5 powodów, dla których oglądam Revolution

revo-01

Jeśli mogę o sobie, jako o wielbicielce seriali, cokolwiek powiedzieć, to na pewno, że nie brak mi seriali do oglądania. W rozkwicie sezonu od nowych odcinków nie mogę się wręcz odpędzić, nie jest mi więc do szczęścia potrzebne oglądanie dodatkowych produkcji wątpliwej jakości – a tym bardziej ich nadrabianie. Ale w nadrobieniu Revolution, jak zaraz się przekonacie, jest logika.

Powszechnie wiadomo, że 1. sezon Revolution – postapokaliptycznego serialu, który miał być zeszłorocznym objawieniem – okazał się produkcją pozbawioną nie tylko prądu, ale w dużej mierze również i polotu. Frustrująca ilość dziur logicznych, bezmyślnie kopiowanych klisz czy wręcz jawnie wyśmiewanej inteligencji widza dla wielu z nich na dobre przypieczętowały losy tego tytułu. Sama w zeszłym sezonie obejrzałam zaledwie osiem odcinków, a uważam się za osobę pod względem serialowym – a już zwłaszcza science-fiction – dość tolerancyjną. Jednak pewna mądra osoba napisała kiedyś na moim ulubionym portalu zagranicznym (no dobra, na io9), że w nawet w kiepskim serialu możemy znaleźć element, który urzeknie nas na dobre i na złe. I ja, po głębszym zastanowieniu, znalazłam ich w Revolution nawet kilka.

Nadrobienie 1. sezonu Revolution okazało się zatem zaskajująco przyjemnym doświadczeniem. Oto, co za każdym razem skutecznie przyciągało mnie przed ekran:

1. Postapokalipsa

Czy tego chcę, czy nie, do klimatów postapokaliptycznych lgnę jak ćma do ognia. W Revolution była to pierwsza rzecz, jaka mnie do serialu przyciągnęła i decydująca, bym do niego wróciła. Wersja naszego świata, ale zmieniona przez niezależny czynnik – czy to globalną wojnę nuklearną, wirus zmieniający umarłych w zombie czy też, na przykład, brak prądu – to fantastyczny pomost pomiędzy tym, co rzeczywiste, a tym, co fikcyjne, oferując jednocześnie ogromne pole do budowania ciekawej atmosfery. Nie inaczej jest w Revolution. Pozbawienie świata energii elektrycznej umożliwiło powrót konnych gońców, pojedynków na miecze i dających niewielką otuchę pochodni – rzeczy absolutnie klimatycznych – a zarazem utrudniło komunikację międzymiastową, dostęp do materialnych dóbr i trzymanie na wodzy moralnych hamulców. W serialu wiele aspektów tej odmiennej rzeczywistości udaje się w takim samym stopniu, w jakim pęka w szwach z nadmiaru bzdur, ale niczym nie zmienia faktu, że skutecznie oddziałuje na moją wyobraźnię. Nie przeszkadzają mi w tym nawet piętrzące się uproszczenia i pytajniki, od których potrafią zaboleć zęby (broń palna powinna chyba już dawno wyginąć, no i w jaki sposób diamenty stały się obowiązującą walutą?) Zdecydowanie jednak chciałabym przejechać się parowym autobusem czy przejść się przez zarośnięte roślinnością miasto.

revo-02

2. Bohaterowie

Tak, bohaterowie. Ci płytcy, irytujący, niedorzeczni, zachowujący się w sposób, w których poważnym serialom się nawet nie śniło. Ale ja nie traktuję Revolution jako poważnego serialu – przynajmniej nie na tyle, by świadomie stawiać go na równi z lepszymi. Jednak w tym swoim własnym zakresie, Revolution udało się stworzyć bohaterów, którzy niejednokrotnie potrafili mnie zaskoczyć, i to akurat wtedy, kiedy przestawałam wierzyć z umiejętności scenarzystów do podejmowania fabularnego ryzyka. Weźmy na przykład Milesa Mathesona. Gdyby nie Billy Burke i jego kreacja zuchwałego, ale wypalonego awanturnika, do Revolution mogłabym nie wrócić nawet pomimo jego postapokaliptycznych kierunków. Postać Milesa już od początku serialu zwróciła na siebie moją uwagę, bo po pierwsze Miles jest niewątpliwym badassem, po drugie ma gadane, a po trzecie po prostu się nie cacka. To takie połączenie Malcolma Reynoldsa, który wrzuca wrogich posłańców pod wirujący silnik swojej maszyny, i Johna Reese’a, który po odwaleniu brudnej roboty podaruje zamkniętemu w bagażniku więźniowi hamburgera z McDolandsa. Luzacki, ale udręczony, śmiały, ale wrażliwy, twardziel, ale z dobrym sercem, słowem sam chodzący stereotyp, ale Billy Burke lekką ręką sprawia, że to po prostu działa.

Tuż obok niego mamy Rachel, która karierę w serialu rozpoczęła od lamentów w niewoli, by stać się później najbardziej nieprzewidywalną i nieustępliwą siłą w całym serialu. Gdy żarty z generałem Monroe się skończyły, Rachel ukazała takie oblicze, że prawie w pojedynkę odwróciła w moich oczach losy tego serialu – i co lepsze, jej czyny i charakter nie okazały się później pojedynczym incydentem. Poza tym nie będę ukrywać, że uwielbiam Elizabeth Mitchell, więc może po prostu nie jestem bezstronna.

Do bohaterów z pewnością zaliczę również dwulicowego Toma Neville’a, którego ogląda się fantastyczne przez sam wzgląd, że wciela się w niego Giancarlo Esposito. Skomplikowana osobowość kapitana jest tak skomplikowana, że scenarzyści chyba sami nie wiedzą, co dokładnie się pod nią kryje, ale nie zmienia to faktu, że jego kolejne machinacje i ten szyderczy uśmieszek zawsze polepszają mi nastrój. Podobne odczucia mam też co do Sebastiana Monroe, tragicznego bohatera-enigmy, którego przemiana w paranoicznego, morderczego tyrana to zagadka znacznie ciekawsza od źródeł zniknięcia prądu.

A na koniec krótko dodam, że lubię Charlie. Z tępej, stereotypowej nastolatki, która we wszystko musi wtrącić swoje trzy grosze, Charlie przemieniła się w bojownika udręczonego nie mniej niż Miles, ale nie robiącego z siebie męczennika. Z dobroci serca scenarzyści postanowili stopniowo wypleniać z niej tą młodzieńczą naiwność, w efekcie czego Charlie z końcówki 1. sezonu – już nie mówiąc o początku 2. – to prawie inna postać. A w sumie czemu ją lubię?  Bo podoba mi się pomysł patrzenia na postapokaliptyczny świat oczami młodej, idealistycznej kobiety, której powoli otwierają się oczy.

3. Pozbycie się najsłabszych ogniw

Dla niektórych najsłabszym ogniwem Revolution będzie scenariusz, dla innych osoba Charlie, dla jeszcze innych kiepskie aktorstwo, i tak dalej, i tak dalej. Dla mnie najsłabszym ogniwem nie był nawet Aaron, którego historia sprzed akcji serialu jest po prostu śmiechu warta – i niewiele więcej warta po – ale Danny i Nora. Wkurzający nastolatek, który przez pół sezonu jest tylko pretekstem do wypchnięcia bohaterów w fabułę oraz specjalistka od materiałów wybuchowych, teoretycznie służąca jako kompas moralny dla Milesa, działali mi na nerwy od samego początku. Nie wiem, co miały wnieść wątki nawiązywania relacji pomiędzy Nevillem a Dannym ani po co w ogóle romansowe tło dla znajomości Milesa i Nory, bo ani przez moment nie pomyślałam nawet, że mogłabym się z tymi postaciami związać. Kiepskie backstory i nudne osobowości wyraźnie dawały znać, że oboje znaleźli się tu tylko po to, żeby spełnić nadaną funkcję. Danny pełnił ją krócej, Nora nieco dłużej, ale koniec końców oboje skończyli swe występy jeszcze w 1. sezonie – i obie rzeczy były największymi prezentami, jakie Revolution mogło mi podarować. Druga połowa 1. sezonu była wyraźnie, ale to wyraźnie lepsza.

revo-03

4. Przyznanie się do błędów

O tym, że Revolution okazało się produktem wadliwym, wiedzą nawet sami jego twórcy. W wywiadzie na Comi-Conie Eric Kripke stwierdził, że sam jest największym krytykiem swojego serialu, uznając wojnę jako wątek główny za temat zbyt prosty, przedkładający spektakularne wydarzenia nad interesujące historie z postapokaliptycznego życia wzięte. I powiem Wam, że zostałam kupiona samym stwierdzeniem „Eric Kripke przyznaje się do błędów”. Gdy mignęły mi w oczach takie nagłówki, pomyślałam sobie, że może jednak warto dać Revolution drugą szansę, jednak zobaczyć, czy z tego serialu mogą wyjść ludzie. Przyciągnięta postapokaliptycznym klimatem i kreacją najciekawszych postaci szansę więc dałam, i dzisiaj piszę niniejszy tekst.

5. Sezon 2.

Zapewnienia o zmianach jeszcze o niczym nie świadczą, jeśli później nie da się ich odczuć – jednak dotychczasowe odcinki nowego sezonu wyraźnie słowa Erica Kripke potwierdzają. Już po pierwszym z nich widać, że klimat stał się cięższy, bohater bardziej zbiorowy, a tajemnica zdecydowanie bardziej tajemnicza. Heroiczna konwencja, w której zaczęła się przygoda z 1. sezonem praktycznie całkowicie tu zanikła, zastąpiona próbami ujęcia mroczniejszej, brudniejszej i brutalniejszej strony nowego życia. Na razie tylko próbami, i na dobrą sprawę jeszcze nie do końca udanymi, ale jak już się postanowiło twórcom zaufać, to łatwiej się tego trzymać. W zasadzie nie wiem, jakie buble musiałoby Revolution sprezentować mi tym razem, bym znów się od niego odwróciła – tyle już zaakceptowałam, że teraz musi być tylko lepiej, prawda? – więc na chwilę obecną zwyczajnie będę się z oglądania bezstresowo cieszyć.

I to, pokrótce, tyle, a mogłabym dopisać jeszcze więcej. Nie zrozumcie mnie jednak źle, Revolution nie stał się nagle serialem o kilka poziomów lepszym – stał się za to serialem, którego potrafiłam szczerze polubić. Wciąż pełno w nim sprzeczności, dziur logicznych, Aarona i niekiedy naprawdę absurdalnych zwrotów akcji, ale dzięki nim doszłam już do takiego poziomu zen, że nic, co gorsze, nie będzie mi już straszne. Teraz powinno być już górki, no nie?

 

  • Jaxa

    Miejscami musze się z Tobą niezgodzić Aeth…
    Broń palna nie powinna przestać być użytkowana. Po pierwsze USA ma jej i amunicji tony w różnego typu magazynów. A jeżeli już nawet skończy sie aumunicja o naboju zwartym to bron czarnoprochowa jest łatwa w wytworzeniu, a brutalna prawda jest taka ze bron palna zwyczajnie skuteczna.
    Co do diamentów to tu akurat masz racje bo one akurat nie mają żadnej wartości użytkowej w postapo (bo nawet na paste polerską nie ma co ich używać.)
    Danny to blond sirota jakich wiele w hamerykańskich serialach.
    Mnie w Revolution drażni co innego – taka hura-amerykańskość tego wszystkiego.

    No i swoja droga czy ktoś się nie zastanawiał czy nie buchnęli pomysłu Ziemiańskiemu? „Autobahn nach Posen” i bomba shenowa? prawie dokładnie to samo moi drodzy :P O ile Moorcock w swoim przyczepianiu sie do Sapkowskiego jest jak dziecko we mgle o tyle tutaj ja widzę podstawy do zastanawiania się nad zbyt daleko idącymi podobieństwami.

    A Ziemiański i tak był lepszy :P

    • No tak, hura-amerykańskość była wkurzająca, ale wydaje mi się, że odrobinę to tonują w 2. sezonie. Przedstawili teraz bardzo fajnego wroga – nie wiem, czy wiesz, więc nie chcę ryzykować spoilera – i przy odrobinie odwagi hamerykańskie barwy mogą się mocno przyczernić. Tylko że teraz z kolei wybrali sobie mesjasza, więc już sama nie wiem :P

      Generalnie ja rąk nie załamuję, do pewnych rzeczy można się na upartego przyzwyczaić. Cieszy mnie jednak, że nawet przy naciąganiu głupot scenarzyści widzą błędy gdzie indziej i chociaż nad nimi pracują.

      Ziemiańskiego oczywiście nie czytałam, więc nie wiem, o czym do mnie rozmawiasz :P

    • Illparazzo

      Co prawda jakoś nie mogłem się na razie zmusić do obejrzenia Revolution (negatywne recenzje zrobiły swoje) więc nie wiem w jakim stopniu były tam używane w wymianie towarowej, to jednak będę bronił tego pomysłu. Trzeba przede wszystkim pamiętać o jednym, o ile w przypadku bochenka chleba, kury czy nawet butów da się zabrać za sobą tyle towarów żeby coś na nie wymienić, to jednak już przy kupnie krowy czy konia (nie wspominając o czymś cenniejszym) zaczęłyby się schody. I to pojawiają się diamenty. Na tyle rzadkie, że mogą się stać walutą a jednocześnie nowoczesne wydobycie sprawiło, że jest ich na tyle dużo aby miał sens ich używania. No i dodatkowo łatwo je przenosić i ukryć ;)

  • Seji

    Największą głupotą fabularną w Revolution było osadzenie akcji 15 lat po wyłączeniu prądu. 15 lat to masa czasu, a samochody jak porzucone wczoraj (farba się błyszczy), ciuchy fabryczne i jak z magazynu i tak dalej. Poza tym w 15 lat można zapewne postawić chociaż namiastkę przemysłu/infrastruktury opartej na maszynach parowych. Gdyby całość osadzić 3-5 lat po, miałaby więcej sensu.

    Sezon 2. lepszy, przynajmniej pozwolili znukować dwa miasta. :> Choć nadal płot z blachy falistej i dziura w nim to najwiekszy facepalm jak dotad. :p

  • Z poapokaliptycznych seriali to ja jednak wolę Jericho. Nie z powodu samego Revolution, ale po prostu tamten serial bardziej mi przypadł do gustu.
    Z tego co widzę, to muszę nadrobić kilka odcinków, bo skończyłem oglądać na 2×04, gdy po raz kolejny pochłoną mnie SG1 – czasem fajnie jest oglądnąć sobie stare seriale w całości.