9 rzeczy, które wkurzają mnie w anime

sailor-chibi-moon-02

Zdarzyło mi się przemycić w paru wpisach myśl, że za anime, mówiąc krótko, nie przepadam. Pasję, jaką odczuwałam w najwyższym punkcie rozwoju popularności anime w Polsce porzuciłam już dawno temu, teraz tylko okazjonalnie wspominam z sentymentem ulubione tytuły. Co jakiś jednak czas ogarnia mnie pewne namolne przeczucie, że przez tą niechęć omija mnie całe mnóstwo ciekawych i oryginalnych historii. Próbuję w takich chwilach zagryźć zęby i na spokojnie odpalić jakiś bardziej chwalony wśród znajomych tytuł, ale próby te kończą się zazwyczaj po jednym odcinku. Tak stało się parę miesięcy temu, gdy zdecydowałam się dać szansę osławionemu Cowboyowi Bebopowi – efekt był taki, że do końca pierwszego odcinka ledwo dotarłam. Ilość najbardziej charakterystycznych elementów, jakie obowiązkowo pojawiają się w japońskiej animacji, przekroczyła akceptowalną przeze mnie masę krytyczną.

Mimo tego postanowiłam po raz kolejny zmierzyć się ze swoją niechęcią, tym razem – dla złagodzenia efektu – na przykładzie produkcji, która bardzo pozytywnie zachowała się w mojej pamięci.  Eksperyment miał na celu sprawdzenie, czy jestem w stanie obejrzeć anime dla fabuły, ignorując wszystko pozostałe. Okazało się, że wybrałam sobie przykład zarazem bardzo dobry i bardzo zły. O nim – o The Vision of Escaflowne – będzie w następnym wpisie, ale tutaj jasno mogę powiedzieć, że owszem, oglądało mi się go z wielką przyjemnością, bo to wspaniale skonstruowana i porządnie zrealizowana opowieść, ale zarazem pozbawiona tych najbardziej działających mi na nerwy cech. A te, zebrane razem w jednym tytule, praktycznie uniemożliwiają mi oglądanie anime.

Uznałam więc, że wyrzucę z siebie wszystko, co mi w anime przeszkadza, i może poczuję się przez to lepiej.  Lista jest mocno subiektywna, co powinno rozumieć się samo przez się, i generalnie nie ma na celu nikomu czy niczemu wytykać błędów za to, że jest jakie jest – bo przecież tak się nie da – ale zobrazować moje własne odczucia. Kolejność pozycji przypadkowa.

1. Statyczna animacja

Moja największa bolączka, mój podstawowy zarzut, mój zasadniczy problem i moje największe animowe nemezis – dziesiątki stojących w miejscu klatek, oszczędne animowanie ruchu, jakby się animatorom nie chciało, udawanie dynamiki poprzez przesuwanie klatek jak kartką, i wszystkie te triki, które mają za zadanie omamić widza w uwierzenie, że świat przedstawiony i żyjący w nim bohaterowie nie są narysowanymi na papierze kreskami. W tym animowanie ruchu w tak powolny, ślamazarny sposób, że nawet, gdy jest on płynny i skomplikowany, wygląda nienaturalnie. Postacie w anime poruszają się jak muchy w smole – tak, jakby musiały, a nie tak, jakby chciały – a to sprawia dla mnie tak sztuczne wrażenie, że oglądając ich zmagania z grawitacją spędzam 3/4 czasu robiąc mentalne notatki na temat tego, co mi przeszkadza w animacji, niż skupiając się na treści. Niestety, wychowałam się na zachodnich Disneyach i kreskówkach zza wielkiej wody i nic nie poradzę, że płynność ruchu jest dla mnie wyznacznikiem realistycznie oddanej rzeczywistości. To właśnie ona pomaga mi zatopić się w opowieści i przestać myśleć o czymkolwiek innym. Od produkcji animowanej (nieważne, w jaki sposób) oczekuję animowania, jeśli więc nie ma ruchu albo jest on tylko umowny, po co na siłę robić z niego animację? Lepiej narysować mangę.

2. Brak proporcji

Nie mam nic przeciwko charakterystycznym wielkim oczom czy włosom o najróżniejszych kształtach, kolorach i formach – naprawdę nie mam – ale czerwona lampka ostrzegawcza włącza mi się jak tylko widzę, co rysownicy potrafią zrobić z anatomią człowieka. Szerokie barki, masywne męskie szyje i cieniuteńkie szyje kobiece, podłużne twarze, nierównomiernie długie kończyny, zwłaszcza chude jak patyczki nogi, bardzo często zbyt małe głowy i generalnie wyolbrzymione proporcje, do tego nawet stopnia, że dwóch ludzi tego samego gatunku może stać obok siebie i jeden będzie wzrostu DD-kowego trolla, a drugi niziołka – wszystko to sprawia, że postacie potrafią wyglądać groteskowo i bardzo szybko niszczą mi tym wyglądem iluzję potrzebną do zawieszenia niewiary. Sprawa jest prosta: umiem rysować i znam proporcje, jakich wymaga sylwetka człowieka. Za każdym więc razem gdy widzę te swobodne anatomiczne interpretacje otwiera mi się nóż w kieszeni. Bo dlaczego postacie nie mogą wyglądać jak ludzie? Nikt nie uwierzy, że są wyjątkowi? Ja prędzej uwierzę w kompleksy Japończyków na punkcie swojego wyglądu.

3. Monologi

Są takie momenty w anime, kiedy postać odwraca się tyłem do innej postaci – nieważne, czy w środku starcia z wrogiem, intymnej rozmowie z osobą bliską, czy w powitaniu z nowo-poznanym nieznajomych – po czym opowiada. Opowiadać może o prawdzie, którą właśnie odkryła, przeszłości, którą chce się podzielić, wyznaniem, które chce z siebie wyrzucić, i tak dalej, i tak dalej. Wtedy zazwyczaj widzimy tę postać z profilu, w tle może np. wiać wiatr albo błyszczeć księżyc, i tak przez trzy do pięciu minut trzeba słuchać jej olśnionego wywodu, patrzeć na jej błyszczące, rozmazane oczy i poddawać się uniesionej atmosferze. Albo można też patrzeć, jak bohaterowie mierzą się wzrokiem. Przez pięć minut. W dużym skrócie. I w dużym skrócie: nie cierpię. Ileż ciekawszych i bardziej angażujących dialogów, scen i zwrotów można wymyślić w miejsce w tych nudnych, wałkowanych w kółko monologów? Dziesiątki. Już nie mówiąc o tym, jak pretensjonalnie wyglądają i jakiej sztuczności nadają fabule. W wiele rzeczy uwierzę – w końcu oglądam fantastykę – ale pewnego poziomu wiarygodności w zachowaniu bohaterów jednak oczekuję. Takie monologi są dla mnie wszystkim, czym wiarygodność nie jest.

4. Umowne sceny akcji

Czyli: jest sobie starcie, bohaterowie groźnie mierzą się wzrokiem (zazwyczaj przez rozpołowienie ekranu), następuje chwila głębokiego napięcia, po czym oboje ruszają do akcji – i dynamiczny kadr nagle zmienia się we fruwającą w powietrzu krew/miecz/ucięty kawałek ciała/co-tam-jeszcze, po czym widzimy bohaterów już po skończonej walce. Mniej-więcej. Czyli znów ta sama próba wprowadzenia emocji poprzez ograniczenie ruchu i granie na odczuciach widzów przez chwilowe zawieszenie akcji. Zdecydowanie rozumiem to w komiksach, czasem widzi się to nawet w filmach i serialach, ale w anime spotykam się z tym praktycznie na każdym kroku i w takiej formie już mi się to zwyczajnie przejadło.

5. Głupi humor

Nie chodzi o humor sam w sobie – nie mam nic przeciwko żartom, dowcipom, złośliwym odzywkom czy humorowi sytuacyjnemu. Za to dużo mam przeciwko temu, jeśli humor wykorzystywany jest nachalnie, w nieodpowiednich momentach i w nieodpowiedni sposób. W anime często zaś zdarzają się sceny dramatyczne (zazwyczaj natury romantycznej), które nagle, z kosmosu, przerywane są zmianą w chibi-wersje, strojeniem głupich min, wywijaniem rękami i całym tym karykaturalnym cyrkiem. Jak tu się wczuć w sytuację i przeżywać razem z bohaterami wzloty i upadki ich życia, kiedy komentowane są z czapy w tak niepoważny sposób? Próbowałam, ale nie umiem.

6. Cycki

Okropnie nie lubię tego słowa, ale w inny sposób nie da się mówić o kobiecych piersiach w wersji, w jakiej przedstawia je japońska animacja. Poruszająca się z wiatrem płynna żelatynowa masa, wylewająca się spod koszulek, fragmentarycznych kawałków bikini czy strategicznie zapiętych bluzek, do której ślinią się młodzi i ślinią się starzy, to nie są kobiece piersi. To pretekst do zarobienia kasy na seksie i przy okazji sprowadzenia postaci kobiety do przedmiotowej roli (teoretycznie) atrakcyjnego ozdobnika. To niedojrzałe, lekceważące, obraźliwe i zwyczajnie obrzydliwe.

7. Grzeczność

To może wydać się dziwne, ale przemycana w anime mentalność Japończyków jest dla mnie często niestrawna pod względem kulturowym. Postacie potrafią być tak grzeczne i tak uprzejme, że nie jestem w stanie uwierzyć, by kryjący się za nimi Japończycy zachowywali się w taki sposób naturalnie. Bohaterowie anime zawsze odpowiadają na pytania, słuchają się rodziców, traktują starszych od siebie z uniżonym szacunkiem, a do tego zawsze poruszają się w stu procentach dokładnie – nie ma żadnych niepotrzebnych machnięć; każdy ich ruch czy gest jest wykalkulowany do ostatniej sekundy. Gryzie mnie to nie dlatego, że jestem jakimś niewychowanym chamem bez kultury, który nie traktuje starszych z szacunkiem czy zamyka drzwi niedbałym trzaśnięciem – tylko że takie zachowanie jest dla mnie okropnie przesadzone, wystudiowane i wręcz egzaltowane. Oczywiście, pochodzę z zupełnie innego kawałka globu i nic tak naprawdę nie wiem o życiu codziennym w Japonii, ale nie zmienia to faktu, że nadmiar grzeczności w anime nie pomaga mi całkowicie rozluźnić się podczas tych animowanych spotkań z kulturą.

8. Stereotypowi bohaterowie

Bardzo ciężko jest mi znaleźć w anime bohatera wyważonego. Zazwyczaj trafiają się postacie o jednym dominującym aspekcie charakteru – np. najlepszy we wszystkim, a do tego szlachetny i dobroczynny szermierz, albo wręcz przeciwnie – wieczna ciamajda, która marzy o miłości, ale jest zbyt nieśmiała, by po nią sięgnąć. Z kolei postacie kobiece to zazwyczaj silne, niepokonane i pyskate wojowniczki, albo zakompleksione nastolatki, mające zbyt niskie poczucie własnej wartości, by decydować o swoim życiu. Tudzież różne kombinacje powyższych. Nuda, panie, nuda. Tacy bohaterowie są dla mnie straszliwie wyblakli i nieciekawi, a już w ogóle katastrofalni, kiedy dodaje się im cechy zupełnie do siebie nie pasujące – np. łączące potęgę z dziecinnością, fajtłapowatość z odwagą, czy żartobliwość z nieśmiałością. Zestawy bohaterów różnią się oczywiście w zależności od konkretnego gatunku (shonen, shojo, mecha, sentai, etc.), ale jak tylko główne skrzypce gra w nich postać zbyt wyidealizowana lub traktowana przez twórców zbyt pobłażliwie (bo najlepsza, najbardziej utalentowana, najsprytniejsza, najważniejsza), ja wywracam oczami i zamykam temat. Ale najgorsza z nich wszystkich jest i tak słodka, rozwrzeszczana dziewczynka, która musi wiedzieć wszystko, być wszędzie i generalnie obracać wokół siebie połowę fabuły (o jedną połowę za dużo). Postacie tego typu wywołują u mnie tak silne uczulenie, że muszę trzymać w dłoni jakiś miękki obiekt, np. poduszkę, którą mogę dowolnie skręcać, wykręcać i obijać. Ilość tej „słodkości” jest tak dla mnie wymuszona i przedawkowana, że na czymś muszę się wyładowywać.

9. Tania romantyczność

Tania romantyczność to coś w stylu monologów, bo korzysta z podobnych chwytów – braku wiarygodności wywołanym przesadzonym wyolbrzymianiem tematu. Przewijająca się w anime idea romantycznej miłości widnieje tak naiwnej formie, że najczęściej jest dla mnie po prostu śmieszna. Nieśmiałe nastolatki zakochane w starszych uczniach, marzenia o pocałunkach, wpadanie w sobie ramiona, obowiązkowe zawstydzone rumieńce, odwracanie się plecami, przypadkowe dotknięcia dłoni, głębokie patrzenie sobie w oczy – no błagam, co za męczarnia. Może to kwestia wieku i przejścia na wyższy plan życiowej świadomości, ale takie banały mają na mnie efekt przeciwny od zamierzonego. A już szczególnie, jak dzieją się pomiędzy osobami tej samej płci – cały fenomen nurtów yuri i yaoi całkowicie wypada poza granice mojego pojmowania. Jeśli więc chcę znaleźć wciągającą i realistycznie napisaną historię miłosną, anime na pewno nie będzie moim pierwszym wyborem.

I z grubsza to byłoby na tyle. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że nie wszystkie anime korzystają z tych samych chwytów, że nie wszystkie takie chwyty są takie same, ani że generalnie trudno patrzeć na tak zróżnicowany gatunek jako na całość, bo popada się w zupełnie własny stereotyp. Ale to też jest dla mnie problem: tyle anime, ile zdążyłam obejrzeć wystarczająco wyraźnie zilustrowało mi gatunek, bym chciała dobrowolnie trzymać się od niego na dystans. Na nieszczęście dla mnie, jako gatunek jest niestety nacechowany powyższymi motywami, technikami i stylami, dlatego wyłowienie jednego odpowiadającego mi tytułu to jak szukanie igły w stogu siana. W pewnym momencie przestało mi się szukać chcieć – w tej płonnej nadziei, że trafię w końcu na coś wartego uwagi. Nie pomaga tu oczywiście fakt, że jeśli o fabułę chodzi, gustuję w gatunkach dość popularnych – podróże pomiędzy światami, superbohaterowie, epickie fantasy, wartkie space opery, etc. Zazwyczaj jestem wtedy od razu skazana na porażkę, bo mogę mieć prawie stuprocentową pewność, że znajdę w nich wszystkie dziewięć, i jeszcze parę, wkurzajek.

Nie jest jednak tak, że konkretne anime skreślam już przy zauważeniu jednej takiej wkurzajki. Jestem w stanie przełknąć i nieproporcjonalne sylwetki, i statyczną animację, i umowne sceny, i momentami nawet te wnerwiające słodkie dziewczynki (łącznie z paroma innymi drobnostkami) – ale w zamian muszę chociaż dostać intrygującą historię, ciekawych bohaterów i jakiś powiew oryginalności. Najczęściej mam problem z bohaterami, bo to na nich spoczywa cały ciężar opowiadanej historii, a ja chronicznie nie znoszę postaci, które są we wszystkim idealne z defaultu – co w anime zdarza się w dużej mierze często, jeśli nie w dziewięćdziesięciu procentach zawsze. Jeśli jednak wkurzajki pojawiają się w nadmiarze, nawet dobrze zapowiadająca się historia nie jest w stanie przykuć mnie do ekranu. Nie przesadzę mówiąc, że krew mnie wtedy zalewa i ze złości, frustracji i znudzenia aż pulchnieję. Wychodzi ze mnie cała moja nerwowość i dla świętego spokoju wolę się wtedy poddać – złoszcząc się jeszcze bardziej, że przez to wszystko omijają mnie fajne, warte uwagi historie. Więc najkrócej mówiąc, anime mnie po prostu wkurza.

Za to manga niekoniecznie. Jako osoba u duszy plastyka, jestem bardzo wrażliwa na rysunkowe piękno, a rysunki w mangach potrafią momentami zaprzeć dech w piersi. Dodatkowo świadomość, że fabuła opowiadana jest w sposób statyczny zmienia mi całą percepcję na sposób przedstawienia wydarzeń. Kwestie jej samej, bohaterów i wykorzystanych charakterystycznych motywów pozostają oczywiście te same, ale znacznie łatwiej jest mi wtedy przełknąć pozostałe rysy. Problem w tym, że na rynku polskim nie znajduję ciekawych mangowych tytułów, a sprowadzanie ich z zagranicy jawi mi się jako dość nieopłacalny interes…

I tym w miarę optymistycznym akcentem kończę, stwierdzając, że przeładowanie cechami, których nie znoszę, stereotypami, które działają mi na nerwy, i stylem, którego nie umiem w pełni zaakceptować, to właśnie moja definicja anime w skrócie. Opór przeciwko nim jest daremny.

  • Przeczytałem to co Ci przeszkadza i dalej nie rozumiem czemu nie mogłaś obejrzeć Cowboy Bebop. Serio.

    • Think „main hero” ;)

    • Możesz przyczepić się do proporcji w przypadku Spike’a, ale to tylko i wyłącznie kwestia estetyczna. Ja sobie na to po prostu kładę kalkę, że to po prostu koleś mojej postury. ;)
      I możesz uznawać postaci za stereotypowe, ale tylko dlatego, że je dopiero poznałaś. I nie znasz ich historii. Pozostałe argumenty po prostu mi nie trafiają do tego anime. Ale zaraz obejrzę znowu pierwszy odcinek to się upewnię.

  • o ile wypowiedź o cowboy bebop jest szokująca -.-„” tak resztę argumentacji mogę przełknąć. na ostatnią próbę polecam pełnometrażowe sprawy, zwłaszcza od Ghibli – princess mononoke i spirited away to przecież cudeńka. a jak coś bliższego „życiu” to może Summer Wars http://gameplay.pl/news.asp?ID=74157 ??

    • Produkcje studia Ghibli mają akurat tak odrębny styl, że zaliczam je do kategorii pełnometrażowych filmów animowanych. W mojej głowie z typowym anime mają niewiele wspólnego, dlatego cenię je bardzo wysoko :)

      A „Summer Wars” – może, choć to nieszczególnie moja bajka. Za to polecono mi właśnie „Black Lagoon”, a to już moje klimaty ;)

    • Również polecam Black Lagoon.

  • Mam to samo, nie jara mnie anime :( Co gorsza nie jarają mnie cycki w anime i czasem zastanawiam się, czy wszystko ze mną w porządku :/

  • Właśnie pisałem mniej więcej podobny kawałek o anime na swojego bloga :)
    Kiedyś gadałem z kolegą mocno siedzącym w M&A i ustaliliśmy coś takiego: należy rozróżnić między fanem anime, a człowiekiem, który anime ogląda, bo w ogóle lubi filmy (w tym japońskie kreskówki). Ci pierwsi przeżywają anime jako konwencję i wszelkie „wydziwienia” ich ie rażą. Podobnie zresztą będzie z metalami, hardkorowymi graczami itp.
    I dlatego nie dziwi mnie, kiedy spodoba mi się jakieś anime, wyguglam je i okazuje się, że albo lubi je mało kto, albo animowcy uważają je za „dziwne”, albo lubią, tylko za coś zupełnie innego, niż ja.

  • Anonymous

    Tutaj Nól.

    Korekta obywatelska: Bebop, nie Bepop. A teraz powiem prosto z mostu, że po prostu najwyraźniej słabe anime oglądałaś i tyle. Ja o ile zdaję sobie sprawę, że takie irytujące elementy są dość często spotykane w serialach średniej klasy, o tyle żadne z anime które oglądam z własnej i nieprzymuszonej woli się nimi nie charakteryzuje. Toteż mój problem polega na tym, że czytając uwagi na temat scenariusza i bohaterów cały czas miałam w głowie co lepsze kawałki Miyazakiego (z moim ukochanym Mononoke Hime na czele), Stand Alone Complex i Paprikę, a przy tych dotyczących aspektów wizualnych leciała mi w głowie ta scenę z Ghost in the Shell (niestety, link z angielskim dubbingiem, ale tam dużo nie mówią, no i dyskutujemy akurat o animacji):
    http://youtu.be/uK8V9jG7Wjg?t=2m14s

  • Wyjdź za mnie za mąż.

    Poważnie, jesteś pierwszą znaną mi istotą płci żeńskiej, która dzieli ze mną mój hejt na anime.

    Ucieknijmy gdzieś razem.

  • Aeth, obejrzyj Royal Space Force: The Wings of Honnêamise, zgłoś się do mnie i wtedy porozmawiamy, co z powyższego jedynie ci się zdawało. :) Może faktycznie źle dobierasz tytuły.

    Swoją droga, chwalenie Disneya za animację, to jak twierdzenie, że Fiat 126p miał opływowy kształt. :> Porównaj chociażby tła w produkcjach Disneya i poziom detali (czy ogólnie amerykańskich – może poza tym, co robi Tartakowski i k3 innych osób-wyjątków; z europejską animacją jest lepiej) – u Disneya wszystko jest monotonne i nieciekawe, a w w anime masz mnogość kształtów i szczegółów (lubię żartować, że nawet gwintowanie ludy rysują, chociaż go nie widać), o urządzeniach mechanicznych nie wspominając. Disney przez ostatnie lata nadgonił przepaść, jaka go dzieli od Japończyków, ale nie dogonił (co jest zresztą zabawne, bo przecież anime garściami czerpało z filmów Disneya, ale uczeń przerósł mistrza).

    • @Swoją droga, chwalenie Disneya za animację, to jak twierdzenie, że Fiat 126p miał opływowy kształt.

      Nie bluźnij. Scenę z Dzwonnika z Notre Dame, w której Quasimodo stoi na iglicy, a kamera obraca się wokół niego pamiętam do dziś, podoknie jak wiele innych mistrzowskich, szokujących szczegółowości i wykonaniem scen (np. pierwsze minuty Planety Skarbów). Widocznie źle dobierasz disnejowskie tytuły ;)

    • Nie twierdzę, że Disney nie ma dobrych momentów. Po prostu bywa, że byle serial anime kasuje graficznie disneyowego blockbustera. :) To tak jak z zachwytem nad Matrixem – wszyscy podziwiali akrobacje, a tymczasem w Hong Kongu w filmach wuxia robiono to samo od kilkudziesięciu lat.

    • @bywa, że byle serial anime kasuje graficznie disneyowego blockbustera.

      Bywa, że byle serial Disneya kasuje graficznie anime blockbustera. I co z tego? Czego ma to dowodzić?

    • Który serial? Chętnie obejrzę (TRON: Uprising się nie liczy :>). I nic nie musi dowodzić czegokolwiek. W sumie i tak większość to DGCC.

    • @Który serial? Chętnie obejrzę

      Pisząc te słowa miałem na myśli przede wszystkim znakomicie zanimowaną serialową wersję Tarzana od Disneya. Ale jakby pogrzebał, to znalazłoby się też coś więcej.

      @(TRON: Uprising się nie liczy :>).

      Czemu nie? Bo gdyby się liczył, nagle zacząłbym mieć rację? To serial spod skrzydeł Disneya, na disneyowskiej marce. Oczywiście, że się liczy.

  • Nie jestem może największym fanem Anime i nie zamierzam go (ją?) bronić, ale na pewno jestem olbrzymim fanem Ghost in the Shell we wszelkiej odmianie. Mimo, że to nadal Anime i pasują do niego twoje zarzuty, to jest jeden z niewielu filmów/seriali jaki ukształtował mój gust, wykraczając daleko poza ramy samej animacji.

    Poza GitS widziałem wiele animacji, które mi się podobały. Zawsze jednak zawierają coś więcej niż tylko cycki i durny humor. Przykładem dla mnie jest seria Fullmetal Alchemist – są durne dialogi, kiepski humor, statyczna animacja itd., ale i tak był bym fanem tej tematyki bez wszystkich „ozdobników”.

    Mi się wydaje, że by polubić Anime nie trzeba lubić wszystkiego co ze sobą niesie. Wystarczy znaleźć dla siebie niszę.

    Jak zawsze enigmatyczny,
    Jagmin :)

  • No ależ przecież istnieje coś takiego jak „Hellsing”, które bynajmniej (ostatnio moje ulubione słowo) odbiega przynajmniej od połowy Twoich argumentów-ale może się mylę. Tam raczej nie ma słodkości i romantyczności. Ale muszę się zgodzić, jeśli chodzi o fruwającą bieliznę. A długie nogi? No cóż, jak dla mnie jest to związanie z kształtowaniem ideału, który dla przeciętnego wzrostu Azjaty jest trudny do osiągnięcia.

    • @bynajmniej (ostatnio moje ulubione słowo)

      W takim razie szkoda, że w powyższym zdaniu użyłaś go w nieprawidłowy sposób.

    • Masz rację, rozpędziłam się. A co do CB to zupełnie inaczej odebrałam to anime, ale dopiero po obejrzeniu wszystkich odcinków.

    • Suzarro, a którego „Hellsinga”? Serię Tv czy OAV?

    • Widziałam całą Tv, OVA jak na razie skończyłam na 5 odcinku i muszę powiedzieć, że OVA mi się o wiele bardziej podoba. Pewnie z powodu czasu, który twórcy przeznaczyli na każdy epizod.

  • Anonymous

    Tu mroczny kiciak z samego dna dziesięciu tysięcy piekieł.

    Myślę, że ogólny problem z generalizacją gatunku jest taki, że nie ma gwarancji, że sami twórcy stosują się do tych reguł. Bardziej prawdopodobne, że twórcy chcą po prostu opowiedzieć historię korzystając z danego medium i możliwości technicznych, ale już o czystości gatunkowe nie myślą.

    Jeśli chodzi o obserwację, to coś w nich jest, bo choć znawcą anime nie jesteś to przynajmniej część z punktów zgadza się w przynajmniej jednym tytule, który śledziłem, aż nie zwątpiłem. ( tytuł ogólnie jest tak marny, że nawet nie ma co nazwy wspominać)

    Z drugiej strony pewne tendencje rzeczywiście istnieją, czego dowodzi portal tvtropes. Ale to chyba wynika z niedoskonałości ludzkiej – nie każdy twórca jest wybitny – a nie z cech gatunkowych.

    Potępiając cały gatunek w czambuł zawsze jest ryzyko, że przedobrzymy i psim swędem skreślimy też pozycję, które aż tak złe nie są, lub wręcz mogły by się sposobać.

    Z takich anime które nie są aż tak złe mogę wymienić: Ergo Proxy, PsychoPass, Fate/Zero. Gitsy zwłaszcza stand alone complex i innocence.

  • @Nól – „Bebop” poprawiony, dzięki ;)

    Natomiast co do kwestii złego doboru anime, wydaje mi się, że widziałam parę mainstreamowych tytułów, które powszechnie zalicza się do grona najlepszych bądź najbardziej popularnych. Poza tradycyjną „Sailor Moon” i „Dragon Ballem”, widziałam takie serie jak OAV-kę „Tenchi Muyo!”, Neon Genesis Evangelion”, „Fushigi Yuugi”, „The Vision of Escaflowne”, „Death Note”, „New Dominion Tank Police”, „Ah! My Goddess!”, „Love Hina”, „Record of Lodoss War”, liznęłam „Slayersów”, ale długo z nimi nie wytrzymałam, „Ranma 1/2”, „Macross Plus”, „Iria: Zeiram the Animation”, plus kilka/kilkanaście, które słabo pamiętam, ale były, np. „Blue Submarine no. 6” (które sobie chyba też powtórzę, bo strasznie mi się podobało). Wszystko to tytuły nie-nowe, ale jak pisałam – potrafiły zobrazować mi mainstreomowy styl anime i wystarczyły, żebym zaczęła widzieć go w stosunkowo negatywnym świetle.

    Poza tym podejmując temat anime skupiam się raczej na seriach – OAV czy TV – duże tytuły kinowe traktując w dużej mierze odrębnie. Oczywiście, że Ghibli to inna bajka, oczywiście, że GitS to inna jakość, nawet sobie „Akirę” chętnie obejrzę, ale dla mnie, w moich oczach, to wyjątki od reguły. Cenię je znacznie bardziej niż te moje pechowe serie, ale wcale nie ilustrują mi anime jako gatunku. Dla mnie to po prostu animowane pełnometrażowe filmy produkcji japońskiej.

    Tymczasem na pewno sprawdzę kilka tytułów, o których napisaliście, ale dobiorę je wg własnego klucza, czyli fabuły ;)

    Poza tym, powtórzę – nie twierdzę, że w każdym anime jest każda z wkurzających mnie rzeczy i dlatego ich nie oglądam. Nie. Ale tam, gdzie jest ich za dużo, wolę oszczędzić swoje nerwy ;)

    • Dalej nie rozumiem czemu nie podoba Ci się Cowboy Bebop. Zwłaszcza, że przywiązujesz normalnie dużo większą wagę do ścieżki dźwiękowej niż ja. Serio. Mój mózg nie może tego objąć…

    • rob

      jak chodzi o SF to ja bym polecił starszą serie ale za to rasową space opere legends of galactic heroes acz uprzedzam jest to długas całkiem fajne jest też outlaw stars ale tu jest obecny punkt 5 i 2

  • Nie uważam siebie za jakąś wielką fankę japońszczyzny, ale muszę przyznać, że zazwyczaj tak dobieram sobie anime, że mi się zwyczajnie podobają. Poza tym podoba mi się dalekowschodni poziom wrażliwości, bo w anime często podejmowane są tematy, których w zachodnich mainstreamowych animacjach zwyczajnie nie ma.
    Jasne, każdy ma własny gust i rozumiem, że anime może Ci się po prostu nie podobać, ale nie mogę się zgodzić, że zachodnie animacje są ogólnie lepsze. Bo przepraszam Aeth, ale naprawdę wszystkie Twoje argumenty można podpiąć pod zachodnie animacje z Disneyem na czele (z Disneya wyjmijmy cycki).

    PS. No i masz, przez Ciebie mnie wzięło na Bebopa :p

    • Ale, ale – nie mówię, że uważam zachodnie animacje za lepsze, tylko że ogólnie zachodni sposób animowania ruchu bardziej mi odpowiada ;) Bo oczywiście, podejmowana tematyka, sposób przedstawienia bohaterów czy technika prowadzenia scenariusza to osobna kwestia, która już zależy od preferencji odbiorcy. Nie oglądam wszystkich zachodnich animacji tak samo, jak nie oglądam wszystkim anime, bo dobieram je sobie po fabule, na którą zresztą często patrzę w zupełnym oderwaniu od pozostałych elementów. Argumenty podałam zaś ogólnie, w pełnej świadomości, że nie można ich podpiąć do wszystkiego :)

    • @Poza tym podoba mi się dalekowschodni poziom wrażliwości, bo w anime często podejmowane są tematy, których w zachodnich mainstreamowych animacjach zwyczajnie nie ma.

      Nie sposób się z tym nie zgodzić. Tym niemniej, nie ma chyba anime, które pod tym względem przeważałyby nad amerykańskim Scanner Darkly.

  • Ja tak tylko w kwestii animacji, jezeli patrzymy na seriale animowane „zachodnie”, to wcale nie sa one lepsze. Animacja jest statyczna (Johny Quest chocby), czesto ogranicza sie do kilku klatek (Mis Yogi, Scooby Doo). Jezeli jest ona lepsza, to tylko w super produkcjach Disney’a, ktore maja budzety kilkukrotnie wieksze niz przecietne anime, albo w jakis szalenczych projektach fanatykow, ktore nijak nie zwracaja kosztow produkcji.
    Poza tym wiele argumentow „anty” dotyczy nie tyle anime, co calosci kinematografi japonskiej (monologi chociazby, czy tez poczucie humoru).

    • Hanna Barbera zawsze oszczędzało na wszystkim, to raczej wyjątek. Nie powiesz mi chyba, że kreskówki z Looney Tunes czy Cartoon Network (pominąwszy jakieś anomalie) są pod tym względem jakoś ułomne – na pewno znacznie mniej, niż większość anime, z jakimi miałem styczność, gdzie ruch w znacznej mierze polega na mało wyrafinowanych trikach.

    • Looney Tunes to jest inna para kaloszy, zreszta nie bez powodu de facto skonczyly sie one w 1969 roku. Mialy one znacznie wyzszy budzet, porownywalny do produkcji Disney’a, stad lepsza animacja niz w wiekszosci innych animowanych produkjach. To troche jak brac shorty Pixara, stawiac je obok Reboota i mowic, ze w tym drugim jest bardzo marna grafika komputerowa etc..
      Co do Cartoon Network, to seriale typu Johny Bravo, Cow&Chicken i wiekszosc ich produkcji nie wyroznia sie in plus wzgledem anime. Nawet wiecej, przecietne anime jest bardziej rozbudowane niz wiekszosc tych produkcji. Zreszta warto zwrocic uwage, ze jeden z najlepszych seriali animowanych jaki powstal w Stanach, czyli Batman Diniego byl animowany… w Japonii.

  • Anonymous

    Mroczny Kiciak z kokpitu Daimosa

    Zaraz, to istnieje jakaś prężna zachodnia animacja o której nic nie wiem?
    Mam wrażenie, że porównywanie animacji japońskiej i amerykańskiej jest mało pożyteczne. Europa chyba w ogóle nic nie animjue wartego uwagi chyba żeśmy zaanektowali Persopolis, a Ronald był za mało heavymetalowy by być strawnym.

    Japończycy mają o tyle fajnie, że dla nich animacja to normalne medium, z pomocą którego można przedstawić dowolną treść. I dla dzieci, i dla dorastających chłopców jak i starszego odbiorcy. Czyli jest miejsce i dla księżniczki Monoke czy Spirited Away (które właściwie są trochę disneyowskie) ale też PsychoPass, które z różnych przyczyn dla młodocianych nie jest.

    Może i szkoda i strata, że Europa mniej animuje.

    Jakoś mam wrażenie, że dumna zachodnia animacja to głównie Disney/Dreamworks, którzy są spoko, ale jednak skupiają się na produkcjach familijnych. No i co jakiś czas wypuszcza się seriale animowane superbohaterskie czy korzystające z jakiejś innej franczyzy. (typu teantitans)

    A jeśli ktoś chce udowadniać że ostatnie animowane gwiezdne wojny to był dobry kawałek kultury, to może mieć ciężko.

    W ogóle my zachód (także ty przypadkowy gościu) bardziej lubimy tradycyjne aktorstwo (z domieszką CGI). A do zachodnich seriali w ogóle i szczególe także można się przyczepić.

    Chociażby zarzut „randomowe cycki” dość dobrze pasuje i do GryoTron jak i TrueBlood.

    • @Europa chyba w ogóle nic nie animjue wartego uwagi

      Nie zrozumiałem żartu.

  • Anonymous

    Nawet muminki są japońską animacją.

  • Anonymous

    Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

  • Przyznam, że jeśli chodzi o Cowboya Bepopa to wolę pełnometrażówkę – lepiej się ogląda. Co do reszty wywodu mogę się zgodzić. Lubie anime, chociaż chyba nie jestem fanem. Po prostu staram się wybierać ciekawe dla mnie pozycje czyli nie zawierającej powyższych punktów albo chociaż zawierają ich minimalną ilość.

    W razie czego moge polecić te najbardziej przeze mnie cenione, np. Kuro – stara animacja za to wywołuje podobne odczucia co Król Lew ;) Pierwszy sezon Ghost in the shell TV też jest genialny, choć techikomy wprowadząją wątek komediowy (ale jest to proste przeniesienie z mangi). Ze staroci Hyper Police (takie trochę dla dzieci, za to bez tej przesady jaka teraz panuje), Iria: Zeiram animation (powstało jako przerywnik między dwoma filmami fabularnymi, ale bardzo ciekawe).

    W Black Lagoon pewnie też znajdziesz kilka wymienionych przez siebie aspektów (cycki być może? chociaż nie są tak duże), ale mi się podoba ze względu na dynamikę akcji i trochę poważniejsze podejście do widza.

    Problem z anime jako całym gatunkiem jest taki, że bardzo dużo dostępnych i polecanych tytułów jest przeznaczona po prostu dla gimnazjalistów/licealistów i mało kto zadaje sobie trud polecenia czegoś dla bardziej dojrzałego widza.

    • @bardzo dużo dostępnych i polecanych tytułów jest przeznaczona po prostu dla gimnazjalistów/licealistów

      To też prawda, która niestety mocno wpływa na mój dzisiejszy odbiór anime (szczególnie serii, bo z filmami kinowymi jest chyba znacznie lepiej). Niedawno na Kotaku czytałam zresztą, że sami Japończycy zaczynają powoli odczuwać lekkie zmęczenie najbardziej popularnymi gatunkami i motywami (http://kotaku.com/5966163/japanese-anime-fans-are-growing-tired-of-these-tropes). Może to coś zmieni, może nie, ale póki co samodzielne szukanie igły w stogu siana to wysiłek ponad miarę…

  • U mnie wpis na ten temat byłby krótszy: w anime wkurza mnie wszystko. ;)

  • Astela

    Przeczytałam wpis, zapoznałam się z komentarzami i uznałam, że warto się wypowiedzieć.
    Dyskusja jest ciekawa i przyjemnie mi się ją czytało – zwłaszcza, że jestem kulturoznawcą szkolonym pod kierunkiem azjatyckim (ha, jaki materiał badawczy mi stworzyliście! Lepsze to od reklam nawiązujących do kultury chińskiej czy japońskiej).
    Mam pytanie: ile produkcji niekinowych Disney’a znacie? Jeżeli o czymkolwiek wspominaliście, były to wysokobudżetowe filmy. Na „Herculesa” wydano ponad 85mln dolarów, podczas gdy stworzona w tym samym roku „Mononoke Hime” kosztowała „zaledwie” 23,5mln dolarów. Czy widać różnice w jakości? Jestem zdania, że widać… ale na korzyść Studia Ghibli. Disney nie unika głupiego, prostego humoru – wystarczy wspomnieć o jego nowszych produkcjach, często tworzonych we współpracy z Pixarem.

    Wiadomo, film kinowy jest o wiele lepszej jakości. Seriale animowane japońskie tworzone są niskim kosztem i masowo – odbija się to zatem na jakości. Ostatnio chciałam obejrzeć anime, by poćwiczyć rozumienie ze słuchu, jednak poziom fabularny odrzucił mnie na przeciwległą ścianę. Jednocześnie można znaleźć tytuły ambitne, które naprawdę chcą przekazać jakąś treść. Polecam każdemu dwa tytuły: „Mononoke” i „Seirei no Moribito”. Animacja jest na wysokim poziomie, nie ma zakochanych, irytujących dziewczynek, a na dodatek odnaleźć możemy naprawdę dobrą fabułę.

    Monologi są denerwujące – póki nie uzmysłowimy sobie, że może to być echo dawnej kultury japońskiej. Wystarczy spojrzeć na tradycyjny teatr, gdzie monologi są na porządku dziennym. Innym elementem, istotnym dla estetyki dnia codziennego, jest sugestia, ukazywanie rzeczy w sposób zapośredniczony. Japończycy wolą pokazać płatki kwiatów obryzgane krwią, niż bezpośrednią scenę walki.
    O grzeczności nie mogę się wypowiedzieć na bazie własnego doświadczenia, jednak zostało mi wpojone jedno: Japończycy są grzeczni do bólu wobec nieznajomych. Gdy pada, w sklepach można znaleźć urządzenia z folią, by zawinąć w nią ociekającą parasolkę. Ludzie nie wpychają się na „uraaaa” do metra, tylko wchodzą tak, by nikogo nie popchnąć.

    Warto też pamiętać, że wielu Japończyków jest zafascynowanych kulturą okcydentu, ale niewielu z nich podjęło trud dokładnej analizy zachodnich pisarzy. Miyazaki wybija się na tle innych, ponieważ w czasie studiów udzielał się w kółku studenckim analizującym zachodnią literaturę dziecięcą.

    Pytanie, czy szukamy anime ambitnego, czy anime popularnego – to nie zawsze idzie ze sobą w parze. O ile do „Sailor Moon” czy „Dragon Balla” żywię sentyment, o tyle nie potrafię ich oglądać, przekroczywszy magiczną barierę 18+. Tytuły te wydają mi się potwornie naiwne. Czy jednak nie powinny takie być? Zostały stworzone po to, by zabawiać publikę. Spójrzcie na niektóre seriale zachodnie – czy one nie grzeszą tak samo, jak wiele anime?

    • Aeth

      Muszę powiedzieć, że ten komentarz trochę zmienił moje podejście do anime – w każdym razie na pewno poszerzył je o kwestie, z których jakoś nie zdawałam sobie sprawy :) Faktycznie, patrząc na kulturowe dziedzictwo sztuki japońskiej, monologi i stylistyka nabierają większego sensu, no i na pewno widać ten brak zrozumienia kultury Zachodu. Ale niestety, stąd się właśnie bierze to moje niezrozumienie kultury Wschodu. Pewne uniwersalne rzeczy, takie jak fabuła, bohaterowie czy motywy, przewijają się niezależnie od szerokości geograficznej, ale już ubranie ich w typowe dla siebie szaty zaczyna je rozjeżdżać. Robią się na tyle odległe, że przestają do mnie trafiać.

      To wszystko oczywiście nie oznacza, że jest tak zawsze i w każdym przypadku. Trzeba wziąć pod uwagę kwestia gatunków, targetu, dla którego jest przeznaczony, tematyki, którą porusza, etc. Dla mnie „Sailor Moon” i „Dragon Ball”, plus parę innych tytułów, które oglądałam dawno temu, też obecnie byłyby nie do przełknięcia, bo mnie już takie rzeczy nie kręcą. Jak ze wszystkim, dla każdego znajdzie się coś miłego, stąd jestem przekonana, że w końcu trafię na produkcję, która mnie zachwyci niezależnie od wymienionych elementów – tylko że szukanie to już inna sprawa…

      Co do seriali zachodnich, wiadomo, mają swoje wady – absolutnie ich nie neguję – ale z racji swojego pochodzenia znacznie łatwiej jest mi się w nich odnaleźć, zaakceptować i wybaczać błędy. Plus, miałam znacznie więcej czasu na to, by oswoić się ze stylem (np. z wspominaną wcześniej Hanna-Barberą). Często staram się patrzeć na anime jako na „animację” – po prostu, serial animowany – ale nic nie poradzę, że od razu rzuca mi się w oczy ta odrębność. Wyjątkiem są duże, ambitne filmy pełnometrażowe, do których podejście od razu mi się zmienia.

      No i ja generalnie nie twierdzę, że anime jest złe, że powinno być inne, etc. – bo jest jakie jest i bardzo dobrze, że ma własny styl – tylko że ja często mijam się z nim w odbiorze.

      Na koniec małe statement: dam drugą szansę „Cowboyowi Bebopowi” :) Przełamię się, bo strasznie kręci mnie zawarty w nim element sci-fi, a poza tym może lepiej będzie mi się oglądać w wersji angielskiej…

      • Astela

        Współczesna kultura japońska jest prawdziwą kwintesencją kiczu i tandetnych chwytów marketingowych. Mało tego: dla Japończyków mieszanie wątków i transfer ich do własnej kultury nie jest niczym niezwykłym (ah te Kit Kat’y o smaku wasabi). Najpierw wojna, potem okupacja amerykańska… w historii można odnaleźć liczne przykłady kontaktów z Zachodem, które zmieniły styl bycia oraz mentalność obu stron. W Japonii zaczęto nosić garnitury, a w Europie kobietom spodobały się szerokie rękawy i koki, co widać w okresie secesji. Po II wojnie światowej Kraj Kwitnącej Wiśni postawił na rozwój gospodarczy i był zapatrzony w Zachód. Próbował go naśladować, ale jednocześnie nie chciał stracić własnej tożsamości kulturowej. Z tego powodu powstały najprzeróżniejsze hybrydy, które mogą razić :)

        Styl w anime ewoluował. „Pszczółka Maja” była bodajże koprodukcją japońską. Kto kojarzy „Generała Daimosa”? „Sally Czarodziejkę”? „Tygrysią Maskę”? Pochodzą one z tego kraju. Wbrew pozorom Polacy są dość dobrze oswojeni z kreską anime – ale z tą starą, nie współczesną. Obecnie większość produkcji jest tak ogłupiająca, że nie potrafię ich obejrzeć. Mimo tego anime zdobywa coraz liczniejsze grono odbiorców w naszym kraju. Patrząc na ludzi podczas konwentów, niejednokrotnie myślałam: „co ja tu robię?”. To, co dzieje się wtedy powinno zostać opisane w osobnym artykule.

        Mentalność japońska widoczna jest także w filmie. Takiego zalewu abstrakcji i surrealizmu dawno już nie widziałam. Po obejrzeniu „Sukiyaki Western Django” Takashiego Miike, gdzie występował Quentin Tarantino, niemalże umarłam ze śmiechu – jeżeli próbowałabym podejść do tego na poważnie, film natychmiast zostałby wyrzucony.

        I tu leży pies pogrzebany: albo podchodzi się do produkcji japońskich z dystansem, albo próbuje porównywać do tego, co USA serwuje od lat – mówię tu zarówno o napakowanych superbohaterach, jak i bajkach Barbery lub Warner Bros.

  • Nie mam pojęcia czemu nie wytrzymałaś długo z Neon Genesis Evangelion. Monologów stosunkowo mało, a jak są to mają konkretny cel, głupiego humoru też niezbyt dużo, nie wspomnę o cyckach. Postaci są galerią traum i urazów psychicznych, a romantyczności tam za grosz.

    Chyba, że masz inne zdanie.

    • Aeth

      Nigdzie nie twierdzę, że nie wytrzymałam długo z NGE :) (za to nie wytrzymałam długo ze „Slayersami”). NGE – seria i co najmniej dwa filmy kinowe – podobało mi się bardzo i bardzo mile wspominam spędzony przy nim czas, ale problem w tym, że było to mniej-więcej pół mojego życia temu i wszelkie pozytywne wrażenia to w tym momencie jedynie sentyment. Jeśli miałabym odświeżyć sobie serię w tym momencie, prawdopodobnie bym jej nie zdzierżyła – głównie ze względu na konieczność identyfikowania się z angstującym czternastolatkiem. Jedna myśl o Shinjim i już odrzuca mnie na kilometr. Trauma psychiczna na traumie psychicznej to też nieszczególna zachęta, bo jednak wolę postacie mocniej stąpające po ziemi. Lepiej wtedy uwierzyć, że są rzeczywiste.

      Nie mówię jednak, że to anime złe – po prostu aktualnie już by do mnie tak nie trafiło. Ale w sumie mam zamiar się przekonać, bo chciałabym obejrzeć sobie nowe wersje kinówek :)

  • Też średnio przepadam za anime. Mówiąc szczerze? Uważam ją za okropną! Jedyne jakie uwielbiam, wprost ubóstwiam to animacje studia Ghibli. Serdecznie je polecam. Są bardzo mądre, pozytywne i podoba mi się ich sposób stworzenia postaci. Kocham te bajki. Szczególnie polecam Księżniczkę Mononoke, Mój sąsiad Totoro oraz Szept serca. Można się w nich wprost zakochać<33. Najlepsze są w reżyserii Hayao Mizayakiego. Nie wiem czy znasz, ale tak czy inaczej warto się zapoznać :). Czekam na kolejne posty i zapraszam do siebie.

  • oburzony gość

    UWAGA!!!

    Autorko przeczytaj.

    W sumie to nie obchodzi mnie, czy wrócisz do anime, czy nie, ale przestań marudzić bo robisz się żałosna!!! Aż mi Ciebie żal się robi…. chociaż, nie no dobra. PRZEPRASZAM, nie mam ty na myśli, żeby Cię urazić i nie piszę tego żeby Ci nawrzucać, ale czuję się źle :(, że mówisz tak negatywnie z takimi pochopnymi argumentami/wnioskami, bo tak się składa że jestem otaku.

    Na samym początku chciałabym zauważyć, że ANIME i MANGA ma swoją charakterystyczną cechę, iż wszystko się w tym może zdarzyć i każde chwyty są dozwolone (oczywiście cenzura dla odpowiedniego wieku występuje – bądźmy humanistami). Nie można więc mówić, że anime jest złe bo nie zakłada proporcji i praw fizyki. Jeśli tego nie tolerujesz to znaczy że wgl. i nigdy już więcej nie powinnaś zabierać się za anime i NIE obrażać tego rodzaju animacji i komiksu bo to tylko nie tolerancja wobec jakiejś kultury/subkultury.

    Masz albo pecha, albo jesteś strasznie niecierpliwa i wszystko mieszasz ze sobą nie potzrebnie. Bez CYCKÓW: „Uta-Kata”, „Kimi to Boku”, „Toradora” (tam jest trochę ecchi ale nie jak np.w DxD), „Hakushaku to Yosei” i jakieś nowe anime o wiedźmach (sezon wiosenny 2013), ale nie pamiętam tytułu >..< [ http://t2.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQbbezKaAmWslo4p_SCY_UwPwHMDwd8uGRQc9k18blc5jrY90Mn ] więc tego nie oglądam, co nie znaczy że znienawidzę wszystkie inne.

    Moim zdaniem to brak szacunku: żeby znaleźć spośród kolorowych kulek w worku tą jedną różową której się nie znosi i już wszystkie odrzucić bo nie chcesz sprawdzić jak reszta wygląda.

    "Szerokie barki, masywne męskie szyje i cieniuteńkie szyje kobiece" – przypatrz się szyjom większości przeciętnych facetów i przeciętnych kobiet (tzn.ni to za grube ni to za chude) – jak za pewne zauważysz mają oni inne proporcje: one mniejsze i "węższe" a oni większe i szersze. Więc co Ci tu nie gra? Jakby było w anime na odwrót to by rzeczywiście było dziwne O.o

    **Ciekawostka:
    Małe anime zazwyczaj mają lepszą fabułę od tzw."tasiemców" – 50+ odc.

    Komercja komercją, przyćmiewa te "nie stereotypowe" anime – trzeba po prostu ruszyć tyłek i poszukać czegoś dobrego, niżeli iść za głosem głodnego ludu. Zazwyczaj właśnie te owiane super sławą są komercyjne, mają cycki, dobrą/kiepską fabułę z walkami na 30 epizodów każde (i w większości wyp.są to tasiemce).

  • Kot

    Tak już jest z Anime – większość z nich spodoba się tylko fanom Anime. Mnie męczono tuzinem różnych i najbardziej irytowały mnie właśnie wymienione w tekście dziewięć cech. Ale zawsze gdzieś w tle przewijały się te fajne cechy i to właśnie było najgorsze. Dla przykładu: Polecono mi „Basquash”, „bo fajne”. Co się okazało? Rewelacyjna kreska. Ale niestety żenująco ciapowaty główny bohater (jak zwykle) z dziwnym zwierzakiem-partnerem (zamienia się w czapkę ==’), oraz fabułą kręcącą się wokół… koszykówki miejskiej uprawianej za pomocą wielkich mechów. Plus – a jakże! – wielkie „cycki”. Wyjaśnione faktem, iż ich właścicielki pochodzą z Księżyca, a tam jest mniejsza grawitacja (tego że na ziemi jest większa oczywiście rysownicy nie brali pod uwagę). Anime „sportowe” z dużą zawartością fanserwisu pod płaszczykiem S-F i mechów (które swoją obecnością rzadko kiedy dobrze wróżą serii).

    Ale mimo to jednak lubię Anime, a przynajmniej te które cierpią na mniejszą ilość wymienionych problemów. Mogę polecić kilka:
    -Black Lagoon (ma genialnych bohaterów drugo i trzecioplanowych)
    -Last Exile (greckie motywy, wspaniale zarysowany świat i kilka bardzo fajnych postaci okraszone ciekawą fabułą i wielowarstwowymi znaczeniami tytułów, ale odradzam stanowczo kontynuację)
    -Fullmetal Alchemist (w sumie tylko Brotherhood – jest bardziej „dziecinne”, ale jednocześnie ciekawsze fabularnie)
    -The Girl Who Leapt Through Time (pełnometrażówka, bardzo ciekawe połączenie „młodzieżowego romansu” i S-F, wbrew pozorom lekkostrawne)
    -Mushi-shi (oryginalne, mnóstwo statycznych ujęć, ale nadrabia fabułą i pięknymi krajobrazami, oraz nawiązaniami do japońskich legend)
    -Ergo Proxy (mroczne, przytłaczające klimaty, główna bohaterka o poziomie emocjonalnym czajnika (dla odmiany) i interesująca postapokalipsa)
    -Planetes (mimo mocnych rozbieżności z również dobrą mangą warte polecenia; realistyczne anime S-F z dużą zawartością Nauki FTW!)
    -Steamboy (pełnometrażówka o rozmachu kina zachodniego i wizji Studia Ghibli; czysty Steampunk)
    -Zipang (wariacja na temat amerykańskiego filmu „Battleship” – Krążownik AEGIS JSDF zostaje przeniesiony w czasy II w. św.; naturalna kreska i postaci z lekko karykaturalnymi wręcz wadami, jedyna kobieta w obsadzie jest brzydka i zawsze ubrana :P)

  • Alicjanime^^

    Jesteś jakaś pogięta! jak można nie lubić anime, niektórzy uważają że to zwykła bajka, ale to jest drugi lepszy świat w którym zapominasz o wszystkich swoich zmartwieniach, a poza tym w mandze są proporcje tylko oczy są za duże, ale to ślicznie wygląda ^^, no i co masz do cycków prawie każdy je ma, Japończycy są zboczeni, ale niektóre zboczone sceny są śmieszne, a grzeczność co to wogóle ma być? moge ci wymienić miliony postaci którzy nie są tacy mili. No i tani romantyzm BOŻE poprostu chciałabyś przeżyć taką historie romantyczną jak w anime, ale się wkużyłaś i FOCHA strzeliłaś na anime xd. I jeszcze starotypowi bohaterowie pff…. co za bzdura obejżyj Accel World tam jest gruby chłopak który nic nie umie i ma nieudane życie. Krótko mówiąc ŻAL MI CIĘ, gdybyś nie popisywała się że nie lubisz anime, dołączyła byś do lepszego świata. Nadal masz czas. JESZCZE

    • Deszczomór

      Cóż za zabójczy poziom argumentacji oraz budowy zdań.

    • Romi

      Słaby trolling.

  • Zaczytana

    Przeczytałam. Mam kilka uwag.
    Po pierwsze : proporcje… Oni mają taki styl rysowania. A dla mnie Japończycy są ładni :P
    Monologi…. A taki Naruto????
    Humor. Tutaj na serio muszę się doczepić, bo humor to kwestia charakteru. Niektórzy mają czarny humor, inni zboczony, a oni wymyślili coś takiego.
    Co do bohaterów, to masz racje, ale kto z nas nie ma cechy dominacyjnej… Ja na pewno mam.
    Oglądałaś może Clannad? Melodramat.
    Wiem, że do mojego rozumowania można się doczepić, ale tak ja to widzę.

  • Regendorf

    5,7,8,9 -Ty chyba czytasz w moim umysle! xD

    A szczególnie zgadzam się co do 5 już od jakiegos czasu mnie to irytuje, w tym sezonie pojawiło się fajne anime z domieszką dramatu w którym to bohaterowie rozmawiają o swoich uczuciach (nie o miłostkach tylko o zwątpieniu, strachu, niepewnosci itd) a nagle jedno z nich zamienia się w karzełka i wykrzykuje jakąs głupote… No i jak tu się nie wk*rwić?

  • ssssss

    zapomniałaś o krótkich miniówkach,prawie każda postać żeńska w nich chodzi oprócz lesbijek przynajmniej ja się spotkałam z takim anime,

    • ssss

      ale i tak lubię anime nawet jak kilka rzeczy mnie w nich irytuje,

  • Aleksandra Kyoukai

    Zapomniałaś dodać że jakieś 60% panów z mangi/anime wygląda jak kobiety. Rozumiem że nie każdy będzie tryskać testosteronem, ale jest naprawdę źle, gdy widzę postać i ewidentnie wygląda jak dziewczyna, a nią nie jest. O co chodzi?

    • Ertix Poke

      Co jak co, ale teraz to się czepiasz na siłę. Moda się zmienia. To samo można zresztą powiedzieć o żeńskich postaciach – dziewczynki, nie kobiety.

  • Iceberg Rose

    Jedyne czego oszczędnie nie animują to te okropne, wielgaśne cycki (też nie lubię tego określenia, ale tego nawet nie da się nazwać piersiami)