. Trochę trudno się dziwić, że osoby nieobeznane z możliwościami gatunku, a oszołomione fajerwerkami rozrywkowego science fiction wolą zostać przy swoich „bajeczkach”.

Jak wiecie, abramsowego Star Treka uwielbiam pełnią mojego geekowego serducha. Mam taką frajdę z tego klimatu, tych bohaterów, tego humoru i tej historii, że słowa nie opiszą – musielibyście zobaczyć mnie wymachującą łapkami i przebierającą nóżkami w akcji. Uwielbiam, naprawdę, ale jak najbardziej jestem jednak świadoma jego słabości. Z każdym kolejnym seansem znajduję w nim kolejne dziury, kwiatki i pytania, na które dla własnego spokoju lepiej nie szukać odpowiedzi. Tylko, że to wcale nie przeszkadza mi cieszyć się nim jak dziecko. Nie wstydzę przyznać się do swojego uwielbienia takiego kina, abramsowego Star Treka – czy Księcia Persji, czy każdy inny tytuł utrzymany w podobnym klimacie – traktuję więc tak, jakim ich stworzono: jako fantastykę rozrywkową, produkt swoich czasów. Nie ma w tym nic złego. Jedno tylko pytanie: czy rozrywkowość przekreśla wartość, a razem z nią ambicję?

Oczywiście od razu nasuwa się jedno stwierdzenie: że ambicją, a więc celem i wartością kina rozrywkowego jest zapewnić rozrywkę, najlepiej w takich ilościach, by łatwo było zapomnieć o ewentualnie pękających szwach. Ale jak wiemy, nawet rozrywka, a zwłaszcza filmowa, musi mieć jakiś scenariusz, musi być osadzona w jakiejś rzeczywistości, musi mieć jakieś podstawy, na których opiera swoje istnienie. Fantastyka szczególnie ma w tym zakresie trudności, bo w dodatku do fabuły, jakakolwiek miałaby ona nie być, musi jeszcze urzeczywistnić swój świat tak, aby stał się zrozumiały i prawdziwy bez specjalnego wysiłku ze strony widza. Jeśli się zastanowić, niewiele jest filmów, które w umiejętny sposób potrafią zbalansować poziom rozrywki, trzymającą się kupy fabułę oraz autentyczność otoczenia. To też trzeba umieć. Ale jeśli wszystko inne zawodzi – fabuła pęka w szwach, bohaterowie okazują się płascy, ziewanie zaczyna się jeszcze przed półmetkiem – ten fantastyczny świat, zrozumiały i żyjący własnym życiem, jeśli się uda, zawsze pozostanie dla mnie plusem.

To jedna sprawa. Druga to taka, że filmy nie składają się przecież tylko z fabuły rozgrywającej się na tle jakiegoś otoczenia. Wróćmy znowu do Star Treka. Czy Star Trek nie podchodzi poważnie do kwestii odniesienia się do swojego poprzednika? Czy nie stara się w sposób wartościowy ukazać relacji pomiędzy dwoma skrajnymi osobnikami? Czy nie próbuje zilustrować głębi skonfliktowanego przez swoje pochodzenie bohatera? Jeśli film jest w stanie zapewnić mi przednią rozrywkę, a dodatkowo wzorowo przedstawić np. postać kobiecą, albo problem rasowy, albo kwestię dyskryminacji, albo ludzką przyjaźń łamiącą granicę, albo odnieść się do swoich źródeł, albo nabrać mnie na jakiś wątek, a potem wywrócić wszystko do góry nogami, to ma mój miecz, topór i łuk. Nie każdy film musi być arcydziełem, nie każda rozrywka musi wykraczać poza swoje (rzekome) ograniczenia.  Ale nawet jeśli jako rozrywka została stworzona, warto zwracać uwagę na szczegóły, które nadają jej, jeśli nie „ambicji”, to przynajmniej kolorytu.

Problem w tym, że moja mama nie zwróci na to wszystko uwagi. Star Trek, Książę Persji czy nawet Gwiezdne wojny pozostaną dla niej kolorowym filmikiem, w którym dużo się dzieje, a potem się kończy. Zasadniczo, ja to rozumiem. Ja i moja mama pochodzimy z innych światów, cenimy inne wartości, szukamy innych rodzajów rozrywki. W pewnym sensie trochę mi przykro, że nie możemy dzielić się pasją do fantastyki, choćby w jakimś procencie, ale po prostu zostałyśmy inaczej stworzone i niczyja w tym wina. Ale właśnie dlatego za dostrzeganie tych szczegółów w fantastyce rozrywkowej zabieram się ja, a także- jeśli Internet jest jakąś podpowiedzią – tysiące innych osób na świecie. Cenię fantastykę, jej wizje i jej przekazy, w każdej swojej formie. Jednak fantastykę rozrywkową, która wśród eksplozji, akcji i efektów specjalnych potrafi przemycić wartościowe przemyślenia – chyba odrobinę bardziej.

*EDIT: niefortunne sformułowanie (patrz komentarze); oczywiście wszystkie gatunki mogą być tak ambitne, jak tylko chcą. Bardziej chodziło mi o to, że fantastyka jest w stanie być w pewnych względach mniej ograniczona, a więc bardziej otwarta.

  • Piotr Matusz

    Sporo z tego, co tu mówisz, pokrywa się z moimi przemyśleniami. Fantastyce chyba zwyczajnie jest łatwiej zająć się ambitniejszymi tematami. Nie jest przywiązana do tego naszego realnego świata, w którym ważkie, poważne tematy mają swoje miejsce, ale niekoniecznie łatwo się po nie sięga w zwyczajnych, przyziemnych sytuacjach. A jak wiemy, w fantastyce tej zwyczajności jest mniej, a nawet gdy już jest, to rządzi się innymi prawami. I dlatego nawet lekka, widowiskowa fantastyka potrafi widza zaskoczyć czymś, co wywoła w nim refleksje.

    Nie zgadzam się jednak z tym, że w fantastyce wystarczy dobry świat. Świat to za mało, przynajmniej dla mnie. Owszem, mogą być dziury w fabule, nieprzemyślane akcje mające być pretekstem do widowiskowych scen (o, jak w Star Treku 2009), ale jeśli nie ma dobrze napisanych postaci, do których da się przywiązać, których przeżycia i relacje z innymi wywołają w widzu emocje (niekoniecznie pozytywne), to film, serial czy książkę szybko się zapomina. I podejrzewam, że właśnie dlatego, tak samo jak ja uwielbiasz Prince of Persia – nie tylko za świat, który choć spójny i urzekający, nie jest szczególnie wymyślny, ale też za emocje. Bez tych bohaterów by ich nie było.

    • Bohaterowie zdecydowanie poprawiają sytuację, no i zgadzam się, że nie wszystkim sam świat i jego konstrukcja mogą wystarczać. Jednak moja wyobraźnia chłonie te wszystkie rzeczywistości nawet bez względu na to, co dzieje się na ekranie. Design lokacji, dbałość o szczegóły, ciekawe, futurystyczne rozwiązania – to wszystko zasługuje wg mnie na uwagę i pochwałę, jeśli działa i wzbudza emocje :)

  • Michał Makuch

    Walkę z ludźmi lekce sobie ważącymi siłę fantastyki można przyrównać do karkołomnych zmagań Don Kichota z sama-wiesz-czym. Czasem uda się jakiegoś delikwenta przekonać, że to jednak nie jest strata czasu i hobby dla niedorostków, ale większość woli iść w zaparte. Rodzice zaś to wręcz ściana nie do przejścia. Przynajmniej tak wynika z moich doświadczeń i prób misjonarskich. Myślę, że starsze pokolenia po prostu gubią się w tej całej popkulturowej lawinie i zamiast podjąć próbę zrozumienia, wolą iść na skróty i zbyć sprawę jakąś kwestią w stylu: „nie mam czasu na pierdoły”. Mimo wszystko, fajnie czasem obejrzeć z rodzicami coś odrealnionego, nawet jeśli po seansie nie nawiążemy zażartej geekowej dyskusji. Fajny tekst : )

  • „Jak wszyscy wiemy, fantastyka potrafi być ambitna lepiej niż jakikolwiek inny gatunek. ”

    Nope – każdy gatunek ma identyczny potencjał do bycia „ambitnym” (jakkolwiek semantycznie naciągniemy to słowo), wszystko zależy, co zrobi z nim twórca/twórczyni. Przepraszam, że się czepiam, ale stawianie takich kwantyfikatorów niepomiernie mnie irytuje.

    • Wiesz co, w sumie masz rację, totalnie źle to sformułowałam – a uwierz, że niejeden raz zastanawiałam się nad tą kwestią i za każdym razem dochodziłam do tego samego, co Ty, wniosku. Nie powinno się w ten sposób porównywać gatunków, bo w obrębie każdego da się stworzyć coś wyjątkowego. Nie wiem, czemu tak napisałam (zagapiłam się pewnie, albo bardziej chodziło mi o fakt, że fantastyka ma do dyspozycji inne, mniej ograniczone środki), ale dzięki za zwrócenie uwagi :)

      Zaraz zrobię stosowną adnotację.

  • aHa

    Można oglądać ambitne filmy, a można też filmy oglądać ambitnie ;-) Elaboraty, jakie powstają teraz na temat „Mad Maksa”, „filmu o ganianiu się samochodami po pustyni”, jednoznacznie tego dowodzą. Co oczywiście nie znaczy, że po obejrzeniu „50 twarzy Greya” trzeba zaraz przystąpić do pisania referatu na temat „Motywy BDSM w kulturze Stanów Zjednoczonych w latach 1900-2015”. Ale tak naprawdę film „festiwalowy” może okazać się świetną rozrywką (pamiętam, jak kibicowałam bohaterowi „Kontrolerów” nie zastanawiając się nad głębią metafor światła i ciemności), a letni blockbuster nieść zupełnie nie rozrywkowe treści. Trzeba tylko je dostrzec. I w drugą stronę, niestety „festiwalowatość” nie sprawi, że zły film przestanie być złym filmem. Ale i tak dobrze, że Twoja mama w ogóle ogląda jakieś filmy, ja pamiętam jak irytowała mnie ciocia, która dawała mi kieszonkowe ze słowami „tylko nie wydaj znowu na kino!”.

  • Mi, z tej notki, najbliżej do definicji „ambitne” poprzez „rozwijające” w kontrze do „rozrywkowe”. Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego, ale większość dzieł jednak stawia dużo większy akcent na tylko jedno z tych pojęć. A mi ostatnio również bliżej do rozrywkowego. Dzisiaj nawet próbowałem namówić kolegę do oglądania „iZombie”, ale skwitował że nie, bo może i dobre, ale opis brzmi głupio i co by sobie o nim pomyślała żona… Za to może zacznie New Who, chociaż tam opis tez nie brzmi najmądrzej (jak większość rzeczy, które oglądam, straszne!), ale tu przekonała go popularność.

    I, mimo czepiania się Michała, świetnie rozumiem o co Ci chodziło z tym jak ambitna potrafi być fantastyka. Oczywiście chodzi tylko o wycinek tej ambicji, ale cechujący ją brak ograniczeń dla wyobraźni i np. wizji przyszłości, przez co potrafi świetnie łączyć rozrywkę ze zmuszaniem do myślenia, sprawia że jest mi zwykle najbliższym gatunkiem, bo działa nawet na takiego intelektualnego lenia jak ja :)