Wyczekiwana, wyśniona i wymarzona Agent Carter wreszcie do obejrzenia na małym ekranie. W dwugodzinnej premierze zabrała nas w pełną gracji wyprawę po wszystkich sentymentach, jakich po niej oczekiwaliśmy, a w całej swojej pulpowo-historycznej otoczce pokazała, że właśnie taka kobieta jest nam w nowoczesnej popkulturze potrzebna. 

Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie premiera Agent Carter to jedno z najważniejszych serialowych wydarzeń zarówno obecnego sezonu, jak i dobrych kilku lat. Zaraz obok zbliżającego się wielkimi krokami iZombie, nie ma serialu, który wywoływałby we mnie większe emocje. Powodów jest co najmniej kilka: to pierwszy serial Marvela poświęcony postaci kobiecej – powstały lata nim na ekrany kin wejdzie solowy film o znanej i lubianej Captain Marvel. To serial o agentce, która jak nikt potrafi samodzielnie poradzić sobie w najtrudniejszych sytuacjach. To serial o postaci, która podbiła serca widzów kilka lat wcześniej w filmie, którego głównym bohaterem był Steve Rogers, a potem rozpaliła wyobraźnię fanów w swojej własnej krótkometrażówce. To bohaterka, do roli której Hayley Atwell powróciłaby o każdej porze dnia i nocy, bo tak ją uwielbia, szanuje i pragnie przedstawić nowym pokoleniom. To serial w bardzo dobrych rękach – twórców, scenarzystów, reżyserów i producentów kinowych filmów Marvela oraz wielu uznanych seriali. W końcu to serial o tzw. silnej postaci kobiecej, który w pełni rozumie i docenia cały jej koncept, bo przecież Peggy Carter jest jednym z jego koronnych przykładów. I właściwie fakt, że wszystko to kumuluje się w tej półtoragodzinnej premierze w idealnie dobranych proporcjach nie powinien nikogo dziwić, bo ta premiera nie mogła się nie udać. Ale za to, że udała się tak bardzo, absolutnie można uronić łezkę szczęścia.

Jak pewnie wiecie, Agent Carter rozpoczęła swoje życie od Marvel One-Shot: Agent Carter z 2013 roku, który w zaledwie kilku minutach pokazał, że sekretarzowanie przekonanym o swojej wielkości facetom nie leży w naturze bohaterki. One-Shot z sukcesem zasiał w zbiorowej wyobraźni koncept „agentki w męskim świecie”, ale powstały na nim serial zabiera się za swoją fabułę na czysto: choć Peggy jest tak samo rozczarowana swoją rolą w S.S.R., nie odchodzi ramię w ramię z Howardem Starkiem w kierunku nowo-utworzonego S.H.I.E.L.D. Zamiast tego dzień po dniu stara się robić dobrą minę do złej gry, w każdej chwili gotowa stanąć w swojej własnej obronie, a jednocześnie czekająca na swoją wielką szansę powrotu do akcji. Takim restartem dostajemy nie kilkanaście minut zajebistości, ale (miejmy nadzieję!) całe sezony poświęcone rozkwitowi Peggy, która już teraz z pełną klasą potrafi zgasić swojego szefa w dosłownie dwie sekundy i nie pozostać dłużna żadnej kiepsko zawoalowanej obeldze ze strony szowinistycznych kolegów z zespołu. Widać, że nasza bohaterka wcale nie ma zamiaru walczyć z wiatrakami – ale widać też, że udawanie posłusznej podkomendnej bynajmniej się jej nie uśmiecha. Mówiąc w skrócie, mamy coś jak przyczajoną sekretarkę, ukrytą agentkę. Z klasą.

Okazja do działania pojawia się zaraz na początku serialu, kiedy do S.S.R. dochodzi wiadomość o prawdopodobnej zdradzie narodu przez genialnego Howarda Starka. Oczywiście nikt poza Peggy nie wierzy, że to nie Stark sprzedawał wrogom Stanów Zjednoczonych produkowane przez siebie bronie, bo wszyscy wolą wytykać Carter jej znajomości z celebrytami. Gdyby wiedzieli, że to właśnie do niej Stark zwróci się o pomoc w oczyszczeniu imienia, nie zdążyliby docenić ironii przed spuchnięciem z zazdrości. Stęskniona za działaniem, bohaterka dziarsko i potajemnie zabiera się do pracy – oznajmiając, jak prawdziwa profesjonalistka, że zabiera się do pracy – po czym umiejętnie manipuluje wszystkimi mężczyznami wokół i w niemal bez wysiłku osiąga sukces już pierwszego wieczoru.

fot. ABC

I tutaj muszę się zatrzymać, żeby przedstawić pierwszy pozytyw: Peggy Carter wcale nie udaje, że chce być mężczyzną. To znaczy stop, cały koncept serialu opiera się na pomyśle, że śledzimy poczynania kobiety w męskim świecie, więc to nie żadne odkrycie Ameryki – ale już od początku wyraźnie widać, jak bardzo podkreślana jest odmienność bohaterki w ustanowionym statusie rzeczywistości. Jedną z pierwszych scen jest na przykład genialne skontrastowanie płci poprzez zestawienie niemal identycznie ubranych mężczyzn z idącą w przeciwnym kierunku Peggy, ubraną też niemal identycznie, ale z wyraźnym akcentem kobiecym. Można to odczytywać na różne sposoby, ale mnie podoba się myślenie, że wszyscy nosimy ten sam szkielet (np. jesteśmy agentami), ale możemy ozdobić go innymi elementami (np. zestawem umiejętności). I tak w serialu kobiecość bohaterki jest wyraźnie podkreślana, ale nie przez żadne specjalne gesty, wygląd czy nawet sposób, w jaki się ubiera – bardziej dzięki temu, z jakim zmysłem i świadomością potrafi wykorzystać ją do osiągnięcia swoich zamiarów. Gdyby nie łatwość, z jaką załatwia sobie dzień wolnego w pracy używając „kobiecych dni” jako wymówki albo możliwość uwiedzenia celu swojego śledztwa, byłaby tylko kolejnym agentem w S.S.R. Kobiecość otwiera jej drogi, jakich nie mogą użyć jej współpracownicy, a to jest nie tylko pokaz jej wyjątkowości, ale przede wszystkim testament jej umiejętności jako doświadczonej, samodzielnej agentki.

Tylko że trzeba jednocześnie dodać, że umiejętność Peggy nie oznaczają wcale automatycznej degradacji intelektualnej jej kolegów z zespołu. W zasadzie przez całe dwie serialowe godziny bohaterka wyprzeda pozostałych agentów tylko dlatego, że od początku ma wczesny start. Sposoby prowadzenia przez oba teamy śledztwa różnią się od siebie jak ogień i woda, ale trudno mówić o braku wyników drużyny męskiej. Nie jest też tak, że współpracownicy czy szefostwo nie widzą w Carter nikogo więcej poza telefonistką – potrafią w konkretnej sytuacji dostrzec logikę, nawet, jeśli ta została im wyłożona przez kobietę. Bardzo cieszy mnie taki brak nie robienia z agentów S.R.R. czarnych charakterów z założenia, bo w końcu nie o to chodzi, że przedstawiać Peggy jako ostatnią kompetentną osobę na planecie, ale by pokazać jej wartość w niełatwych okolicznościach. Nie ma co się oszukiwać, panowie w agencji to w większości palanci, ale nie dostali się do niej za ładne uśmiechy.

Wracając do Peggy, jej ruszenie do akcji to dla nas okazja do podziwiania jej bezbłędnego stylu, ale dla niej niestety zimny prysznic, kiedy w dobie śledztwa zamordowana zostaje jej współlokatorka. To wydarzenie uruchamia w bohaterce mechanizmy obronne i przez większą część premierowych odcinków śledzimy jej bardzo superbohaterski dylemat: jak pogodzić życie osobiste z niebezpieczną naturą swojej pracy? Lubię takie wątki, bo pokazującą myślącą i czującą stronę postaci, ale na całe szczęście scenarzyści nie zdecydowali się ciągnąć go w tej formie przez cały sezon, a zamiast tego od razu dać Peggy silny zastrzyk motywacyjny. W końcu jaki ma sens ratowanie świata, jeśli samemu się w nim nie żyje? Tym samym my ostaniemy więcej codziennych interakcji Peggy ze światem zewnętrznym, Peggy dojdzie do perfekcji w manipulowaniu rzeczywistością wokół siebie, a serial nie będzie kręcić się w kółko, a cały czas przeć do przodu. W końcu już tylko 6 odcinków do końca, nie ma czasu do stracenia. Przy czym warto dodać, że każda chwila więcej spędzona w towarzystwie Lyndsy Fonseci (grającej tu Angie, kelnerkę przyjaźniącą się z bohaterką) nie jest chwilą straconą. Agent Carter to serial Hayley Atwell, ale trudno przejść obojętnie wobec pozostałej części świetnie dobranej obsady.

Jedną z tych części jest jeden z moich absolutnych serialowych ulubieńców, Enver Gjokaj. Gjokaj wciela się w Daniela Sousę, na pierwszy rzut oka szeregowego agenta w S.S.R., ale już na drugi i trzeci postać tak uroczą i sympatyczną, że topi serca samymi dobrymi intencjami. Po pierwsze Sousa to jedyny agent w całym biurze, który potrafi jawnie – choć niekoniecznie słusznie – stanąć w obronie Peggy, a po drugie, który sam jest narażony na podobne obelgi ze strony kolegów z powodu okaleczonej nogi wymagającej od niego poruszania się o kulach. Z racji swojej płci, jest oczywiście traktowany nieco łagodniej, a przede wszystkim brany pod uwagę przy wyborze misji, ale od swoich współpracowników różni się wrażliwością pozwalającą mu sympatyzować z Peggy i nawiązać z nią nić wzajemnej porozumienia. Trudno na razie mówić o przyjaźni, ale ziarna tej są bardzo ładnie zasiane i mam nadzieję, że w dalszych etapach pomogą ocieplić sytuację bohaterki w biurze i pokazać wiele stron jej charakteru. Oczywiście niektórzy w internetach już wietrzą spiski, że przecież nikt nie może być aż tak dobry, żeby nie miało to służyć ukrywaniu złych zamiarów, ale póki co wcale nie czuję potrzeby dokopywać się do drugiego dna.

Ale jeśli chodzi o postacie, to najlepsze zostawiłam oczywiście na deser: panie i panowie, freaking Jarvis! Jeśli komputerowy J.A.R.V.I.S. Tony’ego Starka był jakąś podpowiedzią, po żywym i prawdziwym można było spodziewać się morza zajebistości. Trudno jednak było przewidzieć, że będzie razem z Peggy tworzyć aż tak cudowny dream-team! Słowo daję, to najlepszy bromance moich ostatnich kilkunastu miesięcy i jestem wprost zachwycona faktem, że rozgrywa się pomiędzy przedstawicielami obu płci! Doświadczona agentka zawsze gotowa do działania i dobroduszny pomocnik twardo trzymający się zasad jak w każdym dobrym bromansie nie pasują do siebie za nic na świecie, ale jak tylko przychodzi co do czego, dzieją się rzeczy niestworzone. Wybuchy, komedie, pościgi, więcej wybuchów i więcej komedii (doprawionej boskim angielskim humorem), a przede wszystkim początki wspaniałej znajomości wykraczającej daleko poza obowiązek pomocy wspólnemu przyjacielowi. To Jarvis jest dla Peggy kotwicą ściągającą ją na ziemię, to Peggy jest dla Jarvisa przepustką do wykazania się swoimi niezwykłym zestawem umiejętności (pracą kamerdynera jest pomagać nawet wtedy, kiedy nie jest się o to proszonym!). Dążenie do znalezienia wspólnego języka przewija się przez te dwa odcinki z wyraźnym akcentem i stanowi źródło wielu radości (czy wspomniałam już o humorze?), a nam przy okazji pokazuje, że chemia pomiędzy Hayley Atwell i Jamesem D’Arcym jest praktycznie namacalna. To niesamowite, jak cudnie został tu dobrany casting . Nawet przez moment nie miałam czasu na zastanowienie się, czy coś tutaj gra czy nie gra – wszystko działo się tak naturalnie, jakby ten serial tworzyli starzy znajomi.

fot. ABC

A mówiąc o starych znajomych – ileż tu się znalazło wybornych nawiązań do samego filmu, jak i wydarzeń w rzeczywistości tego świata! Peggy na przemian nękana jest bolesnymi wspomnieniami czy to w toku swojego śledztwa, czy poprzez popularną audycję radiową o bohaterskich przygodach Kapitana Ameryki, który co chwila musi ratować swoją ukochaną, fikcyjną pielęgniarkę. Trudno się dziwić, że program drażni Peggy na więcej sposób niż jeden, kiedy niemal codziennie ma przed nosem obraz swojej taniej, nieporadnej zamienniczki. Na szczęście my dostajemy w takich sytuacjach wszystkie powody, by podziwiać naszą bohaterkę jeszcze mocniej, bo nikt nie znosi tego tak dzielnie jak ona, przy okazji po cichu ratując świat.

Sytuacja świetnie przedstawia się również na polu klimatu oraz ogólnej atmosfery serialu. Jeśli ktoś uwielbia powojenne lata 40-ste, powinien się tu poczuć co najmniej wygodnie, choć mnie od historycznej wiarygodności bardziej ciekawi element retr0-fantastyczny. Duże, niezgrabnie wyglądające maszyny, pięknie grawerowane napisy, te błyszczące, drewniane meble! Wchodząc do biura S.S.R. można odnieść wrażenie, że wchodzi się do muzeum pełnego skarbów zapomnianej epoki. Uwielbiam, że co tydzień będę się cofać do takiej przeszłości. Natomiast co do atmosfery – pamiętacie narzekania na Agents of S.H.I.E.L.D., że na początku nie brali się zbyt poważnie? W Agent Carter nic z tych rzeczy – mamy tu solidny dramat prowadzony przez autentyczną, przekonującą bohaterkę, niezłe komiksowe kino akcji okraszone naprawdę zabawnymi dialogami, oraz przyjemną komedię, która bawi, ale nie dominuje. Od razu widać, że serial wie, czym jest, co chce opowiedzieć i w jaki sposób to zrobić, a sami chyba przyznacie, że jak na start, nie mogło być lepiej.

I wiecie co? Tak czytając wszystko, co w samych pozytywach napisałam o tej premierze zaczynam się zastawiać, czy w całym tym entuzjazmie trochę nie przesadzam. W sensie: czy to naprawdę aż tak wspaniała premiera, czy może patrzę na nią przez różowe okulary, bo tak bardzo w nią wierzyłam i tak na nią czekałam? Myślę i myślę i w sumie dochodzę do wniosku, że nie. To bez wątpienia bardzo dobry start i obietnica jeszcze lepszego rozwinięcia. Być może nawet jeden z najlepszych tytułów tego roku. To również świetne wyważona historia, która gloryfikuje swoją bohaterkę, ale nie przesadza w żadną stronę, a to chyba najtrudniejsza sztuka w tworzeniu wiarygodnych ekranowych postaci kobiecych. Za to jedno uważam, że Agent Carter należy się każda pochwała, jaka idzie w jej stronę, i za to jedno mogłabym ją kochać. Ale tak się składa, że serial ma do zaoferowania znacznie więcej. Więc oglądajcie – dla Peggy, dla Jarvisa, dla dream-teamu Peggy i Jarvisa, dla komiksowego (!) humoru, dziesiątek nawiązań do MCU, retro klimatu lat 40-tych i dla samego pokazu, jak dobrze można nie spieprzyć materiału samo-proszącego się o sukces. Peggy na prezydenta.

  • Ponieważ właśnie gram w LEGO Marvel Superheroes i piję herbatę z kubka z Iron Manem, to każdy powrót do tego uniwersum mnie cieszy – a szczególnie, że ten serial zapowiada się naprawdę fantastycznie!

  • A ja się boję wkręcić, bo boję się że po pierwszym sezonie nie będzie kolejnych. Kocham Peggy, kocham ten serial, ale nie wiedzieć czemu mam same najgorsze myśli :c

  • Marcin Segit

    Pierwszy odcinek fajny, drugi mnie już trochę męczył. Estetycznie super, fabularnie może być (to zawsze musi być super broń i tajna organizacja? Nie mogą raz kogoś innego poganiać?). Przynajmniej tutaj coś się dzieje i nie ma bandy dzieciaków. :>