Z wielu blogów spłynęły już liczne podsumowania roku, mój jak zwykle pojawia się z opóźnieniem, bo serio, podziwiam ludzi, którzy są w stanie zapamiętać takie masy wydarzeń (i chce im się je opisywać). W związku z tym, podobnie jak dwa lata temu, prezentuję krótki rzut oka na moje popkulturowe przeżycia ostatnich dwunastu miesięcy.

Science fiction

Ta lista nie ma kolejności, nie ma więc rzeczy ważnych i ważniejszych, ale z mojego punktu widzenia powrót science fiction na mały ekran to bez wątpienia jeden z większych popkulturalnych triumfów zeszłego roku. Podróżujące w czasie 12 małp, kosmiczne Dark Matter i Killjoys, rozbudowane, złożone The Expanse to zaledwie kawałek zeszłorocznej ofensywy, która w kolejnych latach ma potencjał rozwinąć się w prawdziwe odrodzenie space opery w telewizji. Lista zapowiedzianych tytułów z miesiąca na miesiąc robi się coraz dłuższa, a w tematyce można przebierać wręcz dowoli: będą thrillery o kosmitach, slashery supernaturalne, podboje kosmosu, wiele, ale to naprawdę wiele ekranizacji, w tym popularnych komiksów. W 2015 nastąpił jednak przełom, a ciepłe, niekiedy i powszechnie pozytywne przyjęcie wróży serialowej przyszłości science fiction wszystko, co najlepsze. Mam nadzieję, że w 2016, dzięki Kronikom Shannary i Shadowhunters, podobny renesans spotka też fantasy – przydałoby się zmniejszyć nieco monopol brutalnej, kontrowersyjnej Gry o tron i pozwolić na większą różnorodność gatunku na małym ekranie.

Kobiety

A skoro mowa o różnorodności, chyba najbardziej bliskim memu sercu, a przy tym (wciaż) niezwykle burzliwym, jest (znów) temat postaci kobiecych w popkulturze. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak wielkim punktem zapalnym ostatniego roku okazała się Furiosa, postać i kobieta absolutnie wspaniała, której waga była równie często podkreślana, jak i mylnie intepretowana. Mojemu bratu nowy Mad Max się nie podobał, bo bohaterem nie był Max, tylko „jakaś kobieta”, na Coperniconie wybuchła burza, bo przecież popkulturze wystarczy jedna dobrze napisana postać kobieca, a tymczasem jeden wybitny przykład tylko uwydatnia problem, z jakim borykamy się od dobrych dziesiątek lat. Na szczęście to się zmienia – wystarczy spojrzeć na zeszłoroczne hity filmowe w postaci Gwiezdnych wojen (Rey) i Kosogłosów (Katniss) – ale mnie przede wszystkim ogromnie cieszy coraz wyraźniejsza dominacja kobiet wśród seriali i serialowych premier. Wspomniałam już o tym w podsumowaniu na Pulpozaurze, ale wspomnę i raz jeszcze: Agent Carter, Supergirl, Jessica Jones, Quantico, Blindspot, Code Black, nawet ten nieudany, nieszczęsny Minority Report, a do tego kilka proceduralnych behemotów, o których wiem ze słyszenia i innych, których nie oglądam. Takiego wysypu kobiecych protagonistek nie widziałam w amerykańskiej telewizji od dawna – a protagonistek o tyle istotnych, że każda zbudowana jest z innej gliny, przez co nie powielająca stereotypów, a zwyczajnie różnorododna. I dokładnie tego współczesnej popkulturze potrzeba. Jest nas za dużo i chcemy zbyt wiele, by musieć ograniczać się tylko do jednego.

Nostalgia

Wspominał o nostalgii już Bober (na przykładzie nowych Parku jurajskiego, Terminatora i Gwiezdnych wojen), ja poszłabym jeszcze, oczywiście, w seriale, z których dostaliśmy co najmniej dwa warte uwagi tytuły – powrót do świata Herosów w Heroes Reborn oraz Ash vs Evil Dead, prześwietny pastisz slasher horrorów w tonie ukochanej przez fanów Army of Darkness. Jednak pod względem nostalgii ten rok należał dla mnie do Power Rangers. W 2015 skończyłam oglądać praktycznie wszystkie nakręcone serie (niektóre sobie nawet powtórzyłam), opowiadałam też o Power Rangers przy okazji kilku odrębnych konwentów – z czego na każdym witali mnie słuchacze nie tyle liczni, co autentycznie zainteresowani. Nawet nie wiecie jaka to radość odnaleźć w innych tą samą, zakopaną pod warstwą dzieciństwa i dorastania nostalgiczną sympatię do serialu uznawanego przez wielu za tandetną historyjkę dla dzieci. Ilość pytań, śmiechu i wspomnień związanych z serialem dosłownie powalała mnie z nóg. Mam nadzieję, że jeszcze będę mieć okazję do opowiadania o Power Rangers, a wszystkich, którzy jeszcze nie widzieli – naprawdę gorąco zachęcam do spróbowania. Biorąc pod uwagę zalewającą mnie falę emocji na samą myśl o tym serialu, trudno się dziwić, że tak licznie powracamy ostatnio do tych i innych przeszłości.

Final Fantasy XIV

Napisałabym coś o grach, bo udało mi się w zeszłym roku zagrać w kilka niezłych tytułów, ale prawda jest taka, że wszystkie zbladły z momentem mojego wciągnięcia się w Final Fantasy XIV, drugim MMO flagowej serii Square-Enixu. Zasadniczo to powrotu do wciągnięcia się – niecały miesiąc po wydaniu pierwszego dodatku do gry, Heavensward, wróciłam po jakimś roku nieobecności i tym razem nie opuściłam gry do dziś. Od mniej-więcej lipca gram w FFXIV codziennie i wciąż nie widzę końca. Ta gra jest winna wszystkiemu: że mniej piszę, że mniej oglądam (czytam wciąż tyle samo, bo przecież nie zabiorę konsoli do autobusu w drodze do pracy), więc patrzę na nią zarówno jak na błogosławieństwo, jak i przekleństwo. Ale oderwać się tak trudno, bo tak wiele jest w niej rzeczy udanych. Możliwość levelowania wszystkich klas na jednej postaci (patrzcie tu: gdy wszystkie numerki w lewym dolnym rogu wzrosną do 60, mój perfekcjonizm pozwoli mi na chwilę odpoczynku), świetną, godną najlepszych Finali fabułę, satysfakcjonujące instancje, przyjazną, w dużej mierze pomocną społeczność, milion sposób na spędzanie czasu, no i najważniejsze – cudne ubranka. Nie mogę wyjść z podziwu (i zdumenia) jak bardzo chcę do Eorzei wracać i jak wielką frajdę mam z codziennego powtarzania tego samego contentu. Nie, że chcę zachęcać do wpadania w uzależnienie, ale polecam! Jak widzicie, powoli wyrywam się ze szponów gry ;)

Czytanie

Można powiedzieć, że w 2015 przeczytałam więcej książek niż przez ostatnie 5 lat razem wziętych – nie, że jestem z tego drugiego dumna, ale przez pryzmat tego pierwszego warto patrzeć pozytywnie. Mój książkowy rok można podejrzeć na Goodreads – 24,510 stron to całkiem pokaźny wynik, a wśród książek bardzo dużo young adult (teraz już wiecie, czemu potrzebuję od YA odpoczynku). Nie robię książkowych postanowień na nowy rok, bo dobrze wiem, jak zmienne w danej chwili są moje gusta (mogę przez kilka dni szukać eksploracyjnej space opery, żeby ostatecznie zabrać się za urban fantasy), ale z całą pewnością chcę w dalszym ciągu poszerzać swoje czytelnicze horyzonty. I tym akcentem życzę wszystkim wszystkiego najlepszego w Nowym Roku :)