Alphas: No bo kto nie lubi mutantów?

alphas-f

Alphas – opowieść o grupie osób z nadzwyczajnymi zdolnościami – to trudny serial. Nie dlatego, że porusza jakieś wyjątkowo ciężkie tematy, ale dlatego, że trudno się przez niego przedrzeć. Mnie udało się to dopiero pod sam koniec sezonu – i powiem, że moja wytrwałość się opłaciła. Zwłaszcza, że premiera drugiego sezonu zapowiada znaczną i wyraźną poprawę.

Do obejrzenia Alphas zabierałam się od jakiegoś roku –  mniej-więcej od czasu premiery, czyli bardzo długo. Trudno powiedzieć, co na to wpłynęło. Brak widocznego szumu w Internecie? Brak czasu? Jakoś nie odczuwałam specjalnej potrzeby brania się za nowy serial (ale z drugiej strony nie pisałam wtedy bloga o serialach między innymi). Tak czy inaczej, z odkładaniem Alphas skończyłam w sam raz, żeby zdążyć przed premierą drugiego sezonu. Była to decyzja dobra z kilku powodów – głównie dlatego, że mogę sobie dołożyć kolejny ciekawy serial do kolekcji – ale nie odbyła się bez trudów i przeciwności. Zabieranie się do Alphas było bowiem podwójne. Wszystko dlatego, że dwa pierwsze odcinki miały nieszczęście zanudzić mnie na śmierć. Musiałam kryzysowo ratować się odłożeniem serialu na kilka dni (pomogło mi w tym obłożenie przygotowaniami do Avangardy), ale potem, jak już poszło, poszło w zasadzie z górki. I było coraz lepiej.

Największą zaletą Alphas jest dla mnie jego podstawowe założenie – historia o zwyczajnych ludziach z nadzwyczajnymi zdolnościami. Mamy tu Rachel, dziewczynę, która posiada wytężone zmysły (dzięki czemu nie musi posiadać np. mikroskopu do laboratoryjnych oględzin dowodów, albo wykrywa obecność ludzi po biciu ich serc); Ninę, która potrafi wpływać na ludzi głosem, Billa „pompującego” się nadludzką siłą, Hicksa, którego zdolność pozwala na osiągnięcie idealnej równowagi, refleksu i bezbłędnego trafiania do celu (to chyba najciekawszy pomysł ze wszystkich), oraz autystycznego Gary’ego, który widzi fale emitowane przez komputery i urządzenia elektroniczne. Każda z tych zdolności ma swoje zastosowanie w kierowanym przez dr. Lee Rosena zespole, którego zadaniem jest identyfikowanie i pomaganie alfom w zrozumieniu swoich zdolności. Niestety, szlachetna idea często odnosi skutek odwrotny od zamierzonego, bo patronujące projektowi siły rządowe zazwyczaj klasyfikują alfy jako jednostki niebezpieczne i zamykają je w specjalnym ośrodku. Wątek właściwego wykorzystywania zdolności i zagrożeń płynących z ich nadużywania jest tu jednym z motywów przewodnich, podobnie jak odwieczny konflikt pomiędzy tym, co właściwe, a tym, co dobre. Bohaterom jest dodatkowo przeciwstawiona radykalna grupa alf-terrorystów pod nazwą Czerwona Flaga, a żeby tego było mało, często pojawia się pytanie, co jest bardziej wartościowe: człowiek czy jego nadzwyczajna zdolność. Dzięki temu Alphas zyskuje na wiarygodności – to serial, któremu znacznie bardziej bliższe są ludzkie dylematy niż łapanie przestępców i odgrywanie superbohaterów. Tutaj superbohaterów nie ma.

Gary i jego strumienie.
Gary i jego strumienie.

Mimo tego, wszystko to bardzo mocno pachnie X-Menami – tym mocniej, że dr Rosen, kieruje się ideałami bardzo podobnymi do ideałów Charlesa Xaviera, a Czerwona Flaga chce wprowadzić w życie prawie że manifest Magneto. Na tym jednak oczywiste podobieństwa się kończą, a tak czy inaczej nie jestem w stanie przypisać ich jako wadę. Bardzo lubię motyw mutantów czy też osób obdarzonych niezwykłymi właściwościami – wypada jeszcze przytoczyć Herosów – a Alphas, choć czerpie z podobnego schematu, nie  kopiuje go w sposób bezczelny. Najbardziej widocznym przykładem tego jest dla mnie sposób wykorzystywania zdolności, jak również zdolności same w sobie. Abstrahując od tego, że nikt nie przebiera się tu w żadne stroje, a nawet odznaki jednostki specjalnej są dla bohaterów czymś nietypowym, nadzwyczajne zdolności przychodzą z pomocą w dość przyziemnych, jeśli przyjmie się skalę superbohaterów, sprawach. Często jest to tylko kwestia dogonienia podejrzanego, wykrycia emocji, zdobycia informacji, wejścia do zabezpieczonego obiektu, etc. Takie podejście bardzo mi się podoba, bo pokazuje problemy na tyle zwykłe, że łatwo w nie uwierzyć, ale w na tyle niezwykły sposób, że oglądanie staje się ciekawsze. Co więcej, każda ze zdolności głównych postaci ciągnie ze sobą jakieś przykre konsekwencje – np. niezwykła siła Billa odbija się na jego sercu, Rachel nie umie nawiązać zdrowego kontaktu z drugim człowiekiem, bo widzi zarazki, a Nina ma za sobą poważne problemy z nadużywaniem swoich możliwości. Ukazywanie zwykłych problemów wynikających z niezwykłych umiejętności to jeden z ogromnych plusów Alphas, a ja zawsze i wszędzie jestem na nie wyczulona.

Kolejnym plusem jest fakt, że rolę dr. Rosena gra David Straitharn. To aktor wysokiego poziomu, który ma na koncie nominacje do Oscara i Złotych Globów, i którego ja osobiście ogromnie lubię (nie widziałam go w wielu w filmach, ale wystarczy mi, że widziałam go w Dzikiej rzece, który to film po prostu uwielbiam). Lubię jednak nie tyle jego samego, co jego manierę, a zwłaszcza sposób mówienia. Nie będzie więc niespodzianką jeśli powiem, że przy każdym wejściu Straitharna w kadr zamieniałam się w gąbkę – chłonącą wszystko, co widzi i słyszy. A do oglądania i słuchania – nawet w chwilach zwątpienia – było wiele. Prawdopodobnie gdyby nie fakt, że centralną postać gra tak charyzmatyczny i znakomity aktor, moje wrażenia z Alphas byłyby dalekie od przychylnych. Szczęśliwie wszystko dobrze się skończyło.

Rachel bada scenę.
Rachel bada scenę.

Jednak poza Davidem Straitharnem był jeszcze drugi czynnik, który wpłynął na moje udane oswojenie się z tym serialem. Mianowicie wykonanie. Pod względem technicznym Alphas jest naprawdę świetnie zrealizowany. Efektów specjalnych nie ma za wiele – kończą się w zasadzie na strumieniach Gary’ego – ale efekty wizualne, praca kamery, montaż i muzyka współgrają ze sobą idealnie. Sceny akcji są dokładnie takie, jak powinny -szybkie, chaotyczne, dynamiczne – i scen akcji jest tu niemało, a odpowiednie pocięcie i skupienie kadrów umiejętnie potęguje napięcie. Serial zaskakująco wykorzystuje też zdjęcia kręcone z ręki lub pod dziwnymi kątami, co w całości wypada naprawdę nieźle. Przez dłuższy czas nie mogłam się wręcz nadziwić, że w tak wspaniale wyglądającym serialu może być coś nie tak.

Na czym więc polegał problem? Na tym, że nie mogłam pozbyć się wrażenia, że na ekranie brakuje chemii. Wszystko wydawało mi się poprawne – że pilot wsadza widza w środek rutynowego śledztwa, każąc zapoznawać się z bohaterami w biegu, a nie od zera, że w scenariuszu zawarte zostały wydarzenia przeszłe, które ukształtowały bohaterów takimi, jacy są, że relacje pomiędzy nimi ukazują ich jako ludzi zgranych, którzy pracują ze sobą już niemały kawałek czasu, etc. etc. Ale pomimo tej poprawności, strasznie ciężko było mi w te relacje uwierzyć. Wydawały mi się naciągane i nienaturalne, jakby aktorzy wypowiadali swoje kwestie, ale w nie wierzyli, albo jakby kolejność scen nie była zbyt dobrze dobrana. Brakowało mi „flow”, swobodnego przepływu, który pozwala przykuwać do ekranu podczas oglądania najprostszego dialogu. Z tego powodu na początku naprawdę się nudziłam i oglądałam tylko z ciekawości, jak rozwiąże się fabuła. Zirytował mnie również wątek miłosny, który był okropnie oczywisty, a przez to wydawał się wepchany na siłę tylko dla zasady. Na szczęście, im dalej zacieśniała się akcja, tym lepiej, aż w końcu przyzwyczaiłam się do tej historii i polubiłam bohaterów. Musiałam jednak wyczekać na to jakieś sześć-siedem odcinków – na jedenaście. Mój prywatny sukces przypieczętował dodatkowo finał, któremu zdecydowanie udało się podnieść ciśnienie. I tak właśnie zaczęłam oglądać Alphas na serio.

Lubię takie inter-geekowskie niespodzianki :)
Lubię takie inter-geekowskie niespodzianki :)

Na osobną uwagę zasługują także nie byle jakie występy gościnne. Summer Glau ani Brenta Spinera nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, ale osobiście najbardziej ucieszył mnie występ Rebecci Mader (Lost), która niedawno wystąpiła w podobnej roli we Fringe. Bardzo lubię tę aktorkę, a już zwłaszcza w zło-zadziornej wersji, a sam odcinek, w którym się pojawiła, „Blind Spot”, zalicza się do jednych z najlepszych tego sezonu. Powiedziałam, że do drugich najlepszych po finale. W innym odcinku pojawia się też Alaina Huffman (Stargate Universe), Kathleen Munroe (Stargate Universe, Haven) oraz Callum Keith Rennie (Battlestar Galactica). Mniam.

Warto też dodać, że Alphas ma jednego rodzynka, którego nie mają inne seriale – Gary’ego, który jest źródłem wielu humorystycznych scen. Co prawda bohater cierpiący na chorobę utrudniającą mu poprawne współistnienie w społeczeństwie nie jest niczym nowym, ale rzucanie szczerymi do bólu stwierdzeniami w dalszym ciągu jest zabawne, a w przypadku Gary’ego wręcz urocze. Ogólnie aktora wcielającego się w tą postać – Ryana Cartwrighta – też bardzo lubię. Był moim ulubionym stażystą w Kościach i było mi bardzo smutno, gdy decyzja o zagraniu w Alphas się na tamtej roli odbiła.Szybko jednak przekonałam się do jego nowego wcielenia – nawet, jeśli musiał zrezygnować ze swojego cudnego brytyjskiego akcentu (którego i tak użył w jednej scenie! yay!).

Podsumowując – Alphas pewnie nie spodoba się wszystkim, bo oglądając ten serial trzeba w pewnych momentach przymrużyć oczy i dopowiedzieć sobie kilka rzeczy na własną rękę. Jest sporo nielogizmów, ale biorąc pod uwagę, że to fikcja, która w dodatku może stwarzać sobie własną logikę, dawno już je wybaczyłam. Jest ok, bez rewelacji, ale na poziomie. No i co ważne, dwa tygodnie temu wystartował drugi sezon, któremu już po dwóch odcinkach udało się zatrzeć te mniej sympatyczne wrażenia. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak podobała mi się premiera, zapraszam do przeczytania mojego tekstu w serwisie Serialowa.pl.

  • Serial jest częścią SyFyverse (dzieje się w tym samym uniwersum, co Warehouse 13 i Eureka). Na razie z tego kosmosu oglądałem tylko Warehouse 13, który w swej kiczowatości i bezpretensjonalności jest po prostu wspaniały. Co do Alphas, to pierwszy odcinek odrzucił mnie na przeciwległą ścianę więc, eee, chyba sobie daruję.

    • Niestety nie oglądałam pozostałych – jedynie kilka odcinków „Eureki”, które jakoś mnie nie porwały. Ale o „Warehouse 13” słyszałam mnóstwo ciekawych opinii i na pewno spróbuję.

      „Alphas” jest jakie jest, świetne techniczne, kulawe pod względem klimatu, ale rozkręca się w dobrym kierunku :) Szkoda tylko, że tak długo…

  • Wydaje mi się czy środkowa twarz w górnym rzędzie należy do komandora Adamy? ;)

    • Podobnie sphotoshopowana, ale to właśnie David Straitharn ;)

  • Alphas jest o tyle fajne dla mnie, ze to znow moj kandydat na porzadna ekranizacje X-Men (chociaz First Class przywrocila mi nadzieje, ze da sie zrobic dobry film) od czasow pierwszego i drugiego sezonu Heroes (potem popsuli co sie dalo).

    Hicks to kopia Longshota/Gambita z X-Men, nic oryginalnego, choc zawsze widowiskowe. Za to Gary to swietna postac – nie dosc, ze cierpi na autyzm (wreszcie superbohater, ktory nie jest typem modela/modelki, ostatnie takie postacie to chyba Guido, Blob, Destiny, Chamber i Maggot), to ma jeszcze swietna moc. Nawet jesli widzenie pasma elektromagnetycznego gdzies sie juz pojawilo w komiksach (jestem pewien, ze ktos na to juz wpadl), to telewizja pozwala na swietna wizualizacje efektow jej dzialania. Lapie sie na tym, ze Alphas ogladam przede wszystkim datego, ze jest tam Gary.

  • Ten serial może być ciekawy, dzięki za inspirację :) Powoli już kończą mi się seriale z gatunku sf, dlatego każdy kolejny jest bardzo pożądany. A ktoś wyżej pisał o związkach ze światem Eureki – Eureka to naprawdę przyjemny serial, warto dać mu szansę. Tak jak tutaj pisałaś, że nie mogłaś się przekonać, tak tam też trochę to trwa, a potem jest już tylko lepiej.

  • Obejrzałem już jakiś czas temu i w sumie podobało mi się. W większości zgadam się z tobą – ciężko wejść w serial, ciekawy sposób pokazania mocy, Gary, interesująca fabuła i sytuacja Alph no i te nieszczęsne postacie. Po finale stwierdziłem, że oglądam dalej, ale po kilku dniach uświadomiłem sobie, że przecież nie interesuje mnie co stanie się z bohaterami i dlatego rzuciłem serial. Teraz trochę się zastanawiam nad powrotem, ale oglądać cały sezon dla kilku występów Summer Glau to chyba by była lekka przesada :)