Final Fantasy to temat, który ostatnio usilnie chodzi mi po głowie. Zapewne ma to związek z marcową premierą zremasterowanych do HD Final Fantasy X i X-2, których wbrew zdrowemu rozsądkowi oczekuję już szalenie. Aby osłodzić sobie to czekanie, postanowiłam więc przenieść swoje fajnalowe myśli na „papier” i opowiedzieć Wam o moich ulubionych częściach serii.

Jak możecie się domyślać, będzie to ranking całkowicie subiektywny. Cała seria jest zresztą odbierana w sposób bardzo indywidualny z uwagi na swoje ogromne zróżnicowanie – klimatu, fabuły i mechaniki – spokojnie można więc zgodzić się na powszechną niezgodę. Jednocześnie spokojnie można też mówić o „jednych z najlepszych”, bo nie ulega wątpliwościom, że niektóre odsłony są po prostu lepsze od innych. Dziś nie będzie jednak o tym, która jest lepsza, a która jest gorsza – i tak nie potrafię ocenić ich w pełni obiektywnie – ale które lubię bardziej i dlaczego. I pod koniec będzie to naprawdę trudne zadanie, bo choć faworyta mam tylko jednego, wszystkie pozostałe kocham niemal po równo.

Na początek może powiem, które Finale się tutaj nie znajdą – nie dlatego, że są kiepskie, ale dlatego, że nie zrobiły na mnie aż tak dobrego wrażenia. Nie będzie więc o I ani II, bo choć przeszłam obie, zrobiłam to bardziej z obowiązku niż frajdy. Nie będzie o III, bo nawet śliczna trójwymiarowa wersja na Nintendo DS nie zakryła faktu, że gra była w moim odczuciu nudna i infantylna. Nie będzie o IV, której podobny DS-owy remaster nie pomógł załatać męczącej mnie fabuły – za którymś cudownym wskrzeszeniem i niespodziewanym powrotem do świata żywych zwyczajnie dałam sobie spokój. Nie będzie o V, bo nigdy nie wytrzymałam przy niej dłużej niż kilka godzin, a wierzcie, próbowałam. Nie będzie w końcu o XIII, bo przy każdej próbie znalezienia w niej jakiś zalet, przychodzi mi do głowy jedynie morze wad. Nie liczę tu również XI ani XIV, bo pomimo ambicji i fajnalowego charakteru, nie uważam ich jednak za prawdziwe odsłony serii. Nie opisuję też „połówek”, bo na dwie grałam tylko w jedną, ale za to znajdziecie tu zachwyty nad jedną dodatkową „pod-serią”. Jestem pewna, że zgadniecie, jaką.

A zatem, zaczynając od początku, moją najmniej ulubioną częścią jest…

Final Fantasy VII

Powiem tak: Final Fantasy VII to bez wątpienia dobra gra, a nawet bardzo dobra gra – widzę to wyraźnie i wcale się co do tego nie oszukuję. Ale jednocześnie stosunkowo za nią nie przepadam. Prawdopodobnie ma to związek z faktem, że o Final Fantasy po raz pierwszy usłyszałam właśnie przy okazji premiery siódemki, kiedy moje ulubione konsolowe magazyny puchły od nadmiaru wytwarzanego w nich hype’u. Hype’u zupełnie nie rozumiałam, ale mnie zafascynował i straszliwie chciałam się z tą serią zapoznać. Niestety w momencie, w której udało mi się w siódemkę zagrać, zostałam już oczarowana ósemką i nagle pojawił się problem. Problem miał na imię Cloud Strife i im dalej w grę, tym bardziej doprowadzał mnie do szału. Postawa samotnego wilka, którego nic nie interesuje dopóki ktoś nie pokaże mu inaczej, niepewność i niezdecydowanie, brak kręgosłupa, wiary w siebie i ciągła konieczność podbudowywania swojej wartości wsparciem innych („Cloud, co myślisz?”, „Cloud, co zrobić?”, „Cloud, co teraz?” Ugh…) to w żadnym wypadku nie są cechy, które w moich oczach czynią z Clouda satysfakcjonującego protagonistę. I niestety z siódemką męczyłam się do samego końca, wielokrotnie się nudząc i wywracając oczami.

Ale na domiar złego, Cloud nie był jedynym bohaterem, z którym nie nawiązałam w tej grze żadnej większej więzi. Prościej będzie powiedzieć, że jedyną postacią, która zyskała sobie moją niezachwianą sympatię był Red XIII – pozostali byli dla mnie zbyt standardowi i mało interesujący, a choć nawet Aerith polubiłam bardziej niż się spodziewałam, ostatecznie ich losy nie wywołały we mnie przesadnych emocji. Samym świetnym gameplayem siódemka nie mogła mnie niestety porwać.

Final Fantasy VI

Szczerze mówiąc, na tej liście szóstka jest najsłabiej pamiętaną przeze mnie częścią, ale nawet jeśli pamiętam z niej mało, na pewno nie zapomniałam ani czasu, wysiłku i poświęcenia, jakie w nią włożyłam, ani kilkorga bohaterów, którzy chcąc nie chcąc zdobyli sobie moją sympatię. Optymistyczny Locke, wrażliwa Terra, uciekający od trosk Setzer i kilkanaście (!) innych postaci tworzą najbarwniejszą w serii paletę grywalnych bohaterów, których losami przejęłam się znacznie bardziej niż może to sugerować ich pikselowa forma. Dodając do tego wiele zwrotów akcji – jak na przykład zniszczenie świata – fakt, że fabuła w dużej mierze opierała się na wątkach osobistych, przesunięcie skupienia z romansu na przyjaźń oraz jak zwykle soczystą mechanikę walk (bardzo tradycyjną), i wyszła z szóstki odsłona, której niesłusznie obawiałam się tknąć. Żaden inny z wcześniejszych Finali nie zbliżył się do jej poziomi, choć do pewnego momentu czwórce było całkiem blisko.

Final Fantasy VIII

Ósemka, mój startowy Final, przed długie lata pozostawała na szczycie mojego prywatnego rankingu i to w zasadzie z jednego powodu: Squalla. Pisałam już wcześniej, jak ogromnie zafascynował mnie jego zimny, niekoleżeński charakter i jakim małym prywatnym szczęściem było dla mnie zagranie w tę grę. Dziś wyraźnie już dostrzegam, że jej fabuła pełna jest mankamentów i nie trzymających się kupy szczęśliwych zbiegów okoliczności (choć może to równie dobrze wynik popularnej teorii, że Squall nie żyje), ale mimo tego nie przestaję darzyć jej sympatią. Obserwowanie zmian zachodzących w bohaterze pod wpływem energicznej rebeliantki było swego czasu moją definicją romansu, trudno więc się dziwić, że przez kolejne płyty przechodziłam z wypiekami na twarzy. Zupełnie nie przeszkadzał mi też powszechnie nie lubiany system Junction – i nawet dziś nie bardzo nie rozumiem, dlaczego jest dla niektórych takim problemem. Uwielbiałam spędzać z tą grą czas, a dziś uwielbiam wracać do jej soundtracku, bo w dorobku Nobuo Uemastu to jedna z najlepszych fajnalowych pozycji.

Final Fantasy Tactics

Tactics to Final pod każdym względem wyjątkowy, jednak pod każdym względem równie wspaniały. Już na pierwszy rzut oka wyróżnia go mechanika walk – a raczej wymagających i czasochłonnych bitew – a w parze z nią idzie jedna z najbardziej mrocznych, brutalnych i przygnębiających historii, jakich w tradycyjnych Finalach na próżno szukać. Średniowieczny setting rozdarty krwawą wojną w niczym nie przypominał heroicznych opowieści o jednostkach ratujących świat, i było mu z tym niezwykle dobrze. To historia napisana z rozmachem, to gra wymagająca wprawy i cierpliwości, wreszcie to pozycja, która została ze mną na długu po odstawieniu. Sporo czasu zajęło mi dotarcie do poziomu, by się za Tactics zabrać, ale gdy w końcu to zrobiłam, wchłonęłam w niego całkowicie – nie tylko ze względu na gameplay. Taktyczny system walk rozkochał mnie już w Tactics Ogre: The Knights of Lodis, byłam więc absolutnie pewna, że połączenie flagowego tytułu Squaresoftu z bitewnymi planszami nie mogło się nie udać. I miałam rację.

Final Fantasy Tactics Advance/Final Fantasy Tactics A2: Grimoire of the Rift

Skoro raz zakochałam się w taktycznych Finalach, musiałam zakochać się i w kolejnych. Pamiętam, że prawie skakałam ze szczęścia na wieść o nowej odsłonie na zaawansowanego GameBoy,a i z jaką wytrwałością rozpoczynałam grę trzy razy (pomimo ok. półgodzinnego intra), żeby tylko komputer wylosował jakieś fajne imiona dla początkowych postaci w mojej drużynie. Tactics Advance po raz pierwszy wprowadził mnie również do świata Ivalice, który od tamtej pory jest jednym z moich ulubionych miejsc na świecie. I pomimo drastycznej sprzeczności klimatu w stosunku do poprzednika, swoją bajkowością, barwami i lekkością oczarował mnie bez reszty. Nawet konieczność sterowania bohaterami znacznie młodszymi od typowych fajnalowych protagonistów miałam tu za nic, bo gameplayowo gra zwyczajnie powaliła mnie na kolana.

A potem, na pierwszą przenośną konsolę Nintendo, pojawiła się część druga, której gotowa byłam już bić pokłony. I nie chodziło nawet o rozbudowaną mechanikę i bajeczny system klas – z których ściągajkę mam powieszoną na ścianie nawet teraz – ale przede wszystkim o powrót do tego cudownego, kolorowego świata, w którym mogłabym zwyczajnie zamieszkać. Kiedyś, kiedy spróbowałam swoich sił w prowadzeniu forumowej sesji RPG, poprowadziłam ją właśnie w tym świecie i w tym Final Fantasy. I aż mam ochotę zrobić to jeszcze raz.

Final Fantasy X

Final, któremu za pierwszym podejściem poświęciłam jakieś 160 godzin swojego życia. Nigdy wcześniej i nigdy nie później nie spędziłam przy grze tak kosmicznie dużej ilości czasu, a wszystko to z dobrych powodów. Po pierwsze, w dziesiątce zakochałam się na długo zanim się do niej fizycznie dobrałam, wszystko za sprawą faktu osadzenia fabuły w Wodnym Świecie. Jeśli nie wiecie albo nie pamiętacie, na samo stwierdzenie, że Wodny Świat, prostuję się jak disneyowska surykatka z nastawionymi uważnie uszami. Po Spirze łaziłam więc wzdłuż i wszerz, z radością łapiąc nawet te setki potworów, byle tylko nacieszyć się pobytem w jej olśniewających progach. Po drugie, dziesiątka dostarczyła mi bezkonkurencyjnej fajnalowej bohaterki, która swą wewnętrzną siłą potrafiła poruszać góry. Zaskoczyło mnie, jak bardzo Yunę polubiłam, bo byłam absolutnie przekonana, że lubić jej nie będę. A po trzecie, wow, przecież w tej grze wszystko było na swoim miejscu. Genialny system walk – z turowych chyba mój ulubiony – fantastyczny, nowatorski system rozwoju, rewelacyjny blitzball, podwodne walki, mnóstwo, mnóstwo klimatu. I co z tego, że Tidus, co z tego, że sztuczny śmiech, co z tego, że nienajlepszy voice acting – 95 procent tej gry to samo fajnalowe dobro.

Final Fantasy IX

O rany, jak ja się rozklejam na myśl o dziewiątce – o jej przeuroczym steampunkowym settingu, kreskówkowym feelu i klasycznie fajnalowym gameplayu, że nie wspomnieć o przekochanym Vivim i przepięknych, przepięknych, planszach. Zaczynają ją po raz pierwszy, nie miałam bladego pojęcia, czego się po tej grze spodziewać, bo ówczesne źródła informacji rozpisywały się o niej w skrajnie sprzeczny sposób. Tymczasem okazało się, że wkroczyłam w bajkowo magiczny świat, z tęskniącymi za swobodą księżniczkami, rabusiami o złotych sercach, honorowymi wojownikami i awanturniczymi przygodami, które wiodą bohaterów przez jedne tarapaty w drugie. Prostota fabuły, tak nierzadko krytykowana, okazała się dla mnie niebywałą zaletą i okazją do kompletnego zanurzenia się w tak ukochany przeze mnie klimat. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak wybitnie pasuje mi w tej części praktycznie wszystko – od bohaterów, przez atmosferę, na mechanice kończąc, nie zapominając nawet o świetnie skonstruowanym romansie, który narodził się z najbardziej naturalnych powodów na świecie. Dziewiątka, ostatnia odsłona na zasłużonego szaraka, była dokładnie takim hołdem dla klasyków tej serii, jak to tylko możliwe – i kocham ją za to niebywale.

Final Fantasy XII

Powiem Wam jednak szczerze, iż dla mnie samej zadziwiającym jest fakt, że moim absolutnym fajnalowym faworytem pozostaje część tak wyraźnie odmienna od wszystkiego, co ta seria sobą dotąd reprezentowała. Zupełne oderwanie od turowego systemu walki to jedno, ale konstrukcja fabuły nie oparta na jednoznacznej postaci głównego bohatera to jeszcze drugie. Gdy coraz bardziej stawało się dla mnie jasne, że oddany mi do sterowania Vaan jest tylko „naczyniem” umożliwiającym poznawanie tej historii, byłam już i tak całkowicie pod jej urokiem, ale wtedy zostałam jeszcze bardziej. Zresztą mało co w tej grze udało się tak dobrze, jak bohaterowie, a przede wszystkim, absolutnie przede wszystkim, cyniczny powietrzny pirat Balthier i jego wierna partnerka Fran. Z każdym wejściem w kadr, Balthier kradł każde zdanie i każdą scenę, niezależnie nawet od tego, co powiedział, ale jak to powiedział (Gideon Emery to mój bóg voice actingu). Mało tego, dwunastka po raz kolejny zabrała mnie do Ivalive – tym razem wielkiego i szalenie bogatego – a przy tym niezwykle starwarsowego. Nim zorientowałam się, jak bardzo fabuła zbliżyła się tu do sagi Lucasa, nie było już sił, by odczarować jej urok. Ale koniec końców, najpiękniejsze jest w dwunastce to, że przy całej swej odmienności, odstępstwach i wyjątkowości, klimat Final Fantasy czuję od niej na odległość. Final Fantasy XII to dla mnie ostateczny dowód, jak wiele tę serię ze sobą – zamiast dzielić – łączy.

Wszystkie ilustracje pochodzą z bloga Brett’s Brain Blog, stworzone ręką autora. Więcej zobaczycie na stronie sklepu, na którym można dokonać ich zakupu.

  • Piszczenie o fajnalach, to lubię! Muszę się przyznać, że Cloud to mój ulubiony aspekt Final Fantasy VII. Rozumiem jego niechęć do samego siebie i zawsze rozczulam się kiedy w końcu dojrzewa do tego, żeby przyznać się przed sobą i innymi, że nie jest /cool/ personą, którą sobie wymyślił, tylko przygłupem, który lubi mówić ‚Let’s mosey’. Mój największy problem z FFVII to wstrętna lokalizacja – siermiężne tłumaczenie, mnóstwo błędów i zła edycja tekstu. Łudzę się, że kiedyś powstanie port na który będą musieli na nowo zlokalizować tę grę.

    A propos, FFIX kocham między innymi przez fantastyczne tłumaczenie. Części tłumaczone przez Teda Woolseya mają swój urok, ale były mocno ograniczone technicznie, ósemka była w porządku, ale wydawała mi się nieco siermiężna. Dziewiątka natomiast ma tyle zabawnych tekstów i naturalnie brzmiących dialogów, że podbiła moje serce od pierwszego przejścia.

    • Dokładnie, te dialogi! Ile razy wybuchałam w dziewiątce śmiechem tylko dlatego, że odpowiednia postać w odpowiednim momencie powiedziała coś zabawnego! A sam Zidane nie byłby tak fajnym i barwnym bohaterem, gdyby nie te jego przechwałki, flirty i żarty. Uwielbiam, bez dwóch zdań.

  • Czarny Wilk

    Polecam zapoznanie się z serią KH jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś – niby-spin-off, który dla mnie okazał się lepszy od serii macierzystej

  • Jeśli chodzi o liczbę godzin wyrobioną w konkretnych tytułach na Nintendo DS, FF: Tactics A2 jest zaraz po Pokemonach. A przypuszczam, że licznik jeszcze się zwiększy, dzięki niesamowitej grywalności tej produkcji.

    • To prawda. Ja do tej pory nie ukończyłam FFTA2 w tylu procentach, w ilu bym chciała, ale zostawiam sobie tę przyjemność na następny raz, kiedy już kupię 3DS-a. Bo 3DS ma wsteczną kompatybilność z NDS-em, right…?

      • Michał Listowski

        Tak ma kompatybilność wsteczną. Mam jednak wrażenie iż na 3DS gorzej się gra z DS niż na DS

        • No, przy tylu fantastycznych tytułach, jakie są na 3DS (Fire Emblem: Awakening, Pokemon X/Y, Bravely Default), cofanie się jedną konsolę wstecz byłoby trochę nieopłacalnym posunięciem ;)

          • Michał Listowski

            Chodziło mi raczej o to iż oba ekrany mają inną rozdzielczość. Nie wygląda to źle, ale dla mnie jakoś tak dziwnie. Natomiast na pewno dzisiaj lepszą inwestycją jest 3DS. Sam mam 3 3DS i 3DS XL ( odkąd mam XL to zwykły się kurzy lub go pożyczam )

            • W sumie mam coś podobnego z Vitą, na której ogrywam obecnie dziewiątkę – rozdzielczość jest zdecydowanie za mała na cały ekran konsoli, ale da się z tym żyć :)

              • Michał Listowski

                Ja właśnie się zastanawiam czy kupić sobie parę części FF na z szaraka i grać w nie na PSVita. Podejrzewam jednak iż lepiej się będzie grało na gry z PSP. Jakby nie patrzeć to i tak czekam na X HD i X-2 HD