Abraham Lincoln: Łowca wampirów: I nic poza tym

abraham-lincoln-lowca-wampirow-f

Czasami człowiek wie, że wybiera się do kina na film zrobiony wyłącznie z myślą o rozrywce. Czasami wtedy odkrywa, że rozrywka pozbawiona sensu wcale tej rozrywki nie daje. Czasami człowiekowi potrzebna jest odrobina ładu i składu. Takiego kleju, który łączy ze sobą dwa przeciwne bieguny. Abraham Lincoln: Łowca wampirów nie tylko takiego kleju nie ma, ale wydaje się sądzić, że wcale go nie potrzebuje.

Bardzo chciałam, żeby Abraham Lincoln: Łowca wampirów okazał się filmem fajnym. Niekoniecznie liczyłam na dobry, ale na zwyczajnie fajny – zgrabny, lekki, wciągający, cieszący oko, zostawiający za sobą poczucie zadowolenia z dobrze spędzonego czasu, nawet, jeśli ten czas nie spowodował nagłego rozruchu chomiczków w główie. Nie można było się spodziewać, że film o prezydencie Stanów Zjednoczonych walczącym z wampirami będzie czymś więcej niż właśnie taką rozrywką. Niestety, wszystkie za i wszystkie przeciw przemawiają za jednym – to film wyłącznie wizualny, który jako powieść zapewne spisał się trzy razy lepiej, choć założę się, najlepiej by się czuł, gdyby był komiksem.

Pobieżny opis wydaje się wystarczająco treściwy – to naprawdę film o prezydencie Stanów Zjednoczonych, który staje się łowcą wampirów po tym, jak jeden z nich zabił mu matkę, a dopiero potem zabiera się za politykę – ale wcale nie to mam mu za złe (jeśli w ogóle coś tak fajnego miałabym czemukolwiek mieć za złe). Tak naprawdę, cieszę się z powstania tego filmu, bo ma szansę zwrócić szerszej publiczności uwagę na bardzo ciekawy nurt książkowy – mashup, łączący ze sobą dwa całkowicie odrębne gatunki: klasykę światowej „wysokiej” literatury z literaturą popularną, taką jak groza, horror i inna szeroko pojęta fantastyka. O mashupach napisałam jeden ze swoich pierwszych blogowych tekstów, jeszcze przed powstaniem obecnego (Wysyp ożywionych klasyków), więc temat Abrahama Lincolna: Łowcy wampirów jest mi o tyle bliższy. Film jest oczywiście ekranizacją oryginalnej powieści autorstwa Setha Grahame-Smitha, tego samego pana, który Dumą i uprzedzeniem i zombie ów nurt rozpoczął i spopularyzował. Nie miałam niestety przyjemności zapoznać się z powieścią, i żałuję, bo jestem przekonana, że tekst pisany ułożył przedstawiony świat w znacznie lepiej zgraną całość niż film próbował ułożyć ją obrazem. Tak czy inaczej, Seth Grahame-Smith napisał również scenariusz do ekranizacji swojego dzieła, i tutaj właśnie pojawia się problem. Choć można spodziewać się, że autor jednego i drugiego świetne poradzi sobie z przeniesieniem stworzonego przez siebie klimatu na język filmu, to niestety nic z tego. Scenariusz jest bowiem największym problemem tej produkcji, bo nic tak naprawdę nie trzyma się w nim kupy.

Skaczą, siekają, szaleją.
Skaczą, siekają, szaleją.

Mówiąc prosto, podstawowym błędem Abrahama Lincolna: Łowcy wampirów jest brak spójnej wizji świata. Oto z jednej strony mamy sobie wampiry – aktualnie nic nowego – po sąsiedzku żyjące sobie w XIX-wiecznym społeczeństwie. Nikt nie jest w stanie ich rozpoznać, bo świetnie się maskują. Oczy zakrywają przyciemnianymi okularami a skórę smarują kremami chroniącymi przed udarami, więc światło słoneczne nie robi im większej krzywdy. Mogą więc spokojnie załatwiać swoje sprawy w ciągu dnia i nikt o nic nie będzie ich podejrzewać. Z drugiej strony mamy młodego Abrahama Lincolna, który okropnie chce się zemścić za śmierć swojej matki. Przypadkowo spotyka na swojej drodze tajemniczego osobnika, i, po wybłaganiu szkolenia, rozpoczyna karierę pogromcy wampirów (jak dziwnie brzmi to słowo w męskiej formie). Szybko jednak zaczyna pojmować, że problem eksterminacji krwiopijców wykracza daleko poza umiejętności jednego człowieka, więc zwraca się ku polityce, by „wygrać tę wojnę słowami”. Okazuje się bowiem, że jedyną rzeczą powstrzymującą wampiry Stanów Zjednoczonych przed otwartym konfliktem z ludźmi jest handel niewolnikami (w dopisku: bo mogą ich bezkarnie jeść). Mniej-więcej po tej rewelacji film stracił dla mnie jakiekolwiek pozory i tak ledwie trzymającego się kupy sensu.

Za problem nie biorę jednak pomysłu samego w sobie – bo w jakiś lepszy sposób mógłby on nawet funkcjonować – ale jego wykonanie. Scenariusz Abrahama Lincolna: Łowcy wampirów jest od początku strasznie urywkowy. Widzimy, jak młody bohater traci matkę, ale nie widzimy, jak bardzo ta strata się na nim odbiła. Ciągle tylko powtarza, że wampir zabił mu matkę, więc on chce zabić go w zamian. Gdzieś pomiędzy ćwiczeniem walki siekierą a pomaganiem w sklepie zaczyna chcieć być jeszcze prawnikiem, ale czemu – film uznaje to za fakt oczywisty i go nie wyjaśnia (co pod pewnym względem jest zrozumiałe, ale dla zachowania ciągłości wyjaśnienia raczej by się przydały). Przykładów jest więcej, ale wszystkie sprowadzają się do jednego – obraz jest płytki jak wyschnięta kałuża, bo kompletnie nie udaje mu się powiązać wątków w logiczną i wiarygodną całość. Ciąg przyczynowo-skutkowy w dużej mierze istnieje tu tylko w domyśle. Sceny przeskakują jedna do drugiej w zawrotnym tempie, nie dając czasu na zapoznanie się z motywacjami bohaterów, przyswojenie fabuły, i przede wszystkim uwierzenie w tak surrealistyczną wizję świata. Niewolnictwo, wojna i polityka to ciężkie tematy, a wampiry – pomimo ciekawego pomysłu na żywienie się  krwią niewolników i maczania się w tym celu w polityce – zostały niestety doczepione ot tak (do oceny pozostaje, czy to wina filmu, czy już powieści nie udało się doczepić ich z sensem). W efekcie wydaje się, że Abraham Lincoln: Łowca wampirów chciał pojechać wyłącznie na szalonej konwencji, zapewne z myślą, że miała mu ona całkowicie wystarczyć. Niestety nie.

Uczeń i nauczyciel.
Uczeń i nauczyciel.

Jednak z konwencją twórcy również nieco przesadzili. Oglądanie efekciarskich i wymyślnych sekwencji akcji – nakręconych pod różnymi kątami, ze spowolnieniami i prawie całkowitym brakiem poszanowania realizmu – było oczywiście bardzo przyjemne (zwłaszcza na dobrze nagłośnionym seansie 3D), ale w pewnym momencie poziom tej abstrakcji sięgnął bollywoodzkich wręcz proporcji. Jeśli nie wiecie, jakich granic sięgają bollywoodzkie proporcje abstrakcji, wystarczy obejrzeć ten filmik. Abraham Lincoln: Łowca wampirów od tematu koni daleko nie odbiega, więc nawet się zastanawiam, czym też twórcy mogli się inspirować (i czy w książce też jest taka scena). Na szczęście finałowa zabawa w pociągu okazała się o wiele łatwiejsza do przełknięcia, a momentami aż zaparła mi dech w piersi – głównie dlatego, że jak się ogląda film 3D mając lęk wysokości, to ciśnienie może naprawdę podskoczyć. W każdym razie w filmie scen epatujących „fajnością” jest od groma, ale w połączeniu z brakiem wspomnianego wyżej sensu niestety tej produkcji nie ratują, a miejscami są też źle wyważone. I szkoda, naprawdę szkoda – tym bardziej, że film o Lincolnie zabijającym wampiry za pomocą siekiery jest paradoksalnie najlepszy w ukazywaniu Lincolna jako polityka.

Fundamentalną zaletą Abrahama Lincolna: Łowcy wampirów są za to (niespodzianka) efekty. Mieszanka zdjęć, montażu, choreografii i efektów specjalnych daje iście oszałamiający efekt, ale nie tylko w zakresie scen akcji. Pomysły na charakteryzację, przedstawienie bohaterów (postacie wampirów powoli wyłaniających się z cienia momentami przypomniały mi, jak straszne mogą z nich być stworzenia), dbałość o zachowanie właściwej tonacji barw – wszystko to świadczy o wysokim poziomie artystycznym. Jeśli więc chodzi o cieszenie oczu, tutaj film na pewno nie zawodzi. Nie oglądałam Wanted, wcześniejszego obrazu Timura Bekmambetova, ale z tego co rozumiem, ten pan wie, jak zrobić film akcji.

Najlepsza rzecz w tym filmie.
Najlepsza rzecz w tym filmie.

O obsadzie nie ma co dużo pisać. Benjamin Walker jest mi jako aktor całkowicie obcy, ale nie zdecydowałam jeszcze, czy jego rola w tym filmie mi się podobała. Zaczął do mnie przemawiać dopiero po charakteryzacji, bo na młodego mściciela był dla mnie po prostu za stary. O wiele lepiej patrzyło mi się na Dominica Coopera (znanego inaczej jako Howarda Starka z Kapitana Ameryki). Z pań mamy Mary Elizabeth Winstead, z wampirów – Martona Csokasa i Rufusa Sewella. Ten ostatni był absolutnie boski i nic nie będzie mnie w stanie przekonać, że nie. Jako fanka seriali miałam też trzy niespodzianki – Jimmi’ego Simpsona (Breakout Kings), Robin McLeavy (Hell on Wheels) i (hihi) Alana Tudyka (do I have to say it?).  Ostatnia dwójka dużo się nie nagrała, ale i tak dostarczyła mi pewnego poziomu „fajności”.

Nie wiem, czy polecam komukolwiek seans Abrahama Lincolna: Łowcy wampirów w kinie, ale film na pewno znajdzie entuzjastów – wystarczy porzucić jakiekolwiek nadzieje na logikę. Braków i dziur są tu całe garści, ale przy odrobinie dobrej woli da się z niego wyciągnąć jakąś rozrywkę. Ja w chwili obecnej dalej biję się z myślami, czy dać mu więcej, czy mniej – tym bardziej, że jak wspomniałam, samo jego powstanie mnie naprawdę cieszy. Ostatecznie zdecyduję się chyba na 5/10, czyli prawie jakbym nie musiała decydować się wcale.

Abraham Lincoln: Łowca wampirów (Abraham Lincoln: Vampire Hunter), 2012
Reżyseria: Timur Bekmambetov
Obsada: Benjamin Walker, Dominic Cooper, Anthony Mackie, Mary Elizabeth Winstead, Rufus Sewell, Marton Csokas
Muzyka: Henry Jackman
Ocena: 5/10

  • A jakby go porównać z „Van Helsingiem”?

  • O mój boże :D To już lepiej idź na „Abrahama Lincolna” ^^

  • Nej, Van Helsing jest genialnym filmem!

    A „Nocną straż” widziałaś?

  • No, nie przełknęłam „Van Helsinga” za pierwszym razem, ale może po kilku kolejnych latach doświadczeń ze średnimi filmami może dam mu jeszcze jedną szansę ^^

    A „Nocnej straży” nie widziałam niestety. Trochę mnie odstraszała bariera językowa, ale kto wie ;)

  • Warto. Dobra rzecz. Zarówno Nocna jak i Dzienna Straż. Bardzo odświeżające doświadczenie po holywoodzkich blockbusterach.

  • Nie lubię takich efekciarskich filmów, więc z pewnością sobie odpuszczę – już trailer skutecznie mnie od tej pozycji odrzucił.

  • Beryl Autumnramble

    „Nie oglądałam Wanted, wcześniejszego obrazu Timura Bekmambetova, ale z tego co rozumiem, ten pan wie, jak zrobić film akcji.” – Wanted by ci pokazało, że jednak nie wie. Kicha straszliwa.